Logo Przewdonik Katolicki

Wirus? Wciąż obecny 

Hubert Ossowski
Komunikacja miejska we Wrocławiu. Od 18 maja 2020 r. zostaje zwiększony limit pasażerów w pojazdach komunikacji publicznej fot. Maciej Kulczyński/PAP

Powoli wracamy do normalności. Dzieje się tak, pomimo że wirus wciąż jest groźny, a sama pandemia nie została pokonana. Nierozsądne zachowanie w przestrzeni publicznej może przynieść opłakane skutki.

Czerwcowy długi weekend. Tłumy nad jeziorami i rzekami w całej Polsce. Duże zagęszczenie ludzi, brak maseczek i zalecanego dystansu społecznego. W miastach wyruszają procesje Bożego Ciała, a kandydaci w wyborach prezydenckich przyciągają na swoje spotkania masy wyborców. Sytuacja wygląda tak, jakby pandemia już się skończyła i tragiczne doniesienia o zmarłych były już tylko bolesnym wspomnieniem.
Fakty mówią jednak coś innego: pandemia wciąż trwa, a koronawirus jest nadal niebezpieczny. Ba, wciąż pojawiają się nowe ogniska zachorowań, o których informuje Ministerstwo Zdrowia, podając przy tym coraz wyższe liczby nowych przypadków. Pandemia nie wygasła, po prostu zaczęliśmy o niej zapominać, próbując przyzwyczaić się do życia z wirusem lub pomimo niego. Czy jest to słuszna strategia?

Nadal niebezpieczny 
„Temat koronawirusa jest już nudny (…). Straszą pandemią, nikt już nie chce tego słuchać”; „To straszne, jak Polacy nie są zdyscyplinowani! Będzie nawrót zakażeń, zostaniemy zagonieni z powrotem do domów i bardzo dobrze. Może nie macie małych dzieci albo starszych w rodzinach i dlatego tak sobie pozwalacie”; „Nie stosowałem się do żadnych obostrzeń. Nie znam nikogo, kto byłby chory (…). Naprawdę straszna pandemia”; „Wszyscy, którzy mają w głębokim poważaniu środki ostrożności, nie powinni dostać żadnej pomocy w razie zakażenia. Skoro są tacy odważni, niech później radzą sobie sami”. 
To tylko niektóre komentarze pod artykułem, w którym autor próbował zwrócić uwagę na problem nieprzestrzegania zalecanych środków bezpieczeństwa. Właśnie takie głosy, pojawiające się w mediach społecznościowych lub na forach, najlepiej oddają nastroje społeczne. Dziś po przymusowej kwarantannie i stosunkowo niewielkiej (w porównaniu z innymi krajami europejskimi) liczbie zachorowań panuje przekonanie, że czas już wracać do normalności. Jeszcze bardziej radykalne głosy powątpiewają w istnienie koronawirusa, nazywając go wymysłem mediów i polityków.
O tym, że zagrożenie ze strony koronawirusa nadal jest obecne, świadczą dane Ministerstwa Zdrowia. Tylko 8 czerwca odnotowano w Polsce najwyższą liczbę przypadków zakażenia od początku pandemii (599). Większość tych zakażeń pochodzi ze Śląska, jednak nie jest to jedyny rejon, w którym występują ogniska koronawirusa. 20 czerwca odnotowano 52 przypadki w województwie mazowieckim oraz 44 w łódzkim. W rezultacie eksperci i lekarze powtarzają jak mantrę apel o dalszym przestrzeganiu zasad bezpieczeństwa.

Oswajanie rzeczywistości 
– Zagrożenie jest stale obecne i warto pamiętać o zachowaniu pewnych zasad – mówi dr hab. Adam Czabański, kierownik Pracowni Socjologii Zdrowia i Patologii Społecznych Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. – W Polsce podjęto działania bardzo wcześnie, co poskutkowało tym, że udało się wypłaszczyć linię zachorowalności. Choć ostatnio pojawiły się rekordy dzienne, nie zwracałbym uwagi na liczbę zachorowań. Nie wiemy, ile osób przechodzi lub przeszło tę chorobę. Można też mieć krytyczne zdanie na temat liczby testów, ale trzeba pamiętać, że same testy nie leczą, tylko diagnozują. Zwróciłbym uwagę na liczbę zgonów, która jest ustabilizowana.
Nie znamy dokładnej liczby chorych, ponieważ stosunkowo dużo Polaków przechodzi chorobę w sposób bezobjawowy. To jeden z czynników, który doprowadził do bagatelizowania koronawirusa. Gdy nie widzi się objawów, łatwo jest lekceważyć niebezpieczeństwo lub nawet nie wierzyć w nie.
– Myślę, że jest to naturalny odruch ludzkości, że po okresie niezwykłości chce zanurzyć się w zwykłości – dodaje dr hab. Adam Czabański. – Gdy pojawiło się zagrożenie, od razu wprowadzono określone zasady. Trzeba oddać, że polskie społeczeństwo zdało egzamin w tej pierwszej fali koronawirusa. Jednak typowe dla wszystkich społeczeństw jest to, że ludzie są w stanie funkcjonować w wyjątkowych okolicznościach tylko przez określony czas. Początkowo jest okres szoku i przerażenia, lecz później następuje faza oswajania tej nowej rzeczywistości.

Mniejszość 
Można zrozumieć powolny powrót do stanu sprzed pandemii. W niezwykłym czasie ludzie są w stanie zmobilizować się, ale tylko na krótki czas. Później następuje szukanie powrotu do normalności. Niestety, niektórzy wracają do niej w sposób nieodpowiedzialny. Nie noszą masek, nie zachowują dystansu społecznego czy wprost bagatelizują istnienie wirusa.
– Widać w sklepach, że są osoby, które nie noszą maseczek i nie przestrzegają zasad – mówi dr hab. Adam Czabański. – Są też tacy, którzy wypowiadają się, że nie ma czegoś takiego jak koronawirus, że jest to wymysł elit czy mediów. Próbują oszukiwać sami siebie oraz swoje otoczenie. Pytanie, czy uda im się oszukać koronawirusa? Takie osoby zawsze się znajdą, jednak pamiętajmy, że nie jest to całe społeczeństwo. Zdecydowana większość pilnuje i stosuje się do wprowadzonych rygorów. Na pewno nie jest to łatwe. Rzeczą naturalną jest, by do tej normalności wracać.
Nie wiadomo, kiedy skończy się pandemia. Wypłaszczone wskaźniki zachorowań każą przypuszczać, że będzie to długotrwały proces. Wpłynie to jeszcze bardziej na oswojenie się z obecną sytuacją. Wszystko może się zmienić w przypadku, gdy zdecydowanie zwiększy się liczba zgonów.

Wypracowanie nawyków
Jak na razie życie w czasach koronawirusa toczy się dalej. Obserwujemy wzmożenie życia towarzyskiego, co samo w sobie może być niebezpieczne. Istnieje prosta zależność: im więcej spotkań towarzyskich, tym większe ryzyko wystąpienia ognisk chorobowych. Wystarczy niewiele – jedna wcześniej zakażona osoba. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w okresie letnim, kiedy tych spotkań jest najwięcej.
Wszystko też wskazuje na to, że obowiązek noszenia maseczek w przestrzeni publicznej zostanie z nami przez dłuższy czas. – Możliwe, że przyzwyczaimy się do nich tak, że będą obecne nawet po zakończeniu pandemii – mówi dr hab. Adam Czabański. – Może nie wszyscy, ale na pewno część populacji będzie zakładać je w przestrzeni publicznej. Mam na myśli miejsca, w których występuje duże zagęszczenie, czyli tramwaj, autobus czy sklepy. Noszenie masek może być zachowaniem stale obecnym w tej przestrzeni.
Już teraz warto pamiętać o wypracowaniu tych nawyków. Zwłaszcza w przypadku noszeniu maseczek w sklepach czy komunikacji miejskiej. – Te nawyki są niezbędne – dodaje dr hab. Adam Czabański. – Należy nosić maski w przestrzeni publicznej, na powietrzu, podczas zgromadzeń czy innych uroczystości. Drugą sprawą jest przestrzeganie tej zalecanej odległości. Mówi się o odstępie od 1,5 do 2 metrów. Uważam, że w sytuacji, gdy ten dystans jest mniejszy, powinno się zakładać maseczki.

W trosce o innych
Na lekceważeniu koronawirusa najgorzej wychodzą zwłaszcza ci, którzy starają się przestrzegać wszystkich zalecanych zasad bezpieczeństwa. Lekceważąc zagrożenie i ignorując obostrzenia, można w prosty sposób narazić innych. – Myślę, że raz po raz będziemy słyszeć o nowych ogniskach – tłumaczy dr hab. Adam Czabański. – To jest efekt tego, że ktoś zaczął ignorować zasady, doszło do masowego spotkania i zaraził pozostałych. Cały czas trzeba się mobilizować. Warto mieć na uwadze dobro drugiego i jego dobrostan psychiczny. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w istnienie koronawirusa lub lekceważy zasady, niech uszanuje strach pozostałych i nie stwarza sytuacji, w której mogliby się bać. Po prostu trzeba założyć maseczkę ze względu na innych.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki