Logo Przewdonik Katolicki

Jak ocalić modlitwę

Dariusz Piórkowski SJ
fot. DigitalVision/Getty Images, Liliia/Adobe Stock

„Trzeba wiele cierpliwości, aby się jej nauczyć” – powiadał z przekąsem Stanisław J. Lec. Podobnie rzecz wygląda z wytrwałą modlitwą. Trzeba dużo modlitwy, aby stała się jak oddychanie. Sęk w tym, że szybko się zniechęcamy.

Gdybym stwierdził, że istnieje tylko parę powodów, które sprawiają, że regularność w modlitwie nie przychodzi nam łatwo, to skłamałbym. Takich powodów jest wiele. Ale skupmy się tutaj na jednym. 

Kluczowe jest to, jak definiujemy modlitwę
W Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy, że „modlitwa jest darem łaski oraz zdecydowaną odpowiedzią z naszej strony” (KKK, 2725). Czy nie szokuje nas stwierdzenie, że modlitwa jest darem Boga, a nie naszym? Myślę, że właśnie w tym punkcie wypiętrza się pierwsza przeszkoda. Często nieświadomie postrzegamy modlitwę na sposób przedchrześcijański, jako naszą inicjatywę. Wychodzimy z założenia, że zasadniczo bogowie się nami nie interesują, więc to my musimy zwrócić ich uwagę na siebie i zainteresować jakoś swoimi sprawami. W tym celu należy zrobić krok w ich stronę, złożyć im ofiarę, czymś im zaimponować, odpowiednio się zaprezentować. Innymi słowy, to bogowie zauważając nasze starania, mogą, jeśli rzecz jasna zechcą, odpowiedzieć na nasze wołanie. 
W związku z tym łaskawie wykrawamy jakiś kawałek czasu spośród naszych cennych zajęć. Powszechnie sądzimy również, że takiej modlitwy wymaga od nas Bóg, aby w ogóle się przebudził ze snu i spojrzał z łaskawością na swoje dzieci. Modlitwa przypomina wtedy religijną daninę. Wbrew pozorom, taka postawa wśród wierzących wcale nie należy do rzadkości.

Chrześcijańskie spojrzenie jest całkowicie odwrotne
To nie my zapoczątkowujemy nasze spotkanie z Bogiem, chociaż tak nam się często wydaje. My tylko odpowiadamy. Każda odpowiedź zakłada, że wcześniej rozpoznajemy wezwanie, zagadnięcie, zaproszenie. Jeśli modlitwa jest darem łaski, oznacza to, że Bóg już od dawna pozostaje z nami w relacji. Modlitwa to więź, która istnieje, zanim próbujemy nawiązać kontakt. To Bóg pierwszy wyszedł ku nam, stał się jednym z nas, zamieszkał w nas przez swego Ducha, który nieustannie modli się w naszym wnętrzu. Modlitwa przypomina nieustannie bijące źródło, do którego przychodzimy, poświęcając nasz czas i uwagę. Bóg od zawsze się nami interesuje. Nie potrzebuje, abyśmy Go budzili z drzemki i robili na Nim wrażenie. On już jest w nas zakochany, gotowy, by dawać.
Najwyraźniej widać to podczas każdej Eucharystii. To prawda, że my przychodzimy na Mszę św. i włączamy się w modlitwę samego Chrystusa, ale gdyby to nie On pierwszy złożył ofiarę Ojcu na krzyżu, nasza obecność tam byłaby tylko pogańską próbą przebłagania bóstwa.
 
Modlitwa jest wolnym wyborem
Jeszcze bardziej wymagająca jest druga część katechizmowej definicji, która pośrednio precyzuje, dlaczego tak bardzo zmagamy się z utrzymaniem stałego rytmu modlitwy. Wiele osób wyznaje, że modli się, kiedy odczuwa taką potrzebę. Pytanie tylko, czy modlitwa może wypływać jedynie z takiej pobudki. Praktyka pokazuje bowiem, że ta potrzeba nie rodzi się z taką częstotliwością jak konieczność picia, jedzenia, ogrzania się czy pracy. Te aktywności kierują się zupełnie inną motywacją niż modlitwa. Są one poniekąd wymuszone, wpisane w nasze geny. Kiedy więc Katechizm wspomina o naszej „zdecydowanej” odpowiedzi, to sugeruje, że modlitwa musi być wybrana. Nie może się opierać tylko na chwilowej potrzebie, którą poczulibyśmy jak głód fizyczny. Modlitwa należy raczej do dziedziny poznania i miłości, czyli ducha, a tam nic się nie dzieje bez wolności i wyboru. Podobnie nikt nie nakłoni kogoś do kontemplacji obrazów w muzeum lub czytania wierszy, jeśli on tego nie zechce. Tego człowiek „nie musi” robić, aby przeżyć. Ale w życiu chodzi o coś więcej niż przeżycie, mianowicie, o wzrost w miłości. Nie tylko pokarm fizyczny temu służy, lecz także duchowy. Niewątpliwie, nadal pociąga to za sobą konieczność wysiłku. Niemniej, chętniej się modlę, jeśli z własnej woli odpowiadam na miłość.

Jezus wiele rzeczy „musiał”, ponieważ je wybrał i ich chciał
Można jednak „musieć” nie dlatego, że tak wybrałem, ale ponieważ ktoś lub coś mi tak nakazał. Jeśli modlitwę sprowadzimy jedynie do zewnętrznego obowiązku, (który chcielibyśmy ustawić w jednej linii z jedzeniem i piciem), to szybko ją zarzucimy w konfrontacji z innymi ważnymi sprawami w życiu. Konieczności życiowe na pewno zwyciężą. „Wewnętrzny obowiązek” najprościej rzecz ujmując wypływa z zakochania, z pragnienia poznawania, ze świadomej decyzji o zaangażowaniu. Nie narzuca go wtedy jakaś odgórna bądź zewnętrzna instancja. Jeśli rodzice decydują się w miłości na poczęcie i zrodzenie dziecka, to potem „muszą” je karmić, kąpać, tulić i rozmawiać z nim. Ale czynią tak pod wpływem świadomej i pełnej miłości decyzji. Owszem, nawet wtedy nie przychodzi im lekko wstawać w nocy i być zawsze do dyspozycji dziecka, ale miłość sprawia, że będzie to ich prawdziwa ofiara, a nie obciążona niechęcią danina czy pańszczyzna.

Modlitwa wytrwała bywa trudna
Jest jeszcze inny odcień tej „wewnętrznej konieczności” w modlitwie. Większość naszego świadomego życia poświęcamy na aktywne działanie, to znaczy, coś tworzymy, bierzemy stery w nasze ręce, realizujemy jakieś zadania. Lubimy widzieć owoce naszej pracy. To daje nam poczucie sensu. Nastawieni jesteśmy na dawanie, produkowanie, decydowanie o sobie. Niedobrze się czujemy, jeśli nagle zostaniemy pozbawieni tych możliwości. Ale istnieje jeszcze inna część życia, którą określiłbym pasywnym działaniem, która dysponuje nas do przyjmowania. Niestety, pewnych darów nie przyjmujemy chętnie, ponieważ wymagają one ciszy, wyhamowania pędu życia, rezygnacji z czegoś. Modlitwa wytrwała bywa trudna, ponieważ nie czujemy się na niej panami siebie, nie widzimy szybkich owoców, a musimy się zgodzić na nicnierobienie. Czegoś podobnego doświadczamy gdy, na przykład nagle wylądujemy z grypą w łóżku. Jesteśmy po prostu unieruchomieni, osłabieni, nie potrafimy pracować, myśleć, tworzyć tak jak dotąd. Czasem bywa to dla nas trudne do zniesienia. 

Jak dzieci
Modlitwa, jako zdecydowana odpowiedź, obejmuje także zgodę na ten wymiar życia, od którego zazwyczaj uciekamy, ponieważ wtedy tak niewiele od nas zależy. A jednak taka pasywna postawa jest nieodzownym elementem drogi wiary, kiedy to, jak piszą mistycy, uczymy się cierpliwie przyjmować Boże dary i samego Boga. Wtedy to nie my kontrolujemy sytuację. Musimy stać się jak dzieci. Z punktu widzenia naszych rozlicznych zajęć, modlitwa zawsze będzie stratą czasu, zwłaszcza wtedy, gdy wydaje nam się, że nic tam się nie dzieje.  Oczywiście, szukanie tej wewnętrznej motywacji nie oznacza, że od razu znikną wszystkie nasze trudności, modlitwa zawsze będzie szła jak z płatka. Zapewniam jednak, że będzie łatwiej ją podejmować i trwać na niej z pogodą ducha. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki