Logo Przewdonik Katolicki

Wyzysk na kółkach

Piotr Wójcik
fot. Jakub Kaminski/East News

Dostawcy jedzenia online wykorzystują pandemię do wyzyskiwania restauratorów. Platformy dowozu jedzenia zdobyły sobie niezwykle silną pozycję w pandemicznej rzeczywistości. A współpracujący z nimi restauratorzy nie zdawali sobie sprawy, że sami kręcą na siebie bicz.

Choć z powodu kryzysu pandemicznego PKB Unii Europejskiej spadnie o 8 proc., to majątek stu najbogatszych Europejczyków wzrósł w ciągu ostatniego roku o 15 proc. W sierpniu majątek Jeffa Bezosa, właściciela Amazona, czyli największego sklepu internetowego świata, przekroczył wartość 200 mld dolarów. To absolutny rekord – nigdy wcześniej żaden bogacz nie był aż tak bogaty. Jak widać zamrożenie gospodarki, które doprowadza do bankructwa mnóstwo szeregowych przedsiębiorców, nie jest specjalnie groźne dla możnych tego świata. Wręcz przeciwnie, jeszcze na nim korzystają. Gdy maluczcy muszą zmagać się codziennie z zanikającymi źródłami dochodów albo problemami z pracą zdalną, to najbogatsi wykorzystują swoją przewagę ekonomiczną, by stawać się jeszcze silniejszymi. Wielkie pieniądze otwierają mnóstwo możliwości, dzięki którym można zdobywać jeszcze większe pieniądze. Niestety, odbywa się to kosztem tych mniej zamożnych, którzy bywają stawiani pod ścianą, na własnej skórze odczuwając, czym jest przymus ekonomiczny.

Pandemiczna zmiana nawyków
Zamrożenie życia społecznego i zamknięcie popularnych knajp, fast foodów i pubów oczywiście nie sprawiło, że odechciało nam się szybkich, smacznych i niekoniecznie zdrowych posiłków przygotowywanych przez kogoś innego. Trzeba było się dostosować. Jedną z opcji pozostawionych przez rządzących jest kupowanie na wynos. Już przed pandemią coraz więcej Polaków dokonywało zakupów gotowych posiłków z dowozem za pomocą platform internetowych, takich jak Pyszne.pl, Uber Eats czy Glovo. Pandemia zamknęła nas w domach, więc usługi świadczone przez te platformy stały się jeszcze bardziej potrzebne. I jeszcze popularniejsze. Według badania SW Research z lipca, aż 40 proc. ankietowanych kupowało posiłki z dowozem przynajmniej raz w tygodniu. To badanie przeprowadzone na zlecenie Glovo, czyli firmy bezpośrednio zainteresowanej odpowiednim wynikiem, więc do tej liczby nie należy się przesadnie przywiązywać. Posiłki w ten sposób zapewnia sobie może i 40 proc., ale użytkowników sieci mobilnej, a nie wszystkich Polaków. Nie zmienia to faktu, że ostatnie miesiące są okresem złotych żniw dla wymienionych dostawców.
Według raportu „Polska suwerenna cyfrowo” Fundacji Instrat, liczba użytkowników platformy Pyszne.pl między połową stycznia a końcem marca wzrosła o połowę – z 400 tys. do 600 tys. osób. Za popularnością platform dostawców jedzenia stała także ich coraz bogatsza oferta. Odcięci od klientów restauratorzy zaczęli masowo udostępniać swoje menu w wymienionych serwisach, co jeszcze zwiększało ich popularność, gdyż klienci w jednym miejscu mogli wybierać między np. kuchnią tajską, meksykańską a włoską. Ten szeroki wybór oferty sprawił, że serwisy dostawców zdobywały kolejnych użytkowników, więc następni restauratorzy starali się o wejście na ten pęczniejący rynek. Mechanizmem kuli śniegowej, napędzanej przez naprzemienną aktywność restauratorów oraz ich klientów, platformy dowozu jedzenia zdobyły sobie niezwykle silną pozycję w pandemicznej rzeczywistości. Restauratorzy nie zdawali sobie sprawy, że w ten sposób sami kręcą na siebie bicz.

Prowizja jak akcyza
Oczywiście dostawcy jedzenia nie robią tego za darmo. Wręcz przeciwnie, okazało się to niezwykle lukratywnym biznesem. W cenie zakupu posiłku w serwisie internetowym jest już prowizja dla dostawcy, która okazuje się niezwykle wysoka. Zwykle wynosi około 30 proc., a z podatkiem VAT sięga prawie 40 proc. Tak więc w posiłku z dostawą cena tej ostatniej znacznie przekracza jedną trzecią. To mogło być uzasadnione, gdy platformy nie były jeszcze popularne i musiały narzucać tak duże marże, by ich działanie było w ogóle sensowne. Obecnie jednak są one na tyle absurdalne, że zainteresował się tym nawet Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, na wniosek posłanki Urszuli Zielińskiej.
Co gorsza, restauratorzy nie mają za bardzo narzędzia, żeby na dostawców naciskać. Platformy nie są zainteresowane negocjacjami dotyczącymi znaczącego obniżenia prowizji, więc jeśli komuś się nie podoba, to może iść gdzie indziej. Problem w tym, że nie bardzo jest gdzie. Jest kilka dużych platform świadczących tego rodzaju usługi i we wszystkich warunki są bardzo podobne. Zapewne czystym zbiegiem okoliczności... Poza tym problemem jest także wypłacanie pieniędzy restauratorom – platformy przelewają je raz na tydzień lub dwa, tymczasem mniejsze firmy pokrywają swoje koszty z bieżących przychodów. Mają więc problemy z płynnością.
Dostawcy bronią się w dosyć mało oryginalny sposób. Wskazują mianowicie, że dowóz posiłków kosztuje – podobnie jak utrzymanie i obsługa serwisów internetowych. Nie jest to przesadnie odkrywczy argument. Istnienia tych kosztów nikt przecież nie neguje. Pytanie tylko, czy dostawa faktycznie powinna sięgać ponad jednej trzeciej ceny całego zamówienia. Nie mówimy tutaj o dostarczeniu paczki na drugi koniec Polski, co zwykle kosztuje kilkanaście złotych, tylko o podwiezieniu posiłku do innej dzielnicy miasta. I to jeszcze często na rowerze, więc odpadają tutaj koszty paliwa oraz eksploatacji pojazdu, które i tak przerzucane są na kierowców.

Spauperyzowani rowerzyści
Można by jeszcze zrozumieć te wysokie prowizje, gdyby platformy płaciły dobrze swoim dostawcom. Jednak jest zupełnie inaczej, pensje są bardzo niskie, więc nic dziwnego, że dostawcami są często imigranci z krajów znacznie biedniejszych. Według oficjalnej strony Uber Eats, gwarantowana stawka godzinowa w Poznaniu to 20 zł. Jednak trzeba dodać, że po stronie dostawcy jest utrzymanie pojazdu. Więc jeśli dostarcza posiłki skuterem albo motocyklem (bo już samochodem to się zupełnie nie opłaca), musi jeszcze pokryć z tego koszty paliwa. Realnie dostawcy zarabiają więc kilkanaście złotych na godzinę. Muszą jednak dostarczyć co najmniej 5 posiłków w trzygodzinnym bloku, żeby otrzymać stawkę gwarantowaną. Jeśli nie dostarczą wymaganej liczby zamówień, bo na przykład ich nie będzie, otrzymają jedynie zapłatę za zrealizowaną liczbę kursów, czyli ok. 11–12 złotych od jednego. Wielu dostawców zarabia więc poniżej pensji minimalnej. A większość prowizji nakładanej na restauratorów zgarniają właściciele platform.
W wielu miastach amerykańskich zostały wprowadzone limity prowizji pobieranych przez dostawców. W Nowym Jorku wynosi ona maksymalnie 20 proc., a w Los Angeles tylko 15 proc. Przy okazji prac nad tarczą antykryzysową 6.0 partia Lewica złożyła tzw. poprawkę Zandberga, która wprowadzałaby podobne limity w Polsce. Niestety, przepadła ona w głosowaniu.
Wychodzi więc na to, że jak na razie jedyną możliwą opcją dla restauratorów jest zorganizowanie się. Oczywiście stworzenie sieci logistyki dla jednej restauracji byłoby nieopłacalne. Poza tym nie miałaby ona wystarczającej liczby klientów, którzy wolą korzystać z platform dających im dostęp do wielu restauracji. Jednak platforma internetowa stworzona przez kilkanaście lub kilkadziesiąt restauracji w mieście, na zasadzie spółdzielni przedsiębiorstw, miałaby już sens. W Warszawie powstała inicjatywa, tworzona między innymi przez ludzi związanych z Fundacją Instrat, nazwana wstępnie Coop Tech Hub, mająca świadczyć usługi z zakresu wysokich technologii dla podmiotów, które nie chcą zdawać się na łaskę cyfrowych gigantów. Być może jednym z pierwszych jej projektów będzie stworzenie spółdzielczej wersji Uber Eats, w której zarówno restauratorzy, jak i pracownicy traktowani byliby przyzwoicie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki