Logo Przewdonik Katolicki

Wielkoduszność

Monika Białkowska i ks. Henryk Seweryniak
fot. Sergey Skleznev/Adobe Stock

Kiedy się kocha, pierwszą wielkoduszną reakcją jest działanie, przekraczanie granicy mojego obowiązku i robienie więcej

Ks. Henryk Seweryniak: Cnoty były ważne dla ludzi średniowiecza, wiesz? Im bardziej w tym okresie w dziejach siedzę, tym bardziej to czuję. Oni tam mocno próbowali definiować ten styl postępowania człowieka, który powinien wynikać z chrześcijaństwa… 

Monika Białkowska: A dlaczego wielkoduszność?

HS: Jak o niej myślę, to chodzi mi po głowie 21. rozdział z Ewangelii św. Jana. Uczniowie łowili całą noc i nic nie złowili, a nad ranem na brzegu pojawia się postać, która pyta ich, czy mają coś do zjedzenia, potem każe zarzucić sieci, oni wyciągają sto pięćdziesiąt trzy ryby (egzegeci do dziś toczą dyskusje, co ta liczba oznacza!) i rozpoznają, że to jest Jezus. Piotr rzuca się do Niego przez wodę, potem wszyscy schodzą na ląd, a On przygotowuje dla nich posiłek. I dalej jest ten słynny dialog, powracające pytanie: „Piotrze, czy mnie miłujesz?”. Dlaczego właśnie to kojarzy mi się z wielkodusznością? Przecież oni wszyscy wcześniej uciekli spod Krzyża. Piotr, wyróżniony, zaparł się Jezusa. A Jezus wielkodusznie przebacza. 

MB: Tam nie ma aktu przebaczenia. Jezus zachowuje się, jakby nic się nie stało. Ale racja: wielkodusznie. 

HS: Starożytność bardzo tę cnotę wielkoduszności lubiła, dużo miejsca poświęcił jej Arystoteles w Etyce nikomachejskiej. A już zupełnie byłem zaskoczony, jak zajrzałem do Summy teologicznej św. Tomasza, który wielkoduszności poświęca kilkanaście stronic! Wyprowadza ją ze schematu pogańskiego i traktuje wielkoduszność jako cnotę władcy, człowieka wysoko postawionego, który dąży do wielkich rzeczy. Wynotowałem sobie nawet (odręcznie!) jeden fragment, posłuchaj: „Wielkoduszny dąży do tego, co wielkie. W konsekwencji dąży szczególnie do czegoś ponad-przeciętnego, a unika tego, co ma cechę poniżej przeciętności. Otóż do ponad-przeciętności należy czynić dobrze drugim, żyć w łączności z ludźmi i nieść pomoc dla wielu. Narzekanie jest wyrazem poniżej-przeciętności, ponieważ wskazuje ono na upadek wobec zła zewnętrznego”. 

MB: A to nie jest wielkoduszność, którą dziś raczej nazwalibyśmy ambicją albo wysokimi aspiracjami? Ja z wielkodusznością mam skojarzenia aktualne. Kiedy ludzie organizowali szycie maseczek albo zbierali pieniądze czy wieźli jedzenie strażakom, gaszącym pożar w Biebrzańskim Parku Narodowym, co rusz słyszałam głosy: „Przecież to sprawa państwa, to obowiązek rządu, od czego mamy władzę, oni powinni się tym zająć!”. I oczywiście jest w tym racja: ale małoduszna racja. Bo jeśli płonie dom, w którym zostało dziecko, to kochający ojciec nie czeka na strażaków z założeniem, że ich obowiązkiem jest dziecko ratować. Rzuca się w ogień i robi, co może – bo kocha. Kiedy się kocha, pierwszą wielkoduszną reakcją jest działanie, przekraczanie granicy mojego obowiązku i robienie więcej. Ale ciekawe jest tu dla mnie pytanie o motywację wielkoduszności. Dla-czego jestem w stanie zrobić więcej? Jeśli dla siebie, żeby być mądrzejszą, poczuć się lepiej, rozwijać się – to jest ambicja. Motywem wielkoduszności musi być coś albo ktoś drugi. Musi mnie zachwycić, żebym chciała zrobić więcej, niż powinnam. To jest cnota, która zawsze jest w relacji… 

HS: Ja tu oczywiście jestem od tego, żeby mówić o Panu Bogu – że to On jest takim motywem! U św. Tomasza jest jeszcze coś ciekawego. Pisze on o „pojemności serca”. Jeśli jesteś człowiekiem wielkodusznym, to dlatego, że pamiętasz, jak wiele otrzymałaś od Boga. Dzięki temu masz otwarte serce na Boże dary, a to otwarcie owocuje w tobie postawą zaufania i odpowiedzialności za świat, wielkodusznością właśnie. Ale też nie chciałbym, żebyśmy z wielkoduszności wykluczyli osoby niewierzące albo udawali, że my, wierzący, nie bywamy małoduszni… 

MB: Spotykałam niezwykle wielkodusznych niewierzących, to nie jest żadne kryterium. Ale myślę, że nam, wierzącym, łatwo jest zrobić niewierzącym pewną krzywdę. Kiedy ktoś się wielkodusznie angażuje w ratowanie parków narodowych, bezdomnych zwierząt albo dzieci chorych na raka, zdarza nam się łatwo rzucić: „O, Pana Boga sobie tym zastąpił! Religię sobie z tego zrobił!”. Nie zgadzam się, takich ocen się boję i uważam, że są niesprawiedliwe. I wynikają z małodusznej chęci zawłaszczenia cnót wszelakich wyłącznie dla chrześcijan. A jak to słowo brzmi po łacinie?

HS: Magnanimitas. Po grecku: megalopsychia. 

MB: Czyli wprost: wielka dusza. Ciekawe. Ale pod warunkiem, że „wielkość” rozumiemy nie jako potęgę, dostojeństwo czy siłę, ale jako pojemność. W sercu człowieka wielkodusznego znajdzie swoje miejsce każdy i wszystko.  

HS: I myślę, że o to właśnie Tomaszowi chodziło! Ale to również jest wielkoduszne darowanie komuś czegoś. Ojciec daruje winę synowi marnotrawnemu. Ja widzę człowieka na ulicy i daję mu te dwadzieścia złotych i nie zastanawiam się i nie przepytuję go, czy je wyda na wódkę, czy nie wyda… 

MB: Daję komuś pieniądze i mówię: będziesz kiedyś miał, to oddasz. Choć wiem, że tego się nigdy nie oddaje… 

HS: O, to jest piękny przykład! Parę razy mi się to w życiu zdarzyło i nikt nie wrócił!

MB: I nie bawmy się w małoduszne wypominanie. 

HS: No dobrze, wiem, tak sobie tylko westchnąłem...

MB: Zawsze lubiłam Koheleta i jego „rzucaj swój chleb na wody płynące i już nie rachuj”. To jest klasyczna wielkoduszność. Rób swoje, rób dobro i nie oglądaj się za siebie. Jeśli coś w wielkoduszności lubię, to fakt, że jest doskonałym świadectwem chrześcijańskim – skuteczniejszym niż marsze z feretronami na ulicach. Rozmawiałam z człowiekiem, przez którego ręce musiały przejść pieniądze i sprzęty, przekazane szpitalom przez abp. Rysia. W sumie o wartości dwóch milionów złotych. To nie był człowiek wierzący – ale był jak ogłuszony. Pytał, jak to jest możliwe? Jak można zrobić coś takiego? Skąd ten człowiek to w sobie ma? I wtedy wielkoduszność staje się najbardziej ewangeliczną cnotą, bo po ludzku wytłumaczyć się jej nie da. 

HS: Skąd to w sobie ma? Skąd to mamy – jeśli mamy? Ano z tego, że spotkaliśmy wspaniałomyślnego Ojca, że spotkaliśmy Piotra, któremu Jezus przebaczył, i że i nam przebaczono po stokroć…

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki