Nadzieja i moralność

Leon XIV, komentując pytanie uczonego w Prawie: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” (Łk 10, 25), powiedział w rozważaniu na Anioł Pański, że „życie wieczne, które może dać jedynie Bóg, jest przekazywane człowiekowi w dziedzictwie niczym z ojca na syna”.
Czyta się kilka minut
Papież Leon XIV w czasie audiencji generalnej na placu Świętego Piotra, Watykan, 19 listopada 2025 r. fot. Grzegorz Gałązka/Getty Images
Papież Leon XIV w czasie audiencji generalnej na placu Świętego Piotra, Watykan, 19 listopada 2025 r. fot. Grzegorz Gałązka/Getty Images

Papież odwołuje się tutaj do oryginalnego tekstu i poprawnego włoskiego przekładu, w którym nie pojawia się czasownik „osiągnąć”, lecz „odziedziczyć”. W Biblii Tysiąclecia tłumacz, zapewne nieświadomie, uznał jednak, że życie wieczne się osiąga. I zdobywa się je w nagrodę za wierność przykazaniom. Wtedy jednak mamy do czynienia z wypaczeniem chrześcijańskiej nadziei. Owszem, nawet jeśli Jezus odpowiada, że podarowane człowiekowi w nadziei, a więc już teraz, życie wieczne, wymaga zachowania przykazań, nie oznacza to, że można sobie w jakikolwiek sposób je zdobyć. Byłoby to działanie wbrew prawdziwej miłości, która może być tylko przyjęta i dalej przekazana.

Moralny pelagianizm

W naszym świecie dziedzictwa zasadniczo też się nie osiąga. Przypada ono dzieciom tylko dlatego, że pozostają w relacji z rodzicami. Tak właśnie czyni ojciec z przypowieści o Bożej miłości, przekazując obu synom swój majątek. Nie żąda w zamian żadnej pracy, choć starszy syn tak właśnie sądził. Orał i siał na polu, bo prawdopodobnie myślał, że w ten sposób należy odpłacić się ojcu. Co więcej, miał jeszcze nadzieję na jakąś ekstrapremię za wykonywanie, jak to ujął, rozkazów ojca. Na co słyszy wyznanie miłości ojca do niego: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15, 31). Nie tylko że nazywa go dzieckiem, lecz podkreśla, że najważniejsza dla niego jest bliskość syna. Majątek dla ojca jakby w ogóle się nie liczył. Podarowane obu synom środki, całe jego życie, to wyraz jego miłości do nich. Pomyślmy tylko, któryż rodzic, rzeczywiście kochający swoje dzieci, nie zasmuciłby się, gdyby one nie chciały lub nie potrafiły przyjąć przekazanego im majątku z radością, lecz uznały siebie za niegodnych i nadto czułyby presję, że ten dar muszą jakoś spłacić? Tylko że wtedy dar przestaje być darem. Zamienia się w oczach dziecka w należność za „coś”, w dług, w jakieś niewyrażone werbalnie oczekiwanie rodzica, by po przyjęciu daru dziecko zasłużyło na niego.

Niestety z powodu niezrozumienia istoty chrześcijańskiej nadziei możemy wpaść w podobną pułapkę: pelagiańskiego moralizmu, jakby życie wieczne można było otrzymać od Boga na sposób prawnej należności za wykonaną pracę. Gdy znajdziemy się w takim mentalnym położeniu, traktujemy moralność i wymagania Ewangelii jako sposób na zdobycie biletu do nieba. Jakby Bóg żądał od nas najpierw moralnego wysiłku i osiągnięć, aby dopiero na podstawie nich, jak sprawiedliwy pracodawca, wypłacić nam odpowiednią pensję. Wtedy czynimy Boga gorszym niż człowiek, który z miłości potrafi oddać dzieciom wszystko.

Na początku jest dar

Nadzieja chrześcijańska polega na tym, że dar życia wiecznego najpierw się przyjmuje u początku drogi wiary, a moralność jest odwzajemnieniem miłości Boga, pomnażaniem Jego darów, do czego on sam nas uzdalnia. Innymi słowy, nie możemy dojść do Boga, jeśli wpierw nie otrzymamy Boga. I tak się stało w chrzcie świętym, bierzmowaniu i dzieje się w Eucharystii. Bóg tak nieskończenie nas przekracza, że żadną mocą nie moglibyśmy Go pokochać jak tylko miłością, którą On sam nam daje. Jeśli tak, to w jakim celu Jezus zaprasza nas, aby iść Jego śladami? Po co te wszystkie zmagania o czystość serca i życie w łasce Bożej? Czyż nie słyszymy co rusz w Kościele, zwłaszcza podczas liturgii, że na życie wieczne musimy jednak zasłużyć? Co więcej, im bardziej zasłużymy, tym „obfitsze łaski Bożej dobroci” na nas spłyną, jak modlimy się w kolekcie 34. niedzieli zwykłej? Bo jeśli nie będziemy zdobywać zasług, narażamy się na jeden z grzechów przeciwko nadziei: próba zdobycia „chwały bez zasługi” (KKK, 2092).

Myślę, że właśnie niejasność terminu „zasługa” wprowadza wielu wiernych w błąd, i to od dzieciństwa. Sam Katechizm przyznaje, że pierwotnie pojęcie zasługi związane było z prawem, ale „w znaczeniu ściśle prawnym nie istnieje ze strony człowieka zasługa względem Boga” (KKK, 2007). Terminowi prawnemu, który przejęła teologia, nadano nieco inne znaczenie, które wcale nie jest oczywiste dla ogółu wierzących. Powiedziałbym nawet, że zakryte przed większością z nich. Sęk w tym, że po dziś dzień „zasługa” nadal rozumiana jest prawnie jako pewna „należność” za dobre postępowanie lub kara za złe czyny. To nieporozumienie stało się kością niezgody między Reformatorami a Kościołem katolickim, właśnie dlatego, że zasługa była rozumiana nie tylko przez wiernych, ale i przez duchowieństwo czysto prawnie. Całkiem niedawno, bo w 1999 roku, za pontyfikatu Jana Pawła II, podpisano „Wspólną Deklarację w sprawie nauki o usprawiedliwieniu między Światową Federacją Kościołów Luterańskich i Kościołem Katolickim”, gdzie w końcu uzgodniono: „Gdy katolicy trzymają się dobrych uczynków rozumianych jako ‘zasługa’, to pragną przez to powiedzieć, że uczynkom tym według biblijnego świadectwa jest obiecana zapłata w niebie. Pragną oni podkreślić odpowiedzialność człowieka za jego działanie, lecz przez to nie chcą zakwestionować, a tym bardziej zanegować charakteru dobrych uczynków jako daru”. Innymi słowy, zasługa to odpowiednik dzisiejszej „współpracy”, „współudziału”, stopniowego przybliżania się do osiągnięcia podobieństwa do Boga.

Niebiański program lojalnościowy

W wierze ostatecznie chodzi o to, by nie tyle jakimś cudem dostać się do nieba, bo zebraliśmy wymagane punkty lub wypełniliśmy rozmaite formalności. W wierze mamy stać się podobni do Boga, od wewnątrz, a więc wolni, świadomi tego, co wybieramy, działający nie pod wpływem przymusu czy strachu, lecz z miłości. Nie rodzimy się takimi, lecz stajemy właśnie dzięki łasce, której, możemy być tego pewni, Duch Święty nam nie poskąpi, a także naszej współpracy, czyli zasługom. Dla przykładu, rodzice mają „zasługę” przed Bogiem, ponieważ poczęli, wydali na świat, wychowali swoje dzieci, dając im to, co najlepsze. Uczynili to we własnym ciele, ofiarowali swój trud, wszelkie naturalne dary, musieli z niejednej rzeczy zrezygnować, przebaczać, być cierpliwymi itd. W ten sposób poznali na podobieństwo Boga co to znaczy, mieć udział w stwarzaniu człowieka. Całkowicie się w ten proces zaangażowali. Jednak niczego by nie byli w stanie zrobić, gdyby Bóg nie dał im życia, zdolności do przekazywania życia, wolności, rozumu, różnych talentów. „Zasługa” jest właśnie zdobywaniem w praktyce podobieństwa do Boga. Nie może się ono wyrazić jedynie w marzeniach i słowach, lecz w czynach motywowanych miłością.

W tym momencie przechodzimy od języka prawnego do języka mistycznego, pełnego nawiązań do miłości małżeńskiej. Nadzieja jest bliźniaczą siostrą wiary i miłości. Są one nierozłączne. Nadzieja, która pozostaje tylko w sferze tęsknot i marzeń i nie wyraża się w miłości wobec Boga i bliźnich, staje się osamotnioną, biedną „istotą”, oderwaną od swoich sióstr. Jeśli zajrzymy do pism chrześcijańskich mistyków nie znajdziemy tam zbyt wiele, jeśli w ogóle, o zasługach. 
Św. Jan od Krzyża już na początku swojej Drogi na Górę Karmel wyjaśnia, że celem życia każdego człowieka (nie tylko chrześcijanina) jest „przeobrażenie duszy w Boga przez miłość”. Kościół wschodni nazywa ten proces przebóstwieniem. Wiara, nadzieja i miłość, jak pisze św. Jan od Krzyża, mają nas „przeobrazić w piękno, którym jest Bóg”. Dlaczego? Ponieważ „miłość upodabnia kochającego do kochanego”. Nawet gdybyśmy nie zgrzeszyli, Jezus Chrystus i tak przyszedłby na świat, aby nas przeobrazić i przygotować do oglądania Boga.

Kiedy prorok Izajasz, podobnie jak mistycy porównujący często Boga do ognia lub słońca, pyta, cytując zalęknionych grzeszników: „«Kto z nas wytrzyma przy trawiącym ogniu? Kto z nas wytrwa wobec wieczystych płomieni?»  (Iz 33, 14), 
odpowiada: „Ten, kto postępuje sprawiedliwie” (Iz 33, 15). Zwróćmy uwagę, że tutaj nie chodzi o szybko nasuwające się nam na myśl piekielne ognie i kotły ze smołą. Ten ogień to miłość Boga. Nie czytamy tutaj o spaleniu grzeszników, lecz o „wytrwaniu” wobec płonącego ognia. W obliczu tego samego ognia będą „trwać” sprawiedliwi. Innymi słowy, jeśli miłość Boga jest ogniem, to będzie mógł oglądać ją tylko ten, kto sam stanie się ogniem, czyli miłością. A o tym, że takimi się stajemy, świadczą nasze czyny płynące z serca. Wszelka nieprawość w obliczu Boga, który jest tutaj porównany do ognia, zostanie spalona. Nikt nie „wytrzyma”, patrząc w nieskończoną miłość, jeśli nie stanie się do niej podobny.

Upodobnienie do Boga przez przyjęcie Jego darów, przez naszą odpowiedź na Bożą miłość to właśnie „zdobywanie” zasług. Niestety takie rozumienie wcale nie wynika z samego terminu „zasługa”. Trzeba go wyjaśniać, a skoro tak, to należy pytać, czy dzisiaj spełnia on swoje zadanie.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 49/2025