Logo Przewdonik Katolicki

Scena pełna życia

Weronika Frąckiewicz
fot. Teatr Exit/Archiwum

Rozmowa z Maciejem Sikorskim o niepełnosprawności, która nadaje sens, zbyt wąsko rozumianej dostępności i aktorach amatorach, którzy mogą uczyć profesjonalistów.

Czy jako społeczeństwo jesteśmy gotowi na aktorów z niepełnosprawnością intelektualną, żeby ich przyjąć normalnie, a nie z litością, która zakłada, że cokolwiek nie zrobią, to należą im się brawa?
– W Teatrze Exit chcemy pokazać, jaki powinien być właściwy kierunek. Nasi aktorzy mają różne niepełnosprawności. Są wśród nas osoby niewidome, z porażeniem mózgowym, z niepełnosprawnością intelektualną, a także aktorzy i muzycy pełnosprawni. Nie wartościujemy osób: że ci pełnosprawni wyciągają za uszy tamtych. Są cechy, które mają osoby z niepełnosprawnością, a nie mają pełnosprawni i odwrotnie. Ja tego nie powiadam, żeby nadać temu jakiś sens. To naprawdę ma sens. Z każdym rokiem przekonuję się coraz bardziej, że te osoby są nam dane jako skarb. Natomiast problemów rzeczywiście narobiło to, że przekaz teatrów, w których występowały osoby z niepełnosprawnością, nie zawsze był właściwy. Często były to spektakle kiepskiej jakości, których siłą napędową była litość. Cokolwiek wtedy te osoby pokażą na scenie, należy się brawo. To jest traktowanie tych ludzi poniżej ich godności. Bardzo chciałem tego uniknąć. W naszym teatrze są osoby posiadające właściwości sceniczne, których nie mają pełnosprawni aktorzy. Jeden z nas, Marcin Konik, ma niespotykany rodzaj wrażliwości. Kiedyś jeden z kolegów reżyserów powiedział mi, że Marcina powinno się obwozić po szkołach aktorskich i pokazywać, jak aktor może mówić poezję z serca. Wiem, że to nie była kokieteria tylko szczera obserwacja człowieka na reżyserskiej emeryturze, który dużo rzeczy widział.

Ale czy swoimi działaniami jesteście w stanie przekroczyć granicę odbioru przeciętnego widza, który na scenie widzi niedoskonałe ciało pełne ograniczeń a nie aktora, który ma coś ważnego do przekazania?
– Zauważyłem, że granice odbioru się przesuwają. Po spektaklach i filmach, które pokazujemy, jest możliwość rozmowy z nami, zadawania pytań, podzielenia się swoimi wrażeniami. Bardzo często wtedy ktoś nam mówi, że zupełnie zmienił swoje zdanie na temat niepełnosprawności. Padają głosy zachwytu, wzruszenia, a dla mnie to jest znak, że trzeba to robić. Rozmawiamy w okresie, w którym na polach prawnych związanych z niepełnosprawnością toczą się różne dyskusje, chociażby ta związana z Ustawą o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami. Gdy rozmawiam z urzędnikami, zwracam uwagę, że dostępność do tej pory ograniczała się do infrastruktury, a moim zdaniem największa niedostępność znajduje się w sferze mentalnej. Do tego właśnie sprowadza się działalność naszego teatru: pokazania, że dostępność, której chcemy, znajduje się nie w zagospodarowaniu przestrzeni zewnętrznej, ale w głowach. Moi aktorzy mają dostęp do zawodu, który z definicji nie jest dla nich przeznaczony. To jest dla ludzi dziwne, że ktoś z porażeniem mózgowym lub niewidomy może grać w teatrze i występować w filmie. Ci, którzy nas oglądają, zaczynają rozumieć pewne rzeczy i skraca się dystans.

W opisie teatru umieszczone jest zdanie, że wszyscy jesteście sobie potrzebni. O ile z łatwością można wskazać potrzeby osób z niepełnosprawnością zaspokajane przez osoby pełnosprawne, o tyle w drugą stronę już nie jest tak prosto. Czy to nie jest raczej zabieg retoryczny? Czy Pan personalnie doświadcza pomocy od osób z niepełnosprawnościami?
– Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: oni dają mi szansę na to, żebym ja był lepszym człowiekiem, niż jestem. Każda próba daje mi możliwość rozdawania siebie innym: zabiorę kogoś do toalety, nakarmię, pokonam z kimś jakieś schody, ubiorę go. To buduje mnie jako człowieka, a ja tego bardzo potrzebuję, bo jestem egoistą, jestem pyszny i potrzebuję czegoś, co ukróci mój egoizm. Współczesny człowiek jest zamknięty w bańce egoistycznych potrzeb, zachwytu nad sobą. Nasze życie często sprowadza się do zaspokajania przyjemności, ponieważ mylimy przyjemność ze szczęściem. Wydaje nam się, że jak będziemy mieli bardzo przyjemne życie, to będzie to życie szczęśliwe. To jest nieprawda. Teatr pokazuje mi, że jeśli ja coś z siebie daję innym, choćby minimalnie, to wtedy realizuje się moje człowieczeństwo. Wiem, że nie są to słowa na wyrost, bo wszystkie osoby pełnosprawne, które biorą udział w teatrze i dołączają się do niego, tego doświadczają, to nie jest tylko moja relacja. Artyści często są przyzwyczajeni do bycia na świeczniku, do usprawiedliwiania swej egoistycznej postawy, a tutaj nagle pojawia się możliwość wychodzenia ze swoich schematów i rozdawania siebie innym.

Pracowałam wiele lat z osobami z niepełnosprawnością i wiem, że pojawiają się momenty, w których dochodzi się do ściany. Ograniczenia drugiego człowieka zaczynają męczyć, a granica naszej tolerancji znacznie się skraca. Czy Pan również doświadcza momentów kryzysu w byciu ze swoimi aktorami?
– U mnie to bardzo mały margines takich zachowań. Zdarzają się czasami reakcje zupełnie nieadekwatne, np. gdy ktoś zrezygnuje z roli tuż przed premierą. W naszym byciu istnieje sfera nieprzewidywalności, z którą trzeba się zmierzyć, ale która jest w jakiś sposób inspirująca. Oczywiście w sytuacjach kryzysowych na początku jest dramat i panika, ale staramy się żyć w rzeczywistości chrześcijańskiej, oddajemy Bogu to, co robimy. Przed próbą zawsze modlimy się, aby to Bóg był reżyserem. Pracy w tym teatrze często nie da się do końca wyreżyserować. Jeden z moich aktorów cierpiący na schizofrenię zrezygnował, gdy zaczął zarabiać sporo pieniędzy, gdyż stwierdził, że sobie nie poradzi z nadmiarem gotówki. Jeździliśmy w trasy, mieliśmy dużo spektakli, więc aktorzy zarabiali. A on kiedyś przepuścił dużo pieniędzy i nie chciał do tego wracać, dlatego zrezygnował. Nieprzewidziane zdarzenia mamy wpisane w naszą pracę. To jest bolesne, gdy się rozgrywa, bo nagle człowiek jest bezradny, ale te przeciwności ostatecznie okazują się z korzyścią dla projektów. To jest zupełnie przedziwne.

Przyznam szczerze, że gdy przeczytałam, że jesteście teatrem, w którym przekazujecie treści chrześcijańskie, a aktorzy w dużej mierze są z niepełnosprawnością, zapaliła mi się czerwona lampka alarmująca o zagrożeniu kiczem. W wyobraźni zobaczyłam sentymentalne sceny z Biblii grane przez osoby z niepełnosprawnością. Zdjęcia z Waszych spektakli i filmów pozytywnie mnie zaskoczyły.
– Nie znoszę wyrażenia, że teatr lub muzyka są chrześcijańskie. To przecież prowadziłoby do tego, że jest jakaś fizyka albo historia chrześcijańska. Jesteśmy chrześcijanami i się tego nie wstydzimy, a jako chrześcijanie tworzymy sztukę, która opiera się w dużej części na Słowie Bożym. Ale chcemy, żeby to była sztuka, a nie propaganda. Chcemy pokazywać, dotykać różnych rzeczy po to, aby ta sztuka miała szansę budować człowieka, jeśli tyko on zechce się otworzyć, żeby go prowadziła do doświadczeń, które będą dla niego dobre, bo będą mogły prowadzić go do jakiejś przemiany. Myślę, że taki jest cel każdej sztuki. Dziś mamy masę propagandowej sztuki, za pomocą której przedstawia się kwestie społeczne. To jest powrót do socrealizmu, kiedy sztuka staje na froncie walki o pewne cele społeczne. W momencie gdy opowiada o indywidualnych przeżyciach, to nie jest źle, ale gdy jest zaprzęgnięta do ideologii, to jest to bardzo złe. Tak samo jest z drugiej strony – gdy sztuka chrześcijańska zamienia się w propagandę, czytelną tylko dla wyznawców. Bardzo chcemy tego uniknąć. Ma pani rację, że sztuka chrześcijańska i teatr osób niepełnosprawnych to często dwa najgorsze skojarzenia. Łączą się z kiczem, chałą i scenografią z prześcieradła na sznurku (śmiech). Ci, którzy nas nie znają, mogą nas od razu tak zaklasyfikować. Problemem jest to, że przez lata w Kościele robiło się mnóstwo słabej sztuki. Kościół w ogóle się tym nie interesował. Nie wzbudzał na przykład w klerykach potrzeby zainteresowania się sztuką. Ostatnio robiliśmy widowisko Przeźroczysty, które składało się z tekstów Jana Pawła II. Brali w nim udział chłopacy z poprawczaka, którzy zrobili świetny rap do przedstawienia. Jednym z elementów była wizualizacja z kaplicy Sykstyńskiej. Gdy przyglądaliśmy się tym wszystkim pięknym obrazom i Tryptykowi rzymskiemu, na którym papież oparł swe medytacje, pomyślałem, jak bardzo chrześcijanie zapomnieli o wadze kultury. Jest to bardzo smutne. Dopiero od niedawna mamy grupę artystów chrześcijan, którzy są wybitni i którzy swoje przeżywanie relacji z Bogiem starają się uczynić narzędziem uprawniania sztuki. W naszym teatrze ta stygmatyzacja chrześcijańsko-niepełnosprawna odbijała się na pozyskiwaniu środków. Decydenci z różnych instytucji nie przychodzili na nasze spektakle i filmy. Jedna z pań urzędniczek, która w końcu dała się namówić i przyszła na nasz film, po projekcji zapytała mnie, dlaczego nie mówiłem, że to jest takie dobre. A przecież ja cały czas ją przekonywałem, że gniotów nie robimy (śmiech). Jest to wielkie pole do uprawy, żeby ten wizerunek przełamać, a jest trudno, bo we wszystkich nas ta perspektywa kiczu i nijakości jest mocno zakorzeniona z powodu lat zaniedbań. Musimy w Kościele dostrzec, że człowiek staje się takim, jaki jest, absorbując wzorce, które daje mu kultura lub antykultura. Gdy to w końcu odkryjemy, to róbmy wszystko, aby dostarczać kultury, która buduje, a nie niszczy.

Fot-Teatr-Exit-archiwum-1.jpg

Aktor z niepełnosprawnością to przede wszystkim aktor. Istota przeżywania i wyrażania sztuki sięga znacznie głębiej niż pozornie dominujące ograniczenia, fot. Teatr Exit/Archiwum

Zorganizowaliście zbiórkę na film Tobiasz oparty na historii biblijnego Tobiasza. Dlaczego zdecydowaliście się na niego?
– Chcemy pokazać, że każde życie jest godne życia. Ten film na podstawie historii biblijnej opowiada także proces zdrowienia relacji w rodzinie, zawiera pewną uniwersalną drogę uzdrawiania relacji. W dużej mierze robimy go, aby tę receptę dostrzegły rodziny, w których są osoby z niepełnosprawnościami. Często relacje w rodzinie konserwują niepełnosprawność, zamiast pomagać z niej wychodzić, poprawiać funkcjonowanie. Droga uzdrawiania to droga poprzez samodzielność różnorodnie pojmowaną.

Pojawia się we mnie obawa, że Wasz głos dotrze tylko do tych, którzy wiedzą i mają taki sam pogląd. A reszta pozostanie w opozycji, tym samym pozwalając temu, co macie do powiedzenia, przejść obok.
– Nie wiem, czy nasz głos coś zmieni, czy nie. My nie bierzemy udziału w walce ideologicznej. Gdy rozpoczynaliśmy zbierać pieniądze, w Polsce rozpoczął się czas protestów, dyskusja rozpętała się na nowo. Uświadomiłem sobie wówczas, że chcę zabrać w niej głos, ale nie chcę uczestniczyć w żadnym okładaniu się kijami z jednej czy z drugiej strony. Dla mnie kluczem jest godność ludzkiego życia, poprzez pokazywanie tego, w jaki sposób życie moich aktorów jest pełne, gdyż pomimo chorób żyją, grają w teatrze, występują, powodują wzruszenia – to są owoce ich życia. Nie zabieramy głosu w standardowym przebiegu tej dyskusji, nie chcemy wypowiadać się na temat, kiedy to życie się zaczyna itd., to są dyskusje poza naszymi kompetencjami. Chcemy podzielić się naszym doświadczeniem. Naszą publiczność stanowią różni ludzie, nie są to ludzie z chrześcijańskiego getta, mamy spektakle w całej Polsce. Zdarzało nam się robić pokazy dla szkół średnich, gdzie nie jest takie oczywiste, że wszyscy są jednej opcji. To były dla nas cenne doświadczenia, bo oni zobaczyli, że pokazujemy sztukę, która dokądś prowadzi, byli dotykani przez grę naszych aktorów i przez to jakimi są ludźmi. Te nasze działania prolife to pokazywanie jacy ludzie z niepełnosprawnością są piękni. Być może przez to dostarczymy refleksji o godności ludzkiego życia. To jest wszystko, co mamy do powiedzenia.

Mówi Pan o godności ludzkiego życia. Czy przez działania, mniej lub bardziej udane, różnych grup pro-life, nie stała się ona pusto brzmiącym hasłem na plakatach?
– Ja używam go bardzo świadomie. Często w różnych dyskusjach słyszę: a no tak, każą się urodzić temu dziecku niepełnosprawnemu, a potem to życie będzie beznadziejne, nic niewarte, ono będzie cierpieć. Widziałem, że pisano jakieś głupie hasła na szkołach specjalnych, w przestrzeni publicznej jawnie obrażano tych ludzi. Nie mam na to absolutnie zgody. Ja używam tego zwrotu o godności ludzkiego życia też z perspektywy mojej pracy. Mam aktora Tomka Balona, który urodził się z wielokończynowym porażeniem dziecięcym, ma niepełnosprawność intelektualną. Gdyby z boku ktoś się jemu przyjrzał, mógłby sobie pomyśleć, że bez sensu to jego życie, że go wszystko boli, że nie jest w stanie samodzielnie zjeść obiadu, pójść do toalety. Tymczasem Tomek jest jednym z bardziej szczęśliwych ludzi, jakich znam. W filmiku promującym naszą zrzutkę mówi, że kocha i szanuje swoją robotę. Mnie to bardzo wzrusza i na przykładzie takich ludzi chcę mówić o godności życia. To życie nie jest pełne niepowodzeń, bólu i trosk. Bardzo często my ludzie pełnosprawni projektujemy nasze wyobrażenia życia takiego człowieka na niego, a okazuje się, że on odnajduje takie kolory w swoim życiu, o których my nie mamy pojęcia. Być może jest tak, że on potrafi się zachwycać, a my już nie, bo po to, aby się zachwycić, musimy się porządnie dostymulować: wyjechać na drugi koniec świata, przeżyć coś interesującego. A dla niego przeżyciem jest spotkanie drugiego człowieka. Dla mnie jest to niebywała nauka relacji. Prowadzę zajęcia w ramach Warsztatów Terapii Zajęciowej i ostatnio musiałem wypełnić pewne dokumenty. W jednym z punktów musiałem wpisać, jak uczę ich, m.in. Tomka, relacji z drugim człowiekiem. (Śmiech). Co ja miałem wpisać – że mój aktor Tomek jest mistrzem relacji, że to ja się powinienem od niego uczyć, a nie odwrotnie? Ta godność i to, że ja chcę używać tego słowa, wypływa z obserwacji owoców życia tych ludzi. Oczywiście to cierpienie, o którym tyle się mówi, także jest, jestem wrogiem pudrowania niepełnosprawności. Ale przede wszystkim jest godne życie, które także dostarcza sensu życia ludziom na pierwszy rzut oka pełnosprawnym.

MACIEJ SIKORSKI 
Pomysłodawca i założyciel Teatru Exit, działającego przy krakowskim stowarzyszeniu ,,Klika”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki