Logo Przewdonik Katolicki

Savoir-vivre nie musi być pustym zbiorem zasad

Anna Druś
fot. Oxana Grivina / Fotolia

O tym, czy podczas spotkań rodzinnych warto wyjaśniać nieporozumienia i dlaczego krępują nas konwenanse, z Aleksandrą Lutoborską rozmawia Anna Druś

Stres związany z rodzinnymi spotkaniami towarzyszy wielu osobom, które albo siadają do stołów z napięciem „czy wszystko wyjdzie dobrze”, albo z niechęcią do „konwenansów”, które tymi spotkaniami często rządzą. Co powoduje te stany: relacje w rodzinie, doświadczenia, temperament?
– To, z jakim poziomem napięcia siadamy do wigilii czy innych rodzinnych spotkań, zależy od bardzo wielu różnych czynników. Są tu nie tylko uwarunkowania temperamentalno-osobowościowo-charakterologiczne, ale też kontekst, w jakim tego typu spotkania się odbywają, np. relacje rodzinne, ogólny poziom stresu związany z całym naszym funkcjonowaniem w innych sferach, czy nawet sytuacja losowa typu pojawienie się nowego członka rodziny czy też przeciwnie – brak jakiejś osoby.
 
Od czego zacząć radzenie sobie z tymi trudnymi uczuciami?
– Najlepiej od uświadomienia sobie tego, co przeżywamy. Odczuwanie stresu to przecież bardzo ogólne pojęcie, robocze. To nie jest tak, że po prostu „odczuwamy stres”. Stres to stan organizmu, który powodują różne rzeczy na różnych płaszczyznach. Zamiast diagnozować „stres”, lepiej dokładniej uświadomić sobie uczucia, jakie nam w związku z takim rodzinnym spotkaniem towarzyszą. Inną przecież sprawą jest, jeśli towarzyszy nam złość, a inną gdy poczucie winy lub lęk. One dają nam różne informacje i mogą prowadzić do różnych reakcji czy działań. Pierwszym krokiem zawsze jest próba uświadomienia sobie tego, z czym do rodzinnego spotkania siadam i jaki może być tego powód.
 
Jakie pytania należy sobie postawić, by tę świadomość pogłębić?
Na przykład jeśli widzę, że w związku z tym, że zbliżają się święta, mój poziom napięcia wzrasta, to trzeba spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, z czego to wynika: czy z tego, że za dużo wzięłam na siebie, a jestem perfekcyjna? Czy z tego, że spotkam się z osobami, z którymi nie mam ochoty się spotkać? A jeśli tak, to dlaczego nie chcę ich spotkać? Czy muszę się z nimi spotkać, bo jest to obwarowane jakimś „być” albo „nie być”, czy też nie muszę, ale tak wybieram z różnych powodów? Czy da się w takiej sytuacji o siebie jakoś zadbać, by to spotkanie było jak najmniej inwazyjne?
Dobrze sobie to nawet rozpisać, zrobić jakby „graf” tych różnych zależności. Bo jeśli na przykład owo napięcie wiąże się z określoną osobą lub rzeczą do zrobienia, warto zbadać dokładniej: z czym i jak. Może to napięcie da się rozładować jakoś inaczej, na przykład prosząc kogoś o konkretną pomoc. Można to sobie rozpisać jako rodzaj jakiejś strategii, rozplanować.
 
Poruszyła Pani ciekawy wątek siadania do stołu z osobami, których nie lubimy. Z jednej strony dążymy do rodzinnych spotkań, widzimy w nich wartość. Co jednak zrobić, gdy za kimś nie przepadamy, ale nie do końca wiemy dlaczego? Albo gdy coś w powietrzu „wisi” między nami?
– Zawsze wtedy dobrze spytać siebie o umiejętność „zmieszczenia” w sobie osób, których nie lubimy. Dajemy radę czy niekoniecznie, więc musimy otaczać się wyłącznie tymi, których lubimy? A jeśli nie jesteśmy w stanie, to z jakiego powodu? Gdy zaczniemy jednak sobie takie pytania zadawać i odkryjemy, dlaczego dana osoba nas denerwuje, może wymyślimy jakąś strategię radzenia sobie w jej obecności? Może jeśli odkryję, że nie lubię tej cioci, ponieważ zawsze mnie pyta o to, kiedy znajdę sobie chłopaka, pomoże mi opracowanie dziesięciu celnych ripost, aby jakoś zgrabnie z nieprzyjemnej sytuacji wybrnąć? Radzenie sobie z takimi sytuacjami widziałabym więc dwutorowo: z jednej strony zrozumieć, o co mi tak naprawdę chodzi, a z drugiej – skonstruować jakiś zestaw narzędzi do poradzenia sobie w sytuacji krytycznej.
 
Odradza więc Pani „tłamszenie w sobie” tego typu niechęci na rzecz zmierzenia się z nimi i wypowiadania tego, co czujemy?
– Niekoniecznie. Prowadząc psychoterapię, nie zachęcamy, by wszystko wprost i od razu głośno wypowiadać, bez żadnych ograniczeń, bo przecież nie zawsze na takie wypowiedzenie jest czas i miejsce. Czasem powiedzenie o tym, jakie uczucia w nas coś budzi, może narazić nas na jakieś ryzyko, bo ktoś może nie być w ogóle zainteresowany naszymi uczuciami. Trzeba jednak wiedzieć, co, gdzie, komu, jak. Na takim poziomie kurtuazji, jakim jest spotkanie świąteczne z osobami, które się widuje trzy razy do roku, nie trzeba od razu wszystkiego wyjaśniać, raczej może lepiej regulować dystans, niekoniecznie narażając się na dodatkowe ciosy czy trudne sytuacje poprzez wchodzenie w konfrontacje.
Inna za to jest sytuacja osób, które są dla nas bardzo ważne, jesteśmy z nimi w intensywnym kontakcie, a narasta między nami jakieś napięcie czy konflikt. Wtedy zdecydowanie lepiej jest iść w stronę wyjaśnienia, nazwania wprost tych rzeczy w szczerej rozmowie – choć  niekoniecznie przy wigilijnym stole czy podczas oficjalnego spotkania.
 
Wspomniała Pani o kurtuazji. Czasem chyba tym, co nas krępuje, jest chęć wypełnienia dobrze pewnej normy społecznej, savoir-vivre’u, który jest mocno przestrzegany właśnie podczas rodzinnych spotkań w szerszym gronie. Jak tego typu normy postrzega psychologia?
– Jako takim savoir-vivre’em psychologia się nie zajmuje, bo to jest rodzaj pewnej umowy społecznej, wywodzący się historycznie z kodeksów zachowań, osadzonych w sferze jakichś wartości, typu kodeks rycerza, i porządkujących funkcjonowanie społeczne. W kontekście savoir-vivre’u trzeba więc pamiętać, że historycznie odnosił się on do jakichś wartości, nie był tylko samym w sobie zbiorem zasad zachowania, ale starał się ochronić coś ważnego. Czyli innymi słowy pierwotna wobec savoir-vivre’u powinna być nasza świadomość tego, jak przeżywamy otaczający nas świat, co uważamy za ważne, co chcemy pokazać innym. Jeśli więc na przykład nie czujemy do kogoś szacunku, to zamiast podważać sens grzecznego zachowania w ogóle, może lepiej zastanowić się nad tym, co takiego się wydarzyło, że akurat tej osoby nie szanuję, że nie mam naturalnej potrzeby okazania jej jakiejś kulturalnej, życzliwej formy zachowania.
 
Bardziej chodzi więc o uświadomienie sobie, po co stosuję savoir-vivre?
– Tak. Ogólnie mówiąc, psychologia stoi na straży rozwijania naszej samoświadomości, pilnowania tego, by człowiek dokonywał wyborów świadomie, a nie dlatego, że mu je ktoś narzucił. Żeby np. savoir-vivre był świadomym wyborem zasad postępowania, takich jak przepuszczanie kobiet w drzwiach czy nalewanie zupy najpierw starszej cioci, a nie 15-letniemu synowi tylko dlatego, że siedzi obrażony. Żeby robić tak z określonych powodów, np. z przekonania, że starsza osoba zasługuje na szczególny szacunek. To nie zawsze musi być zgodne z chwilowo przeżywanymi emocjami czy impulsami; czasem boli mnie ząb, wydarzyło się coś smutnego, czy nawet ta osoba mnie irytuje, ale przecież to nie musi oznaczać, że zachowuję się impertynencko. Czy porzucenie w takiej sytuacji zasad dobrego wychowania oznaczałoby moją większą dojrzałość, psychologiczne „wyrobienie”?
 
Czyli ten cały savoir-vivre nie musi być pustym konwenansem…
– Nie musi. Jest przecież jakaś mądrość w pewnych zwyczajach, schematach zachowań, choćby właśnie nalewaniu zupy najpierw starszej ciotce. Czujemy, że trend podążania za każdą jednorazową własną potrzebą jest mało konstruktywny. Broniłabym więc tego konserwatywnego – nie tyle światopoglądowo, ile psychologicznie – sposobu patrzenia na spotkania rodzinne. To ma bowiem wartość także wychowawczą, rozwojową, by pewnych sposobów zachowania się trzymać.
 
Dlaczego?
– Przede wszystkim dlatego, że to bardzo porządkuje świat dzieciom, daje im pewną poręcz. Widać to wyraźnie na przykład w sytuacji autobusowej, gdy trzy starsze panie stoją, a trzech nastolatków wygodnie podpartych siedzi. Jeśli któryś z nich jednak wstanie i ustąpi miejsca, to zawsze postrzegamy to pozytywnie i nie myślimy o tym w kluczu: zrobił tak według sztucznego schematu, którego był nauczony. Raczej mamy przekonanie, że to kwestia wychowania właśnie; tego, że ktoś mu kiedyś wytłumaczył, dlaczego tak się robi; że ten młody człowiek ma jakiś poziom empatii. Czujemy tu przekaz wartości. W tym sensie broniłabym tego, że wartości, których wyrazem jest savoir-vivre, są jakoś nadrzędne względem naszej chwilowej wygody i w ten sposób mogą wprowadzać pewien ład w otaczającą nas rzeczywistość. A my o tym często zapominamy, sama psychologia też o tym czasem zapomina, przez co staje się psychologią niekompletną.
 
 -------
Aleksandra Lutoborska
Psychoterapeutka systemowa, pracuje terapeutycznie z rodzinami, małżeństwami i osobami dorosłymi. Współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Wsparcia dla Rodzin „Plaster Miodu” w Warszawie. Prywatnie żona wspaniałego Męża i mama piątki fajnych Dzieci. Od 18 lat we wspólnocie Domowego Kościoła
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki