Miłości można się uczyć

Z psychoterapeutką Barbarą Smolińską o odróżnianiu krytyki osoby od krytyki zachowań, chwaleniu, które nie „psuje” dzieci, i komunikatach „ja”, które nie są egoistyczne rozmawia Małgorzata Bilska.
Czyta się kilka minut
fot. Getty Images; archiwum prywatne
fot. Getty Images; archiwum prywatne

Pracuje Pani z osobami na różne sposoby skrzywdzonymi w relacjach z drugim człowiekiem. Traumy, jakie zostają po ranach zadanych „tylko” psychicznie – jak uważają niektórzy, są w stanie zrujnować zdolność do kochania, bo niszczą m.in. poczucie bezpieczeństwa, obraz siebie, zaufanie. Za rzadko mówimy o profilaktyce i wychowywaniu bez traum. Jak uczyć dzieci miłości do drugiego, aby kiedyś budowały udane relacje?

– Pracuję z ludźmi dorosłymi, bardzo często zranionymi przez relacje z okresu dzieciństwa. Według mnie, aby mówić o tym, jak nauczyć dzieci kochać, musimy zacząć od relacji, jakie budują z nimi rodzice. Dzieci kiedyś dorosną. Będą mieć wzory relacji oparte na miłości albo będą wchodzić w takie, które miłością nie są. Przytoczę cytat z Karen Horney, amerykańskiej psychoanalityczki (sporo jej książek jest przetłumaczonych na język polski), który bardzo lubię: „Miłość rozwija się jedynie z doświadczenia bycia kochanym. Dzieci, które się obdarza szacunkiem, uczą się szacunku. Dzieci, którym się służy, uczą się służyć słabszym. Dzieci, które się kocha takimi, jakimi są, uczą się tolerancji”.

W tym kontekście dwie kwestie wydają się ważne. Po pierwsze, dziecko jest darem, jest kimś odrębnym. Nie jest przedłużeniem mnie. Wychowujemy je dla świata. Takie założenie dobrze ustawia podejście do wychowania. Bo często bywa tak, że rodzice mają niespełnione pragnienia, marzenia, pomysły i lokują to w swoich dzieciach. Nie zwracają uwagi na fakt, że one będą mieć własne pragnienia. Niestety czasami, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie, rodzice wyobrażają sobie, kim będzie. Jak będzie żyć. Fakt, że dziecko to odrębny człowiek, który się rozwija w kierunku odejścia z domu, ustawia mi właściwą perspektywę. Druga sprawa to zgoda na: będę „wystarczająco dobrym rodzicem”. Nie – rodzicem idealnym, który nie robi błędów. W naszych czasach bardzo promowany jest sukces, bycie doskonałym, perfekcyjnym – w każdej dziedzinie. W pracy, w domu, w związku, w byciu rodzicem itd. Na rodziców wywierana jest duża presja, co ich obciąża. Termin „wystarczająco dobra matka” jest autorstwa brytyjskiego psychoanalityka Donalda Winnicotta. Akceptacja faktu, że jako rodzic nie jestem idealna/idealny, zmniejsza napięcie – nieidealni dorośli nie potrzebują mieć idealnych dzieci. Oznacza zgodę na nieidealność.

Co pozwala uniknąć mnóstwa rozczarowań.

– Dziecko – najpierw malutkie, potem większe, trzeba przede wszystkim kochać takie, jakie jest. Bardzo wielu dorosłych mówi mi w trakcie terapii, że od początku czuli się kochani warunkowo.

Za coś…

– Wtedy, kiedy byli grzeczni. Kiedy dobrze się uczyli. Musieli na miłość zasłużyć. Jeżeli w rodzinie, która jest bazą doświadczeń, nie dostaniemy miłości bezinteresownie, za darmo, bezwarunkowo, będzie nam przez całe życie brakować poczucia bezpieczeństwa. Rodzina stanowi pierwotną bazę, nic jej nie zastąpi.

Niektórzy się dziwią: Mam akceptować wszystkie zachowania dziecka? Nie! Na pewne rzeczy nie będziemy się w wychowaniu zgadzać, to oczywiste. Mamy nauczyć dzieci, jak funkcjonować z innymi; że nie wolno ich ranić itd. Akceptacja dotyczy dziecka, które w całości kocham z jego wadami i zaletami. Nie muszę go zmieniać, żeby było warte miłości. Każdy jest inny, niepowtarzalny. Ma swoje unikalne cechy i predyspozycje; wygląd. Ma mocne i słabe strony. Godzę się na jego „wyposażenie”, nie szukam tylko pozytywów. Trzeba odróżnić krytykę osoby od krytyki zachowań. Jest tu zasadnicza różnica, której część ludzi niestety nie dostrzega.

Teoretycznie rozróżniamy oba te poziomy. Przykładowo – Kościół ma w nauczaniu zasadę: akceptujemy osoby homoseksualne, takie jakie są, z ich orientacją. Krytyce podlegać mogą natomiast dane zachowania, sprzeczne z moralnością. W praktyce to się zlewa w jedno! Aż po odrzucenie osób. Rodzice czytają poradniki psychologiczne i niby wiedzą, że tak trzeba, ale jak to wdrożyć? W krytycznej chwili powracają nawyki. Może to problem komunikacji? Wydaje nam się, że mówimy o zachowaniu, a tak nie jest…

– Kiedy pytam w gabinecie osoby dorosłe, które miały trudne relacje w dzieciństwie: Czy pani czuła się kochana? Czuł się pan kochany? – często zapada cisza. Konieczny jest dłuższy namysł. Ktoś inny szybko odpowiada: Oczywiście, że rodzice mnie kochali! Mówię: Nie o to pytam. Czy pani CZUŁA SIĘ kochana. I często słyszę: Chyba nie… Więc warto zwrócić uwagę na to, jak nasz przekaz jest formułowany. To smutne, kiedy ktoś sobie uświadamia, że nie czuł się kochany przez własnych rodziców.

Niedawno rozmawiałam z kimś ze starszego pokolenia. Ta osoba powiedziała: byłam wychowywana tak, że nigdy mnie nie chwalono. Faktycznie, dawniej mawiano „lepiej dzieci nie chwalić, bo się zepsują”. Dziecko to nie sprzęt, nie zepsuje się! Dziś nie mamy wątpliwości – dzieci trzeba chwalić, potrzebują tego. Miłość musi się jakoś wyrażać, nie wystarczą deklaracje „kocham cię” raz na jakiś czas. Okazujemy to poprzez pochwały, docenienie. Nawet rodzaj zachwytu w oczach… Dziecko wyczuwa, czy ja się nim cieszę. Czy lubię z nim przebywać, spędzać z nim czas.

W naszym ośrodku pracujemy też z nastolatkami, które często mówią: nikt mnie nigdy nie przytula… Dziewczynki w wieku 12–14 lat, które marzą o tym, żeby rodzic je przytulił. Miłość wyraża się przez ciepłe słowo, zainteresowanie, pochwałę. Przez wspólną zabawę. Bycie razem, w różnych sytuacjach.

Trzeba mieć dla dziecka czas. Tylko wtedy wie, że jest ważniejsze niż rzeczy.Nie da się dać dobrego „posagu” w wychowaniu – takiego, o jakim mówiłam na początku, to znaczy żeby dzieci nauczyły się kochać drugiego, szanować, opiekować się i wspierać go,  bez dania czasu. Nie ma takiej możliwości.

W Kościele można czasem spotkać przekonanie, że dziecka nie wolno uczyć pozytywnej samooceny, bo zostanie egoistą. Już dbanie o swoje potrzeby to rzekomo egoizm… A przecież przykazanie miłości ma psychologiczną prawdę: kochaj bliźniego JAK SIEBIE. Da się to „siebie” pominąć?

– Co to jest samoocena, poczucie własnej wartości? Czy to coś genetycznego? Wrodzonego? Nie. Ono buduje się w nas, w procesie wzrastania. Głównie na podstawie tego, jak jesteśmy odbierani przez naszych najbliższych – w relacji z pierwszym obiektem miłości. Z osobą, która w pierwszych miesiącach oraz latach po urodzeniu spędza z dzieckiem najwięcej czasu. Zwykle jest to mama. Choć może być też dobra niania, babcia. Ta osoba i pozostałe – dla dziecka najbliższe – mają największy wpływ na kształtowanie w nim obrazu siebie. Im więcej w tym okresie dostanie miłości, troski, czułości, wsparcia, szacunku, pochwał itd., tym lepszy będzie ten obraz. Mówię o pochwałach adekwatnych do faktycznych cech, zachowań, talentów, a nie chwaleniu non stop. Chodzi o to, żeby w dziecku zbudować realistyczne poczucie wartości oparte na faktach. Na tym, jakie ono jest – dostrzegając nie tylko wady, błędy i potknięcia warte krytyki, ale też wszystkie dobre, wartościowe rzeczy.

Nasza kultura jest kulturą rywalizacji, jesteśmy porównywani, oceniani. Ludzie nas chętniej krytykują, niż chwalą. Jeśli w „pierwotnej bazie”, jaką jest rodzina, dziecko nie dowie się o sobie rzeczy dobrych, równowaga będzie zachwiana. Może lepiej mówić: „doceniać” niż „chwalić”? Chwalenie kojarzy się z komplementami.

– Chwalić – to doceniać. Dziękować. Dlaczego nie podziękować maluchowi, który coś mi właśnie przyniósł? Fajnie jest poprosić dziecko o pomoc: podaj mi kapcie, dobrze? Właśnie weszłam do domu, jestem zmęczona. Takich sytuacji w ciągu dnia są tysiące! Jest wiele plusów dbania o drobiazgi. Po pierwsze, jest między nami interakcja. I to życzliwa, ciepła. Miłosna, można powiedzieć. Kiedy małe dziecko o coś poprosimy, jest dumne z tego, że to potrafi. Rośnie sprawczość, buduje się poczucie wartości. Okazuję wdzięczność, dziecko czuje się docenione. To są drobne rzeczy, dlatego w poradnikach dla rodziców zbyt wiele się o nich nie pisze. To nie wyklucza, żeby mówić też dziecku: jestem niezadowolona z tego, jak się zachowałeś. Nie podoba mi się to, że nie posprzątałeś ze stołu. Nie chodzi o wychowanie bez stawiania granic. W relacji jest miejsce i na jedno, i na drugie.

Ważne jest głównie to, żeby było miejsce na wiele interakcji ciepłych, życzliwych – i na wzajemną radość z przebywania ze sobą. Dziecko powinno rosnąć w poczuciu, że rodzice cieszą się z tego, że jest z nimi. Po prostu z tego, że je mają! To naprawdę buduje poczucie wartości.

To chyba jeden z warunków dojrzałości. Można kochać bardzo niedojrzale.

– Całe życie jest drogą dojrzewania. To wyzwanie. Człowiek jest dojrzały wtedy, gdy kieruje się bardziej tym, co chce robić, niż tym, co musi. Potrafi to rozróżnić! Pewne rzeczy robić musimy, tego wymaga życie społeczne. Ale jest ważne, by być dobrym dla innych dlatego, że tego chcę, a nie – z musu. Altruizm, poświęcenie dla drugiej osoby, jest wtedy bardziej „naturalne”. Mamy to w sobie. Pomagamy, bo chcemy pomóc, nie „bo tak trzeba”. Bo ktoś to nakazuje.

Dziecko wychowane w ciepłym, serdecznym, wspierającym środowisku, będzie tak samo traktować ludzi. Było kochane, kocha innych.

Można pomagać z obowiązku, co męczy. Lub po to, żeby zasłużyć na uznanie.

– Tak. Najpierw chcemy zasłużyć na dobrą opinię rodziców. W przypadku osób wierzących chcemy też zasłużyć na dobrą ocenę Pana Boga. Tu wchodzimy już w pewne teologiczne znaki zapytania.

Relacje z tatą często przenosimy na Boga Ojca. Biorąc Go za surowego sędziego, choć Ojciec i Syn są jednym. A Jezus Miłosierny taki nie jest. Chce, żebyśmy Mu ufali.

– To prawda psychologiczna. Jeżeli mieliśmy ojca surowego, oceniającego, przemocowego, tak będziemy postrzegać Boga Ojca. To są fałszywe obrazy Boga. Wielu chrześcijan nosi je w sobie z powodu historii rodzinnych.

W psychoterapii nie zajmujemy się relacją duchową z Bogiem. Natomiast jeśli w jej trakcie relacja z rodzicami staje się coraz bardziej jasna, czytelna, a dana osoba w związku z nią przeżywa pewne rzeczy, to zawsze porządkuje również obraz Boga.

Zwróciłam uwagę na to, jakie komunikaty Pani dała jako przykłady: jestem zadowolona z tego, że coś zrobiłeś; nie podoba mi się to, jak się zachowałeś. To język subiektywny. Nie ma w nim oceny: jesteś leniwy, nieodpowiedzialny. Jeśli coś mi się podoba, kładę nacisk na swoje potrzeby, emocje i oczekiwania. Taki komunikat wyrywa ze świata osądu.

– W komunikacji z dziećmi to jest kluczowe. Uczy się tego rodziców na różnych warsztatach z kompetencji miękkich. Rodzic wchodzi na przykład do pokoju nastolatka i widzi tam bałagan, reagując: jesteś bałaganiarzem! Często dodajemy jeszcze: ty zawsze bałaganisz, nigdy nie można na siebie liczyć. Określenia: zawsze, nigdy, wszyscy, to są uogólnienia i budzą reakcję obronną. Podobnie jak nazwa „bałaganiarz”, z którą można dyskutować. Nastolatek powie – nie jestem bałaganiarzem, masz inne standardy porządku. Albo – ty też, mamo, jesteś bałaganiarą. I być może będzie to prawda. Natomiast jeżeli mówimy: mnie się to nie podoba; mnie to przeszkadza; jestem zła na ciebie, odbiór jest skrajnie odmienny. Na przykład – jestem zła, bo nie przyszłaś punktualnie, choć się umówiłyśmy. Jest już godzina 21.00, miałaś być o 20.00 – jestem na ciebie zła. To jest bardzo dobry komunikat! Bo jest bezpośredni. Wprost, otwarcie nazywa to, co czuję w związku z zachowaniem. Opisuje je, a nie osądza. Jest o naszej relacji, na którą to wpływa. Dzięki temu dziecko jest bardziej skłonne, aby następnym razem uwzględnić moje emocje i oczekiwania. My z kolei mamy poczucie, że udało się osiągnąć porozumienie, mamy wpływ. Ocenianie osoby wywołuje mechanizmy, które blokują rozmowę. Komunikaty „ja”, subiektywne, sprawiają, że druga osoba chce coś zmienić, nie czuje się do tego zmuszana. Wymuszanie wywołuje odwrotny skutek.

Obecnie dużą wagę przywiązuje się komunikacji osobistej, wyrażającej uczucia, w tym do nauki tzw. komunikatów „ja”. Nazywają się tak nie dlatego, że są egoistyczne. Mówimy w swoim imieniu i bierzemy odpowiedzialność za emocje, które w nas są. Uczą się tego także nauczyciele i pedagodzy. Kiedy dorośli tak zwracają się do dzieci, dzieci uczą się od nich, że uczucia nie świadczą o słabości i są ważne. Uczą się też szacunku dla emocji i potrzeb – swoich i drugiego. To pomaga budować relacje, dobre i trwałe. Dziś bardzo posunęliśmy się do przodu, coraz więcej osób ma świadomość tego, że język może być językiem miłości lub językiem osądzania. Obie rzeczy nie idą w parze.

Aby uczyć się kochać, trzeba też więc poświęcić czas na zmianę językowych nawyków. Od kilku lat naukę takiej komunikacji mają również pobierać – zgodnie z nowym programem Ratio Studiorum – klerycy w seminariach. Część księży ma opory. Tradycja była wobec emocji podejrzliwa, uważano je za coś złego, co  trzeba stłumić.

– Antropologia chrześcijańska i psychologia stoją na dość podobnym stanowisku. Wiemy, że człowiek składa się kilku rzeczywistości. To jest fizyczność, nasza część psychologiczna i część duchowa. W sferze psychologicznej mieszczą się zarówno uczucia, jak i rozum. Nie ma sprzeczności między tym, co mówi nauka, a tym, jak człowieka widzi antropologia chrześcijańska. Patrząc na rozwój człowieka, możemy powiedzieć tak – małe, kilkuletnie dzieci przede wszystkim przeżywają. Mają kontakt z uczuciami, w wyrażaniu są bardzo spontaniczne i wyraziste. Nie mamy wątpliwości, czy kilkulatek jest smutny, wściekły czy radosny. Bo to widać. Jeśli czterolatek będzie z panią budować coś z klocków i w pewnym momencie się „wkurzy”, to w panią tym klockiem rzuci. W procesie wychowania uczymy dzieci (i trzeba to robić!), żeby pod wpływem emocji nie krzywdzić drugiego. Nie rzucać klockami w ludzi, a potem doniczką w męża.

Trzeba jednak zachować równowagę, żeby kontrolując zachowania i wyrażanie emocji, nie zagłuszyć ich tak, że stracimy z nimi kontakt. Kiedy rośniemy, rozwijamy się, powinniśmy zachować kontakt z uczuciami. Nie tłumić ich. Bardzo wiele osób, które przychodzi do gabinetów na terapię, skarży się na to, że nie rozpoznaje w sobie uczuć. Nie umie ich nazwać. Ludzie nie wiedzą, co czują… Wśród takich pacjentów więcej jest mężczyzn, gdyż wychowujemy ich zwykle do unikania uczuć. Aby to naprawić, trzeba czasem kilku lat terapii. Osoba, która nie nazywa uczuć, nie umie podejmować dobrych decyzji, budować dobrych relacji. Nie jest zdolna do empatii, bo nie umie nazwać i rozumieć emocji innych osób. Jeśli ktoś umie nazwać i wyrazić, w społecznie akceptowany sposób, swoje uczucia, potrafi kochać. Im człowiek bardziej dojrzały, tym bardziej uczucia i rozum współistnieją u niego w harmonii.

Dlatego aby nauczyć dzieci kochać, trzeba zbudować z nim jak najbardziej dojrzałą relację miłości. Wracam do Karen Horney. Miłość przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie. I – co ważne – nie jesteśmy zdeterminowani swoją historią życia. Ona ma na nas wpływ, ale to nie jest determinacja. Nawet jeśli czegoś ważnego nie dostaliśmy w dzieciństwie, doświadczyliśmy cierpienia czy traumy, to nie musi decydować o całym naszym życiu. Miłość i dobre życie są możliwe dla każdego.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 51-52/2025