Logo Przewdonik Katolicki

Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni

Piotr Jóźwik
fot. kwasny221/ Adobe Stock

Rozmowa z Michałem Kurtyką, prezydentem szczytu COP24 i wiceministrem środowiska, o wkładzie Polski w negocjacje klimatyczne

Czuje Pan na swoich barkach dużą odpowiedzialność?
– Cały czas. Do grudniowego szczytu klimatycznego w Chile sprawujemy prezydencję konferencji klimatycznej. Oznacza to, że mamy możliwość moderowania szeroko zakrojonej dyskusji na tematy związane z przeciwdziałaniem zmianom klimatu w wymiarze globalnym.
 
Rozmawiamy w przeddzień Pana wylotu do Nowego Jorku na szczyt zwołany przez sekretarza generalnego ONZ Antonio Guterresa. To kolejny etap działań, które zapoczątkowano cztery lata temu w Paryżu.
– W 2015 r. we Francji wynegocjowano przyszłą umowę klimatyczną, ale to rok temu podczas szczytu klimatycznego w Katowicach zaczęliśmy ją wprowadzać w życie. Teraz przyszedł czas na kolejne kroki. We wrześniu spotykamy się w USA, a w grudniu – w Chile. To przedsmak tego, co będzie się działo w przyszłym roku, kiedy państwa mają aktualizować bądź zwiększać swoje cele klimatyczne. Mamy już pewne ramy działań. Uważam za duży sukces to, że delegacje 196 państw świata i Unii Europejskiej podpisały się najpierw pod Porozumieniem paryskim, a potem pod podręcznikiem reguł katowickich.
Jeśli chcemy na poważnie podejść do tematu, który zadaje nam podpisana 25 lat temu konwencja klimatyczna, czyli redukcji poziomu gazów cieplarnianych, to musimy zadać sobie fundamentalne pytania. Pytania o model naszej cywilizacji, oparty na rewolucji przemysłowej. Musimy pytać choćby o transport lotniczy, zużycie ropy naftowej, produkcję stali i cementu, ogrzewanie naszych domów… To wszystko bardzo mocno wpływa na klimat. Chcąc zapobiegać zmianom klimatu, nie uciekniemy od pytań: jaka jest rola człowieka? Jaka jest jego odpowiedzialność za przyrodę? Co to znaczy rozwój cywilizacji? Jak może być on w przyszłości zgodny z naturą?
 
O tym jeszcze porozmawiamy, ale wróćmy na chwilę do Porozumienia paryskiego. Jakie cele stawia ono przed nami?
– W myśl Porozumienia paryskiego należy dążyć do ograniczenia emisji dwutlenku węgla i zwiększenia jego pochłaniania, tak by osiągnąć neutralność klimatyczną. Po co? Żeby powstrzymać wzrost temperatury wywołany działalnością człowieka, do 2, a może nawet 1,5 stopnia Celsjusza.
 
Wiemy, jak to zrobić?
– Kluczem do rozumienia Porozumienia paryskiego jest zasada suwerenności państw. W ramach podjętych wspólnych zobowiązań to poszczególne rządy będą podejmować konkretne decyzje. Jestem dobrej myśli. W Katowicach uzgodniliśmy, w jaki sposób sprawdzać, czy te złożone obietnice są dotrzymywane. Raz na pięć lat planujemy taki globalny przegląd, pierwszy przypadnie w 2023 r.
Decyzje konkretnych rządów zależą od rozumienia przez nie wyzwań, przed którymi stoimy. Te wyzwania trzeba jednak widzieć w szerszym kontekście. Nie możemy wymagać od biedniejszych państw tego, żeby skupiały się tylko na rozwiązywaniu problemów klimatycznych, ignorując fakt, że ludzie głodują (a liczba głodujących w ostatnim roku się zwiększyła), albo nie mają dostępu do energii elektrycznej (w samej tylko Afryce ten problem dotyczy 700 mln ludzi). Do tego potrzebna jest międzynarodowa solidarność.
 
Nie obawia się Pan, że solidarność przegra z egoizmem największych graczy na światowej scenie? Prezydent USA Donald Trump już w 2017 r. zapowiedział, że chce się z Porozumienia paryskiego wycofać.
– Tego nie wiem. Oczywiście każde państwo, także Stany Zjednoczone, może się z Porozumienia wycofać. Pamiętam jednak, że w Katowicach delegacja amerykańska dążyła do osiągnięcia kompromisu. Żadne decyzje nie zapadły tam wbrew USA.
Po szczycie w Polsce na pewno można powiedzieć jedno: udało nam się zrównoważyć głosy państw bogatszych i biedniejszych. Uniknęliśmy sytuacji, w której ktoś będzie czuł się pokrzywdzony, bo musi robić dużo więcej od innych, a ktoś inny nie będzie musiał robić nic.
Pamiętajmy też, że w stosunkach międzynarodowych mamy dziś trudny czas. Mam wrażenie, że Katowice były ostatnim momentem, w którym takie światowe porozumienie można było osiągnąć.
 
Jaki jest nasz wkład w to światowe porozumienie?
– Udało nam się wnieść do światowej polityki klimatycznej dosyć fundamentalny, ludzki wymiar. Ochrona środowiska to był temat dla polityków, którzy spotykali się na wielkich szczytach. Nie myślało się za bardzo o praktycznych konsekwencjach tych spotkań dla ludzi.
My w Polsce podczas transformacji gospodarczej w 1989 r. dokonaliśmy ogromnego skoku. Znacząco ograniczyliśmy zanieczyszczenie środowiska. Oczywiście w dalszym ciągu mamy wiele do zrobienia, ale i tak mamy się czym pochwalić. Podam przykład: Śląsk, na którym dominował przemysł ciężki i górnictwo, dziś jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się regionów w Polsce, który zmierza w kierunku usług. Pokazujemy w ten sposób, że transformacja tego typu regionów jest możliwa.
Kiedy delegacje państw wypracowywały w Katowicach porozumienie, na ulicach Paryża demonstrowały „żółte kamizelki”. W tamtym czasie we Francji podniesiono akcyzę na paliwo. To tak bardzo zwiększyło koszty życia, że ludzie nie byli w stanie udźwignąć tego ciężaru i wyszli na ulice. Nie miejmy złudzeń: zmiany, które musimy wprowadzić, by ograniczyć negatywny wpływ na planetę, będą kosztować. Ale nie możemy udawać, że wszyscy w równym stopniu możemy te koszty pokryć. Ten apel o sprawiedliwą transformację klimatyczną i światową solidarność to coś, co udało nam się wnieść.
 
Coś jeszcze?
– Wymieniłbym dwa zagadnienia. Po pierwsze: elektromobilność. Pokazaliśmy, że można myśleć o tym, by transport był bardziej ekologiczny, a przy tym opłacalny. Po drugie: lasy. Podjęliśmy pilotażowe badania, które mają pokazać, jak las może być absorbentem. Warto dodać, że jesteśmy jednym z państw, które modelowo zarządza swoimi zasobami leśnymi. 30 proc. powierzchni kraju jest pokryte lasami, które pochłaniają dwutlenek węgla. Oczywiście pamiętajmy, że skala emisji jest nadal większa od skali absorpcji.
 
Naukowcy mówią o tym, że aby zapobiec katastrofie, w 2050 r. powinniśmy być neutralni klimatycznie, czyli zrównoważyć emisję z pochłanianiem. Co w takim razie z naszym węglem?
– Założenie o neutralności klimatycznej (będziemy o nim rozmawiać szerzej jeszcze w tym roku na poziomie Unii Europejskiej) mówi o tym, że wszystkie państwa razem mają emitować mniej, niż absorbować, ale nie przewiduje, że taką równowagę ma osiągnąć każde państwo z osobna. To może być po prostu niewykonalne. Jak to zrobić? Finlandia chce osiągnąć neutralność klimatyczną już w 2035 r. Jeżeli więc jakiś kraj, np. z powodu bezpieczeństwa energetycznego, będzie musiał emitować więcej, to taka Finlandia będzie gotowa do tego, by absorbować dwutlenek węgla niejako „za niego”. Może to być rozwiązanie dla Polski, której energetyka opiera się na węglu, ale też np. dla Malty, której może brakować powierzchni do obsadzenia lasami. To system naczyń połączonych, którego ramy musimy uzgodnić w szczegółach, żeby przyjąć realny plan działania dla osiągnięcia neutralności klimatycznej.
 
Nasza energetyka opiera się na węglu. Jesteśmy gotowi to zmienić?
– Polityka energetyczna Polski przewiduje znaczącą ewolucję naszego miksu energetycznego. Nowe zapotrzebowanie na energię elektryczną praktycznie w całości ma być pokrywane ze źródeł odnawialnych lub zeroemisyjnych, takich jak energetyka jądrowa. Taki jest plan, który po przyjęciu przez rząd będzie wyznacznikiem dla dalszych działań państwa.
 
Dziś odnawialne źródła energii potencjalnie mogą wyprodukować niespełna 20 proc. krajowej mocy, a energetyka jądrowa jest w powijakach.
– Program jądrowy jest przedsięwzięciem, które wymaga ogromnej mobilizacji po stronie państwa, bo trudno oczekiwać od sektora prywatnego, by stworzył takie elektrownie. To wymaga mobilizacji środków i ram regulacyjnych. Ale to się wydarzy i mocno zmieni energetykę. Polski system energetyczny był monokulturą. Choć pojawiły się źródła odnawialne i gazowe, to fundamentem pozostaje energetyka węglowa, w szczególności węgiel brunatny.
Tymczasem nasza gospodarka szybko się rozwija i będzie wymagała coraz więcej energii. Podam przykład. Jeśli wszystkie projekty zapowiadane przez firmy prywatne, nad którymi pracuje Polska Agencja Inwestycji i Handlu, dotyczące tylko elektromobilności, zostaną zrealizowane, to będziemy potrzebowali kolejnych 2 tys. megawatów mocy. Biorąc pod uwagę, że dziś nasze zapotrzebowanie wynosi nieco mniej niż 40 tys. megawatów, to dołożenie kolejnych 2 tys. jest potężnym wyzwaniem. A przypomnę, że jest to tylko sektor elektromobilności. Tylko i aż, bo on niesłychanie szybko się rozwija, a Polska, która postawiła na niego, jest w oczach inwestorów z całego świata bardzo ważnym graczem.
 
Wybór samochodu na prąd to przykład działania, które może podjąć każdy z nas na poziomie swojego życia. Ale, powiedzmy szczerze, nie każdego na taki zakup stać.
– Przed wejściem do Unii Europejskiej w Polsce sprzedawało się bardzo dużo nowych samochodów. Potem eksplodował rynek wtórny. Dopiero teraz stopniowo odbudowujemy rynek nowych samochodów, w związku z tym on sam w sobie będzie w najbliższych latach rósł.
To prawda, że samochody elektryczne dziś kosztują więcej, ale są też tańsze w eksploatacji od swoich tradycyjnych odpowiedników. W najbliższych latach ich cena będzie spadać. Widać to było na ostatnich targach we Frankfurcie. Jeden z niemieckich producentów wypuszcza nowy model auta, który będzie kosztował tyle, co wiodący model z silnikiem benzynowym. Podobnie robią inni producenci. W perspektywie 3–4 lat auta elektryczne będą tańsze niż ich odpowiedniki spalinowe.
W takiej sytuacji decyzje podejmowane przez konsumentów staną się też wyborami ekonomicznymi. To jest sytuacja, która z naszej perspektywy jest idealna: doprowadzić do tego, by technologie, które są korzystne dla środowiska, stały się opłacalne dla konsumenta, bo wtedy jesteśmy w stanie zmienić postępowanie.
 
Mówimy o decyzjach, które konsument może czy będzie mógł podjąć, ale powiedzmy też o tych, których podejmować nie musimy. Gdybyśmy byli mniej konsumpcyjni, problem klimatyczny byłby pewnie nieznacznie, ale jednak mniejszy. A tak każdy z nas dokłada do niego swoją cegiełkę.
– Bezwzględnie. Powiedziałbym, że to jest pewna odpowiedzialność moralna. O niej mówi też Kościół. Musimy przemyśleć nasz tryb życia, żebyśmy byli świadomi, że nasze codzienne działania, które wydają się zupełnie niewinne, niosą za sobą konsekwencje dla środowiska. Weźmy na przykład butelki plastikowe. Już sama świadomość, że lepiej ograniczać ich ilość, powoduje, że będziemy jako konsumenci podejmować inne wybory. To także kwestia marnowania jedzenia, które musiało zostać przecież wyprodukowane. Inny przykład: kupowanie niepotrzebnych rzeczy, bo akurat jest wyprzedaż albo pojawił się nowy model. Mógłbym wymieniać tak długo.
Musimy wykształcić sobie nową wrażliwość na naszą planetę i eksploatowanie jej zasobów. Ale w tym celu nie można tylko patrzeć na to, co zrobią rządy poszczególnych państw. Odpowiedzialność musi być współdzielona społecznie. Do tego potrzeba większej świadomości problemów, z jakimi się mierzymy. Wtedy będziemy w stanie przemodelować nasz sposób życia, kiedy zgodzimy się, że tak należy zrobić. Może na początku to będą małe kroki, ale te małe kroki powinny dawać przestrzeń do dużych zmian.
 
Michał Kurtyka
Wiceminister środowiska i prezydent szczytu COP24 w Katowicach. Jest autorem rządowego programu rozwoju elektromobilności w Polsce

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki