Nadzieja i wspólnota

Nadzieja chrześcijańska, podobnie jak Eucharystia, nie jest jakimś indywidualnym przedsięwzięciem, lecz wydarzeniem wspólnotowym. Pobudza do zmiany tego świata i do zawiązywania i pielęgnowania relacji międzyludzkich. Obejmuje wszystkich.
Czyta się kilka minut
Kobiety idące do grobu, Robert Anning Bell 1912 r. fot. WIKIPEDIA
Kobiety idące do grobu, Robert Anning Bell 1912 r. fot. WIKIPEDIA

Modlitwa to nadzieja w praktyce. (…) Modlić się to nie znaczy wychodzić poza historię i chować się w prywatnym kącie własnego szczęścia” – pisze Benedykt XVI. Nawet jeśli jako chrześcijanie modlimy się w zaciszu domu, w klasztornej celi i głuszy puszczy, zawsze modlimy się jako cząstka Ciała Chrystusa. Tę uniwersalność nadziei widać we wszystkich modlitwach eucharystycznych, a może najbardziej w uroczystej modlitwie powszechnej w Wielki Piątek. Powołując się na Jezusa Chrystusa, wstawiamy się u Ojca za całym Kościołem, pielgrzymującym i oczyszczającym się. Prosimy o pokój dla naszych czasów, a także o to, byśmy byli świadkami Chrystusa, budującymi tu i teraz lepszy świat. Papieże ostatnich dziesięcioleci nie tylko na nowo podkreślają wielką godność każdego człowieka stworzonego w Chrystusie i dla Chrystusa, ale też w różnych dokumentach Magisterium przypominają, że zbawienie dokonuje się we wspólnocie.

Nadzieja jest twórcza

Nadzieja chrześcijańska nie oznacza, że mamy uciec od świata, od ziemskich zadań i trudności, lecz podobnie jak Chrystus musimy zakosztować życia w całej jego różnorodności. W Ewangelii św. Mateusza jest taka piękna scena tuż po zmartwychwstaniu Chrystusa. O świcie kobiety przychodzą do grobu, aby dopełnić pogrzebowych rytuałów i przeboleć stratę po Mistrzu. Spotykają jednak aniołów, którzy twierdzą, że Pan powstał z martwych i wysyłają kobiety do pozostałych uczniów. Ciekawe, że według św. Mateusza do pierwszego spotkania obu Marii ze zwycięskim Panem dochodzi dopiero wtedy, kiedy niewiasty wyruszają w drogę, by powiadomić o wszystkim apostołów. Chrystus nie objawia się im przy grobie, lecz podczas wypełniania misji: idą z Dobrą Nowiną do wspólnoty uczniów. Jezus towarzyszy kobietom, idąc ich śladami i umacnia je. Podobnie Chrystus idzie z nami, gdy wypełniamy naszą nadzieję, czyli chrześcijańskie powołanie: małżonka, księdza, wdowy, osoby samotnej, zakonnika.

Benedykt XVI, podobnie jak francuski filozof Gabriel Marcel, uważa, że nadzieja jako cnota związana jest bardziej z byciem niż z posiadaniem. Rozpacz, która zabija w człowieku nadzieję, doprowadza go do przekonania, że jest już kompletnie opuszczony i osamotniony. Zostaje niejako sam z sobą. Nie widzi sensu. Oczywiście jest to nieprawda. Rozpacz ucina w świadomości człowieka jakiekolwiek więzy miłości. Wtedy wydaje mu się, jakby zapadał się w nicość, w otchłań, w bezrelacyjność. Rozpacz unieruchamia w pasywności. Natomiast nadzieja połączona z miłością jest twórcza, otwarta na spotkanie. Bo tylko „ten, którego kochają, zostanie zbawiony” – jak pisze ks. Jan Twardowski w wierszu Zbawiony. Wypływa z doświadczenia wspólnoty i do niej prowadzi. Z tego samego powodu nadzieja nie jest pasywnym i bezradnym oczekiwaniem na koniec. Kiedy w trakcie mszy świętej modlimy się, abyśmy „pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Pana”, prosimy o wewnętrzne wyposażenie do wypełniania misji w tym świecie. Prosimy, abyśmy nie ulegli zniechęceniu. W Ewangelii według św. Mateusza Jezus wyraźnie pokazuje, że czuwanie i oczekiwanie pełne nadziei polega na aktywnej zmianie tego świata, na zwróceniu się ku bliźnim.

Wspólnota oczyszcza z iluzji ego

W encyklice o miłości Benedykt XVI pisze, że „istnieje głęboka komunia między naszymi istnieniami, poprzez wielorakie współzależności są ze sobą powiązane. Nikt nie żyje sam. Nikt nie grzeszy sam. Nikt nie będzie zbawiony sam. Nieustannie w moje życie wkracza życie innych: w to, co myślę, mówię, robię, działam. I na odwrót, moje życie wkracza w życie innych: w złym, jak i w dobrym”. Te współzależności, które tworzymy w Ciele Chrystusa, ale także szerzej – w świecie, często konfrontują nas, wydobywają z naszego serca to, co stwarza przeszkody na drodze do przyjęcia Boga i bliźnich. Bycie we wspólnocie ma nas wyzwolić ze zgubnego wpływu skupienia na sobie.

Pewnego razu ktoś zwrócił mi uwagę w prywatnej wymianie wiadomości na Messengerze, że napisałem w poście niewłaściwy tytuł książki. Odpowiedziałem, że zaczerpnąłem cytat z powieści opatrzonej dokładnie takim tytułem, jaki podałem w swoim tekście. – To niemożliwe. Nigdy się z takim nie spotkałem – oznajmił mój rozmówca. Jakże się zdziwił, kiedy okazało się, że jednak istnieje książka pod takim tytułem. Wtedy oświeciło także i mnie, że wszyscy, jeśli tak można powiedzieć, przesiewamy rzeczywistość przez sita naszego doświadczenia i poznania. Sądzimy, że wygląda ona zawsze tak, jak nam się wydaje. Próbujemy ją nagiąć do siebie albo stawiamy siebie w jej centrum i nie lubimy, gdy nagle nasza pozorna „wszechwiedza” zostanie podważona. Taką „niewygodną” rolę kontestacji naszego wybujałego ego pełni wobec nas wspólnota zakorzeniona w nadziei. Pozbawia nas wielu iluzji, co niewątpliwie boli. Jednak dzięki niej jesteśmy oczyszczani.

Gwiazdy nadziei

Jednak o wiele więcej otrzymujemy przyjemnych dobrodziejstw dzięki nadziei we wspólnocie niż tych mniej przyjemnych. Benedykt XVI pisze w encyklice o nadziei: „Życie jest niczym żegluga po morzu historii, często w ciemnościach i burzy, w której wyglądamy gwiazd wskazujących nam kurs”. Nie mam wątpliwości, że tymi gwiazdami, dzięki którym nawigujemy nasze życie, często stają się nasi bracia i siostry w wierze. Któż z nas się czasem nie zawaha? Kto nie potrzebuje dobrego słowa i pociechy? Kto nie chce czasem zwierzyć się drugiemu i zostać wysłuchanym? We wspomnianej już encyklice o miłości Benedykt XVI dzieli się poruszającą intuicją na temat związku naszej otwartości wobec bliźnich z poznaniem objawiającego się Boga: „Jedynie moja gotowość do wyjścia naprzeciw bliźniemu, do okazania mu miłości, czyni mnie wrażliwym również na Boga. Jedynie służba bliźniemu otwiera mi oczy na to, co Bóg czyni dla mnie i na to, jak mnie kocha” (nr 18).

Miłość przyciąga miłość. Nie czytanie o Bogu otwiera nam oczy serca na Jego aktywną obecność, lecz miłość bliźniego. Powoduje ona, że widzimy to, co niewidzialne. Kiedy się czyni miłość, to się ją również wszędzie dostrzega. Ale równie dobrze można by w miejsce Boga w powyższym zdaniu wstawić nadzieję. Kocham, bo mam nadzieję, ale też im bardziej kocham, tym jej siła wydaje się wzrastać. Na końcu encykliki o nadziei Benedykt XVI pisze, że „jako chrześcijanie nie powinniśmy pytać się jedynie: jak mogę zbawić samego siebie. Powinniśmy również pytać, co mogę zrobić, aby inni zostali zbawieni i aby również dla nich wzeszła gwiazda nadziei. Wówczas zrobię najwięcej także dla własnego zbawienia”. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 51-52/2025