Logo Przewdonik Katolicki

Po nitce do dobra

Joanna Mazur
FOT. ROBERT WOŹNIAK.

Motki z wełną, stare swetry, druty i szydełka. To one połączyły Tarnowo Podgórne, Dębno Polskie i Afganistan. Wszystko po to, żeby pomóc dzieciom przetrwać zimę

Delikatny uśmiech, ciepłe i silne dłonie: to one jako pierwsze zwróciły moją uwagę. Pani Janina Szulc siedzi w fotelu w grubym sweterku, przykryta polarowym kocem w kwiaty. Na jej szyi dostrzegam różaniec z nasion łzawicy, a z tyłu na stoliku małe radyjko. Obok w siatce kilka motków wełny w różnych kolorach. Pani Janina ma 97 lat i kilka lat temu praktycznie całkowicie straciła wzrok. Nie może się też samodzielnie poruszać. Jest trochę zakłopotana moją obecnością. Nie robi przecież nic wielkiego. Kilka godzin dziennie pruje stare wełniane swetry, z których powstaje nawet pięć motków.  –  Mama przez całe życie pomagała innym – tłumaczy pani Basia, najmłodsza córka pani Janiny – Gdy straciła wzrok, cały czas myślała, jak dobrze wykorzystać czas, jak być dla innych, choć sama przecież wymaga opieki. I to się udało. Mimo swojego wieku i ograniczeń połączyła wielu ludzi wokół pomocy dla ubogich dzieci z Afganistanu.
 
Zapamięta na zawsze
Pani Janina urodziła się w Koźminie pod Jarocinem, większość życia spędziła jednak w Rawiczu. To tam zastała ją wojna. W 1939 r. kończyła liceum pedagogiczne, maturę musiała zdawała tajnie, już pod okupacją niemiecką. Od Niemców dostała propozycję pracy na froncie niemiecko-francuskim lub u niemieckiego gospodarza. Wybrała to drugie. Uczyła się doić krowy, pracowała na polu, gotowała obiady. Wszystko za darmo. Do domu wracała późnym wieczorem. Kolejne lata pracowała w sklepie mięsnym przy rynku. Po zakończeniu wojny mogła zacząć pracę w swoim zawodzie. Nie było to łatwe, bo uczyła historii i religii. Była bardzo wymagająca, ale życzliwa. – Mama zawsze powtarzała: pamiętaj, kiedy będziesz nauczycielką, to każde dziecko, do którego się zwrócisz, zapamięta cię na zawsze. Możesz czasami nie przygotować się do lekcji, ale każde dziecko musisz uszanować i zwracać się z życzliwością – mówi druga córka pani Janiny, Maryla.
Gdy nauczanie religii zostało wycofane ze szkół, pani Janina uczyła jej potajemnie w domu. Najczęściej na lekcje przychodziły dzieci, które nie mogły oficjalnie uczestniczyć w katechezie. Przygotowywała je do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Do dzisiaj często dzwonią do niej uczniowie, którzy mają po 70 lat. Wśród nich jest kilku księży, którzy niedawno świętowali  50-lecie kapłaństwa.
Swojego męża Józefa pani Janina poznała w 1945 r. w zakładzie krawieckim jego ojca. Był starszy o trzynaście lat. Zmarł nagle w 1967 r., gdy dwójka starszych dzieci była na studiach, a najmłodsze zdawało maturę. Pani Janina musiała podjąć pracę na drugi etat w szkole wieczorowej. Pomimo trudności sama pomagała potrzebującym. Z ubogą Rosjanką, która mieszkała po sąsiedzku, dzieliła się nawet wyrobionym ciastem, odlanym do dodatkowej miski.
 
Żeby prucie miało sens
Jeszcze kilka lat temu była zupełnie samodzielna. Dopiero cztery lata temu zamieszkała z synem w Tarnowie Podgórnym. Tutaj trójka rodzeństwa opiekuje się mamą na zmianę. – Zdaję sobie sprawę z tego, że wymagam pomocy, bo już nie mogę wstawać, nie mogę sama chodzić. Radość daje mi jednak to, że mogę jeszcze coś dla kogoś zrobić – tłumaczy pani Janina.
Na pomysł z pruciem swetrów wpadła jej córka, Basia. Chciała, by mama mogła się czymś zająć i żeby ćwiczyła jeszcze ciągle sprawne ręce. Kupowała stare wełniane swetry w sklepach z używaną odzieżą, prała i dawała mamie do sprucia. W pokoju zalegały kolejne motki. – Mama zaczęła się dopytywać, co z tą wełną zrobię? – wspomina pani Basia. – Chciała,  żeby to jej prucie miało jakiś sens. Początkowo nie miałam pojęcia, co zrobić. Kilka tygodni później usłyszałam o „Włóczkersach”, czyli paniach, które w różnych miastach robią na drutach czapki dla dzieci, a Fundacja Redemptoris Missio wysyła je do Afganistanu. Pomyślałam: może założyć „Włóczkersów” w okolicach Rawicza?
W listopadzie zeszłego roku pani Basia podzieliła się swoim pomysłem z panią Ulą, z którą od dwudziestu lat jest w radzie duszpasterskiej parafii św. Andrzeja Boboli w Rawiczu. Ta wysłała wiadomość do znajomych pań z Koła Gospodyń Wiejskich w Dębnie Polskim, które także należy do parafii. Panie od kilku miesięcy szukały dla siebie zajęcia. Okazało się, że większość z nich potrafi robić na drutach, a pozostałe chętnie zaczną się uczyć z filmów w internecie. Pani Basia zaczęła przywozić sprutą wełnę z Tarnowa Podgórnego do Dębna Polskiego. W  ciągu miesiąca piętnastu paniom udało się zrobić czterdzieści osiem czapek, dziewięć szali i dwadzieścia cztery pary skarpetek. Teraz praca idzie im zdecydowanie szybciej.
 
Parowane jak pyzy
W drzwiach budynku byłej szkoły podstawowej w Dębnie Polskim wita mnie pani Zosia, która pełni funkcję sołtysa. Na co dzień pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. –  Robienie na drutach to dla mnie odskocznia po dniu pracy – tłumaczy. – Włączam serial, zmieniam okulary i zabieram się za robienie skarpetek. Na koniec łączę je różową nitką, aby nie pomieszały się w transporcie.
W sali byłej szkoły jest dwanaście kobiet. Słychać gwar, szelest foliowych torebek i śmiech. Panie dumnie pokazują sobie najnowsze dzieła, które zrobiły w domach w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Stoły zapełniają się czapkami, skarpetkami i szalami. Obok lądują sprute wcześniej motki, a także nowa wełna. – Starą wełnę w kłębkach paruję tak jak pyzy, aby się trochę wyprostowała, bo taka ze sprutego swetra jest mocno pognieciona. Wilgotne motki układałam potem na kaloryferze do wysuszenia – tłumaczy pani Zosia.
– Niestety, nie każdy wełniany sweter nadaje się do sprucia – dodaje pani Ula. – Te, które są robione maszynowo, cięte i zszywane, mają po prostu za krótkie nici. 
Większość pań jest już na emeryturze. Pozostałe w przewadze zajmują się domem lub pracują na gospodarstwie. Wspólne robienie na drutach to nie jedyna aktywność, która je łączy. Razem gotują na parafialne festyny, udzielają się w Caritas i śpiewają w chórze. Każda pani robi na drutach innym sposobem. Jedna nabiera oczka na prawo, inna na lewo. Każda inaczej wykańcza palce w skarpetkach. Każda inaczej robi „bąbelki”, czyli pompony. Ważne, aby czapki były kolorowe, żeby sprawiły dzieciom dużo radości. Aby zapamiętać poprzednie wzory, każda pani kolekcjonuje zdjęcia czapek na telefonie. Nowych wzorów uczą się z internetu.
 
Pieniądze czy czas
Pani Danka jest rekordzistką: w tym miesiącu zrobi ponad trzydzieści czapek. Trudno nadążyć wzrokiem za jej palcami, które szybko nawijają kolejne oczka na świeżo kupione bambusowe druty – Jak mnie zdenerwują w domu, to jestem w stanie zrobić jedną czapkę w jeden dzień! – śmieje się.
Z jednego motka, który ma około 100 g, można zrobić jedną czapkę. Do zrobienia szalika potrzeba już większego kłębka. Cena motka w sklepie, w zależności od dodatku akrylu, to ponad 10 zł, więc praca pani Janiny jest bezcenna.
Pani Ula mieszka w Dębnie Polskim od 1970 r. Obecnie jest na emeryturze i zajmuje się czwórką wnuków. W domu jeden pokój przeznaczyła na magazyn motków. Do akcji zachęciła tez swoją szwagierkę i siostrę. – Ludzie częściej są skłonni do dawania pieniędzy niż do dawania swojego czasu. To jest piękne na wsi, że ludzie się tak organizują, że o cokolwiek się poprosi, to od razu znajduje się grupa ludzi do pomocy – tłumaczy pani Ula. – Wystarczy rzucić hasło, nie trzeba nikogo namawiać. Biskup na wizytacji w parafii powiedział nam kiedyś, że mamy wychodzić poza granice swojej parafii. To wychodzimy. Do Afganistanu i nie tylko.
Pani Dorota pracuje w gospodarstwie, ale kilka tygodni temu przeszła operację kręgosłupa. – Robiłam na szydełku nawet w szpitalu, kilka dni po zabiegu. Teraz w domu też mam na to więcej czasu. Na gospodarstwie wyręcza mnie rodzina, ale ja nie umiem siedzieć bezczynnie. – tłumaczy. Pani Dorota nauczyła się robić na szydełku od cioci w wieku dwunastu lat. Wróciła do robótek dwa lata temu, wykonując dzwoneczki na choinkę. Potem przyszedł czas na wełnianą spódniczkę dla wnuczki i szalik do córki.
Pani Ewa i Halina przynoszą kawę i kroją pyszny, domowy sernik. Praca jednak wre, a kawa na stołach stygnie. Trudno oderwać panie od pracy. W końcu pani Ewa musi zarządzić oficjalną przerwę. Przy okazji robienia na drutach panie omawiają kolejne inicjatywy i wymieniają się przepisami na nowe dania. 
 
Czapki omodlone
–  Gdy mnie coś boli, to nie proszę o lek przeciwbólowy, ale o kolejny sweter do sprucia – wyznaje pani Janina. –  Staram się cały czas modlić, choć wolę to robić z kimś, żeby nie myliły mi się „zdrowaśki”. Dlatego słucham radia, odmawiam różaniec i koronkę. Modlę się za moje dzieci, wnuki i o szczęśliwą śmierć. Czasami myślę, że Bóg zapomniał, że mam umrzeć – śmieje się pani Janina. – Modlę się też w nocy, gdy nie mogę spać. Wymieniam na przykład wszystkie miasta na literę W: Warszawa, Wągrowiec, Wrocław, Wadowice, Wilkowyja. I modlę się za ludzi, którzy tam żyją, i za zmarłych. Podobnie robię z imionami według alfabetu: Antonina, Barbara, Celina, Danka, Ewa… I po każdym imieniu znowu mówię „Zdrowaś Maryjo”. Cieszę się, że gdzieś jakiemuś dziecku jest po prostu cieplej. Moja modlitwa też dociera do Afganistanu i o wiele dalej!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Anna
    05.03.2018 r., godz. 09:55

    Pani Janino, jest Pani cudowna. Jestem pełna podziwu i uznania dla Pani i osób które Panią otaczają.
    Kochane - uszczęśliwiając innych, uszczęśliwiacie siebie - co widać na fotce.
    Życzę Bożych Łask na drogach czynienia dobra.
    Mam nadzieję, że Kaziowi - synowi Pani Janiny trafiły się geny po mamie.
    Serdecznie pozdrawiam
    Ania Kowalska

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki