Logo Przewdonik Katolicki

Pielgrzymki „na apostoła”

Agata Bobryk

Nie biorą ze sobą pieniędzy, zapasu jedzenia, a czasem nawet telefonów komórkowych. Pielgrzymując po Polsce lub Europie, przeżywają własną szkołę zawierzenia.

Dla Marcina najważniejsze są spotkania. To dla nich w tym roku ponownie bierze udział w pielgrzymce „Droga Abrahama”. Razem z innymi mężczyznami chodzi od wioski do wioski, prosząc o kubek kawy, nocleg czy możliwość przeczekania deszczu. Otrzymuje dużo więcej – rozmowę i wspólną modlitwę.

Emilia jest na drugim roku studiów, gdy w 2017 r. trafia na rekolekcje autostopowe wspólnoty „Piękne Stopy”. Najpierw weekendowa formacja – modlitwa, konferencje, praktyczne warsztaty i dobieranie się w pary lub w trójki, a potem wyjazd w świat. Ona i jej towarzysze piszą na kartonie kierunek „Tam gdzie ty”. Bez pieniędzy i jedzenia jadą w najniezwyklejszą podróż w życiu Emilii.
Trzy lata wcześniej Ula, wówczas studentka malarstwa, też chce jechać z Pięknymi Stopami, ale niestety żaden z terminów jej nie pasuje. Ula już wcześniej jeździła autostopem, teraz jednak po swoim nawróceniu chce zrobić to inaczej – nie jechać sama, lecz z Panem Bogiem. Decyzję o tym, żeby ruszyć w podróż do Portugalii bez pieniędzy, zawierzając jedynie Bogu, podejmuje bardzo długo. Bo czy takie pielgrzymowanie nie jest wystawianiem Go na próbę?

Każda z historii, które opowiadają, jest różna, tak jak jej bohaterowie różnią się od siebie i różnie działa Bóg w ich życiu. Pewne wątki jednak się powtarzają. Bóg daje to, czego człowiek najbardziej potrzebuje, choć niekoniecznie zawsze jest to coś, czego pragnie. Można wyruszyć w nieznane bez materialnych zabezpieczeń, ale nie da się tego zrobić bez modlitwy. Drogi nie liczy się w kilometrach, lecz w spotkaniach. Z ludźmi, z Bogiem i samym sobą.
 
Tygodniowa seria przypadków
– Przypadek to drugie imię Ducha Świętego – mówi Emilia i zaczyna opowiadać. O tym, jak wtedy, gdy leżąc na trawie na placu przed kościołem w Sokółce pod Białymstokiem, Marta, jej towarzyszka w podróży, powiedziała rozmarzonym głosem: „Panie Boże, a gdyby tak nad morze?”. Pierwsza myśl Emilii – no fajnie, marzenia warto mieć, szkoda tylko że nierealne. Pierwszy stop, który łapią jedzie do… Gdyni. Albo o tym, jak już w Gdyni Marta uparła się, że dalej nie idzie i będzie łapać stopa z przystanku obok Dworca Głównego. To najmniej dogodne miejsce, jakie można wymyślić: w centrum miasta, na przystanku autobusowym z zakazem zatrzymywania się i do tego za zakrętem. Absurd. Emilia zaciska zęby (obiecały sobie, że będą szanować swoje potrzeby) i idzie razem z nią. Czekają na przystanku, gdy nagle dziewczyna zauważa wśród przechodniów zieloną koszulkę Pięknych Stóp. To jeden z uczestników rekolekcji. Do Gdyni trafił z Katowic, po tym jak jego dotychczasowa para zrezygnowała. Zniechęcony tym doświadczeniem, sam również myśli o rezygnacji z dalszej drogi. Dziewczyny zgarniają go: skoro się tu spotkaliśmy, dokładnie w tym mieście, na tym przystanku i w tym samym czasie, choć Polska długa i szeroka, jedziemy dalej razem. Niedługo potem słyszą za sobą klakson. Na chodnik wjeżdża samochód, a kobieta, która go prowadzi, woła: „Słuchajcie, kupiłam ten samochód tydzień temu i obiecałam sobie, że wezmę pierwszych autostopowiczów, jakich zobaczę. I to jesteście wy”. Dwa lata po pielgrzymce Emilii dzwonię do niej z pytaniem, czy nie chciałaby o niej opowiedzieć. W słuchawce słyszę śmiech. Jest właśnie w miejscu, w którym rozpoczynała swoją autostopową wędrówkę. Przypadek?
 
Marzenia – bezcenne
Podróż Uli nie jest typową pielgrzymką. Wraz z koleżanką Żanetą jedzie do sanktuarium Matki Bożej w Fatimie, ale dziewczyny chciałyby także zobaczyć Portugalię. Uli zależy na tym, aby spróbować portugalskiego jedzenia, doświadczyć kultury. Od zawsze marzyła też o usłyszeniu na żywo fado – tradycyjnych portugalskich pieśni, zwykle opowiadających historie o miłości. I faktycznie, mimo że nie mają pieniędzy, są zapraszane na tradycyjny portugalski obiad, do peruwiańskiej restauracji, do kawiarni, gdzie pieśniarze śpiewają fado. Małe ludzkie marzenia, które Bóg szanuje. – Myśmy w czasie tych siedmiu dni pielgrzymowania mieli wszystko: jedzenie, miejsce na nocleg, kierowców – opowiada Emilia. Przed podróżą ustalają, że nie będą nikomu mówili, że jadą bez pieniędzy, a prosić o jedzenie będą jedynie w ostateczności. – Jedynym momentem kryzysowym, dość symbolicznym dla mnie, był piątek. Wtedy autentycznie byliśmy tylko o kromce chleba i wodzie. Jechaliśmy z kierowcą w kierunku Bydgoszczy. Ten pan był taki niemrawy, ledwo żywym tonem mówił, że jedzie po syna na obóz. Rozmowa nam się nie kleiła. Z przodu samochodu leżała wielka jagodzianka. Patrzyłam na nią i myślałam sobie: „Panie Boże, natchnij go, aby podzielił się nią z nami”. W pewnym momencie ten pan powiedział nam, że poznał swoją żonę na pielgrzymce. To był moment, w którym zaczęliśmy opowiadać mu historię z całego tygodnia, a trochę tego było. Widziałam tylko jego oczy w lusterku. Był bardzo wzruszony. To był jeden z nielicznych kierowców, który wyszedł, podziękował i podał nam rękę. Powiedział wtedy do naszego kolegi: „Chłopie, weź dziewczyny na dobry obiad” i wręczył mu 100 złotych. Moja myśl: a ja chciałam tę bułę… Siedzieliśmy na rynku w Bydgoszczy, jedząc pierogi, i nie mogliśmy się nadziwić, jak to się w ogóle dzieje, przecież my o nic nie prosimy… Nie licząc tej buły – dodaje ze śmiechem. Nie zawsze jednak jest tak, że pielgrzymuje się w „obfitości”. Emilia wspomina historie osób, którym zdarzało się głodować nawet przez kilka dni. Najważniejsze to nauczyć się dostrzegać w różnych wydarzeniach boży palec. Może w tym momencie bardziej potrzebna jest pokuta i doświadczenie swojej słabości niż syty obiad?
 
Kawa i modlitwa
– Podczas tej pielgrzymki doświadczyłem Bożego prowadzenia. Trafialiśmy do ludzi, dla których byliśmy w jakiś sposób ważni albo którzy byli ważni dla nas. Jest kilka spotkań, które szczególnie zapadły mi w pamięć – opowiada Marcin. – Podczas pierwszej pielgrzymki poszliśmy do pewnego domu, żeby poprosić o kawę. Starszy pan miał syna, wielkiego dwumetrowego łysego faceta. Gdy go zobaczyliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać, czy na pewno dobrze, że tu trafiliśmy… Ten człowiek, widząc nas, zapytał na wstępie, jaką kawę chcemy. Bardzo mnie to poruszyło. Nie: kim my w ogóle jesteśmy ani co robimy na jego posesji, tylko jaką chcemy kawę.
Są jeszcze inne spotkania – jak wizyta u małżeństwa z 50-letnim stażem, które w obecności Marcina trzyma się za ręce, a mąż pieszczotliwie nazywa żonę Dziubą. Albo odwiedziny w pewnym bardzo ubogim gospodarstwie, zamieszkanym przez 60-letniego mężczyznę i jego schorowaną 80-letnią matkę, gdzie zostali poczęstowani jedzeniem, choć ich gospodarze nie mieli prawie niczego. Żebranie okazuje się świetnym pretekstem do spotkań. Pielgrzymi proszą o możliwość napełnienia butelki kranówką i od słowa do słowa zaczynają opowiadać o pielgrzymce, zostają zaproszeni do domu, na obiad czy nocleg. Ludzie otwierają im nie tylko drzwi, ale także serca – opowiadają o sobie i swoich problemach, wspólnie się modlą. Chociaż nie zawsze tak jest. Marcin zna historię jednego z pielgrzymów z tego roku o tym, jak właściciel posesji poszczuł pątników psami. – Prośba to jest jakaś forma obnażenia się przed kimś – mówi. – Gdy doświadczy się tego na własnej skórze, inaczej zaczyna się patrzeć na ludzi proszących, których spotykamy w tej tzw. szarej rzeczywistości. Jak ważne jest to, w jaki sposób do takich osób się odnosimy.
 
Boży szaleńcy
– Nie dziwię się, że ludzie uważają pielgrzymowanie bez pieniędzy za wystawianie Pana Boga na próbę – stwierdza Ula. – Ja też miałam takie wątpliwości. Długo się zastanawiałam, czy mogę podróżować w ten sposób. Bo ja pieniądze miałam. Dostałam je w ramach stypendium z programu Erasmus. Pojawił się dylemat: czy mogę jechać bez pieniędzy, skoro je… mam? Przecież mogłabym je wziąć i po prostu pojechać, zamiast „wystawiać Boga na próbę”.  Jednak to pragnienie wciąż wracało. Modliłam się, żyłam w łasce uświęcającej. Cały czas szukałam woli Bożej. Nie chciałam, żeby tak było, że ja pojadę sobie na jakieś wakacje, Bóg mi wszystko da, zaopiekuje się mną, a ja potem wydam te zaoszczędzone pieniądze na jakąś rozrywkę. Postanowiłam więc, że stypendium, które miałam przeznaczyć na wyjazd, po powrocie przeznaczę na Pana Boga. Ostatecznie trafiły do hospicjum dziecięcego.
W drodze Ula upewnia się w swojej decyzji. Dostrzega znaki – niepozorne, ale dla niej bardzo ważne. A to różaniec wiszący na łóżku w domu, w którym są przyjmowane na gościnę, a to figurka Matki Bożej Fatimskiej za szybą ciężarówki, która zjawia się w momencie, gdy Ula prosi Maryję o pomoc. – Czy dzisiaj wybrałabym się znowu na taką pielgrzymkę? – zastanawia się. – Nie, myślę, że nie. Już tego nie potrzebuję. To było doświadczenie na tamten czas. Nie powiedziałam mojej rodzinie, że jadę do Fatimy bez pieniędzy. Gdy po powrocie powiedziałam im o tym fakcie, bardzo się zdenerwowali. Nie dziwię się. Ja też bym nie puściła na taką wyprawę mojej córki – śmieje się, patrząc na sześciomiesięczną Łucję. Bo to było jednak czyste szaleństwo!

Dać się zaskoczyć
Z o. Danielem Wojdą SJ o pielgrzymowaniu bez zabezpieczeń, drodze w milczeniu i męskiej solidarności
ROZMAWIA AGATA BOBRYK
 
Na czym polega pielgrzymowanie w ramach Drogi Abrahama?
– Droga Abrahama to pielgrzymka piesza wyłącznie dla mężczyzn, bez pieniędzy, bez telefonów komórkowych i bez różnych innych form zabezpieczenia, np. nie ma wyznaczonych dokładnie tras, nie wiadomo, gdzie się będzie nocować itp. Przez pół drogi idzie się w milczeniu, słucha się jedynie konferencji na podstawie historii Abrahama, a później jest dzielenie. Pielgrzymuje się w dwójkę, potem jest zmiana dwójek, więc faktycznie tworzą się grupy ośmioosobowe.
 
Skąd ten pomysł?
– Taka idea pielgrzymowania to nie jest nic nowego. Korzeniami sięga już średniowiecza. Grupowe pielgrzymowanie, które my znamy najlepiej, jest typowe dla współczesności. Tradycyjna forma pielgrzymowania „bez zabezpieczeń” przetrwała jednak w formacji jezuitów jako Próba Żebracza. Kiedy byłem nowicjuszem i poszedłem na taką pielgrzymkę – wcześniej chodziłem na pielgrzymki grupowe, które bardzo lubiłem – poznałem inny smak pielgrzymowania. Szliśmy w milczeniu. Cały dzień był przeznaczony na modlitwę, niekoniecznie śpiewem. Zostawaliśmy sami ze sobą. Po takich kilku dniach marszu, ciszy, skromnych rozmów, żebrania, zobaczyłem, że to ma bardzo głęboki sens. Dlaczego nie zaproponować tego innym osobom?
 
Dlaczego tylko dla mężczyzn?
– Cieszę się na to pytanie, bo to jest sprawa warta wyjaśnienia. Wrażliwość Kościoła katolickiego wydaje się bardziej dostosowana do wrażliwości kobiecej niż męskiej. Kobietom jest bliżej do popularnych form adoracyjnych, modlitewnych. Dla mężczyzn to jest obcy świat. Szukałem takiej formy wydarzenia religijnego, która byłaby skierowana do wrażliwości męskiej. Idź bez pieniędzy i przetrwaj – coś takiego koresponduje z męskimi wartościami i potrzebami. Poza tym w męskiej grupie wytwarza się bardzo duża solidarność. Kiedy chłopaki widzą, że ktoś jest słabszy, cała grupa skupia się na tej jednej osobie i jej pomaga. Natomiast gdy wśród mężczyzn pojawia się chociaż jedna kobieta, to z tej solidarności niestety tworzy się konkurencja, pokazywanie, kto jest bardziej męski.
 
W jaki sposób rozeznać, że taka forma pielgrzymowania jest dla mnie?
– To trzeba pójść i zobaczyć [śmiech]. Często się zaczyna od tego, że ludzi intryguje ten temat. Gdzieś coś usłyszeli, zobaczyli w internecie, i tak to chodziło za nimi. Ludzie nigdy nie są przekonani na sto procent, że idą i już. Robią pewien krok w niewiadomą. Innej drogi chyba nie ma. Gdy kogoś „rusza” ten temat, zaczyna rodzić się pragnienie, to taki pierwszy znak, że może warto się zainteresować bardziej.
 
Czego spodziewać się po takiej pielgrzymce?
– Nastawić się trzeba jak na każdą pielgrzymkę – że docieram do jednego punktu, a potem idę dalej. Trzeba iść. To, czy będzie ładna pogoda, piękne widoki, sympatyczni ludzie, to sprawy drugorzędne. To jest w ogóle fajna życiowa postawa, która się sprawdza: ja będę szedł. Nie wiem, co mnie czeka, ale będę iść. I trzeba dać się zaskoczyć. Brak nastawienia jest najlepszym nastawieniem. Zobaczymy co Pan da. I daje, zazwyczaj całkiem sporo.
 

O. DANIEL WOJDA SJ
Organizator Drogi Abrahama (http://drogaabrahama.jezuici.pl), pomysłodawca i założyciel Pogłębiarki – mobilnej wspólnoty na YouTube z medytacjami i konferencjami,
autor książki Pogłębiarka. Dokop się do Sensu
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki