Logo Przewdonik Katolicki

Bóg siedzi we Wronkach

Joanna Mazur
FOT. DOROTA PORZUCEK

Są skazani, ale nie potępieni. Są winni, ale ważni. Bractwo Więzienne wyciąga rękę do tych, o których inni myślą, że nie warto.

Nadgryziona zębem czasu XIX-wieczna cegła, kilkumetrowy mur opleciony gęstym drutem kolczastym, kilka pokaźnych budynków z kratami w oknach, nowoczesne stróżówki, a w samym środku okazały kościół, który dziś pełni funkcję magazynu. Budynki Zakładu Karnego we Wronkach robią wrażenie. – Niektórzy przychodzą tu w odwiedziny tylko raz. Nie są w stanie znieść dźwięku krat, które się za nimi zamykają – uprzedza mnie Andrzej Borowczak, lider Bractwa Więziennego. To jedno z najcięższych więzień w Polsce. Znaczna część spośród 1500 więźniów to recydywiści. Wielu z nich popełniło najcięższe przestępstwa. Wielu dopiero w więzieniu spotyka Boga.
Kraty i kontrola przy wejściu nie wzbudziły we mnie niepokoju. Na teren zakładu weszłam tylko z notesem i długopisem. Spotkań nie można nagrywać. W gronie kilku osób weszliśmy do więziennej kaplicy. Nie ma tu Najświętszego Sakramentu, ale jest wymowny drewniany krzyż. Prezbiterium zasłaniają ogromne drewniane drzwi z namalowanymi przez jednego z osadzonych wizerunkami Jana Pawła II i Matki Bożej Częstochowskiej. Krzesła ustawiamy w kręgu. Do salki po kolei wchodzą osadzeni. Odróżnia ich od nas tylko zielony strój. Większość podchodzi, podaje nam rękę i wita się, mówiąc „bracie” lub „siostro”. – Jezu, dziękuję Ci za każdego brata, który chciał tu dzisiaj przyjść – prowadzi modlitwę Iza. Od kilku dni modliła się o to, jaki podjąć dzisiaj temat. Zdecydowała się na piąty rozdział Ewangelii według św. Mateusza i temat przebaczenia.
 
Oni są ważni
– Nie mogłam się doczekać momentu, kiedy się spotkamy i podzielę się z wami tym słowem! Bóg mówi nam, że mamy przebaczać innym, bo On sam nam przebaczył nasze winy. I tu chodzi o decyzję, a nie emocje – tłumaczy Iza, dzieląc się swoim doświadczeniem przebaczenia bratu, który krzywdził ją i rodziców. Jest tutaj dzięki swojej koleżance Iwonie. Od wielu lat chciała pomagać więźniom, marzyła o studiowaniu resocjalizacji. Nie udało się. Gdy nawróciła się w 2016 r., trafiła na wykład pastora Piotra Wisełki, zielonoświątkowego kapelana z Wronek. – Pastor mówił, że więźniowie bardzo potrzebują głoszenia Dobrej Nowiny i doświadczenia Boga, którzy przebacza. Przepłakałam cały wykład. Dotarło do mnie, jak oni tam cierpią – wspomina Iza. Gdy wróciła do domu, była pewna, że chce „wejść” do więzienia. Nie wiedziała jednak, jak to zrobić. Swoim pragnieniem podzieliła się z Iwoną, z którą pracowała. A ona stwierdziła: „Ja cię do tego więzienia mogę wprowadzić!”. – Gdy weszłam tutaj po raz pierwszy, wiedziałam, że to jest miejsce, w którym mam być. Od razu pokochałam tych ludzi. Zrozumiałam, że oni potrzebują czuć, że są ważni, potrzebni, i że ktoś chce ich wysłuchać. Zależy mi na tym, aby każdy z nich znał swoją godność – tłumaczy Iza.
 
Baranki przy mamie
Historia Bractwa Więziennego we Wronkach sięga 1992 r. To wtedy Maria Bilon i franciszkanin br. Eliot Marecki założyli wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym. Na pierwszych rekolekcjach, czytając słowo Boże, natrafili na fragment z Listu do Kolosan, w którym św. Paweł nazywa siebie „więźniem”. Odczytali to jako posłanie do znajdującego się kilkaset metrów od klasztoru zakładu karnego. Rok później, po uzyskaniu odpowiednich zgód, dwa małżeństwa ze wspólnoty, Maria i Henryk Bilonowie oraz Halina i Zbigniew Kuszowie po raz pierwszy weszli do więzienia – Pani Maria miała niezwykły posłuch u więźniów. Gdy tłumaczyła im, co to jest spowiedź i że warto do niej przystępować, to wszyscy szli do konfesjonału jak baranki – wspomina pan Andrzej, który po 27 latach zastąpił panią Marię na stanowisku lidera. Obecnie grupa liczy piętnastu członków, który odwiedzają więźniów na zmianę w kolejne soboty. Pan Andrzej prowadzi też audycje przez radiowęzeł i raz na dwa tygodnie uczy osadzonych śpiewu liturgicznego. – Jeszcze kilka lat temu był tu prawdziwy chór. Jeden z biskupów podczas Mszy św. powiedział, że żałuje, że nie może osadzonych wziąć do katedry, aby nauczyli ludzi, jak należy śpiewać na Mszy św. – wspomina pan Andrzej. Przy współpracy z kapelanem Bractwo dwa razy w roku organizuje rekolekcje i współtworzy Misterium Męki Pańskiej, którego reżyserem jest jeden z osadzonych. – Pamiętam, że kilka lat temu postać Jezusa grał jeden z więźniów. To był młody chłopak, około 20 lat, który miał długie włosy. Maryję grała pani Maria Bilon. Widziałem, jak po przedstawieniu więzień podszedł do niej i zapytał, czy może teraz mówić do niej „mamo”. – wspomina pan Andrzej.
 
Nie czuję się gorszy
Kapelanem więzienia jest ks. Paweł Pawlicki, który po raz pierwszy mury zakładu przekroczył jeszcze w latach 80.  – Pierwsze spotkanie z osadzonymi pamiętam do dziś. Rozmawiałem z więźniem tzw. szczególnie niebezpiecznym, który był zamknięty w specjalnej celi. Zapytałem go o kontakt z rodziną. Powiedział, że z tatą nie ma kontaktu, bo go zabił. Zapytałem, czy może utrzymuje kontakt z mamą. Okazało się, że swoją mamę też zabił.
Ks. Paweł stworzył na terenie zakładu kilka grup AA i ośrodek terapeutyczny. W niedzielę odprawia dwie Msze św., w których uczestniczy około 140 więźniów, a więc 10 procent osadzonych. – Gdy ktoś nawraca się w więzieniu, nie jest w łatwej sytuacji. Kiedy zaczyna czytać Pismo Święte i modlić się na różańcu, spotyka się często z szyderstwami i wrogością. Im jest znacznie trudniej wytrwać w wierze niż nam na wolności. Tutaj widzę, że Bóg naprawdę kocha każdego człowieka, a szczególnie tego pogubionego. Każdego przygarnia i nad każdym się pochyla. Bóg dociera do nich przez słowo Boże, które mówi: choćby matka o tobie zapomniała, choćby wszyscy się od ciebie odwrócili, jest Bóg, który nigdy cię nie przekreśli, nigdy się od ciebie nie odwróci. To porusza ich serce. W przypadku więźniów odsiadujących dożywocie ważne jest, aby uczyć ich żyć tu i teraz. Zachęcam, by konkretnie dzisiaj zrobili i powiedzieli coś dobrego – mówi ks. Paweł. Dwa razy w roku we Wronkach więźniowie przyjmują sakrament bierzmowania, zdarzają się też chrzty. Przygotowania trwają zazwyczaj przez sześć miesięcy, a spotkania polegają nie tylko na głoszeniu konferencji, ale i na dyskusji i zadawaniu pytań dotyczących wiary. – Zdarza się, że część nie przychodzi regularnie na spotkania. Zdarza się po ludzku, że się na nich zdenerwuję. Ale nie zniechęcam się. Wiem, że sam nic nie mogę i nie liczę na to, że nagle wszyscy osadzeni zaczną przychodzić na spotkania. Cieszę się z każdego, który przychodzi. Wielu z osadzonych to ludzie bardzo wrażliwi, którzy potrafią okazać wielką wdzięczność. Kiedyś otrzymałem od jednego z nich tomik wierszy z dedykacją: „Człowiekowi, przy którym nigdy nie czuję się gorszy”.
– Takich dowodów wdzięczności jest mnóstwo – dodaje Andrzej Borowczak. – Kiedyś jeden z więźniów w podziękowaniu za rekolekcje zrobił serce z masy solnej i napisał list. Jeszcze inny podarował mi różaniec.
Zdarzają się też zabawne sytuacje. Kilka lat temu pani Felicja przez przypadek chciała wejść na teren więzienia z… piwem. – Właśnie miałam piec piwne ciasteczka i zapomniałam zostawić puszki w domu. Była niezła afera – śmieje się.
 
Czego ode mnie chcesz?
Po konferencji Izy jest czas na wspólny śpiew, który prowadzi Konrad. Jest na spotkaniu dopiero drugi raz. Rozdaje więźniom śpiewniki i gra na gitarze. Większość osadzonych włącza się w śpiewanie. Iza zachęca, aby oni także opowiedzieli o swoim doświadczeniu przebaczenia. Pierwszy zabiera głos Paweł. Ma około 60 lat, siwe włosy i ciepły uśmiech. – Chcę powiedzieć o tym, jak wybaczyłem mojemu ojcu. To trwało latami. Mieszkaliśmy razem, ale żyliśmy osobno. W areszcie wyciągnąłem do niego rękę na zgodę. Napisałem list, ale mi nie odpisał. Napisałem drugi list. Też nic. W końcu zadzwoniłem do niego. Powiedział, że nie odpisze na list, bo nie wie, co ma odpisać. Powiedziałem, że mu wybaczyłem i proszę go o wybaczenie. Wtedy nie potrafił tego zrobić. Po pewnym czasie zachorował. Siostra powiedziała, że ojciec kazał przekazać, że wszystko mi przebaczył. Kilka dni później zmarł. Od tego momentu poczułem, że moje serce jest wolne. Byłem na przepustce na jego pogrzebie i codziennie modlę się za niego.
– Miałem duży problem w kontaktach z synem, który ma 11 lat i jest niepełnosprawny – wyznaje Andrzej. Ma około 50 lat i za kilka miesięcy kończy odsiadywanie kary. – Przez dwa miesiące nie chciał ze mną rozmawiać, nie chciał mnie widzieć, nie odbierał telefonu. Poprosiłem moich przyjaciół  z Bractwa Więziennego o modlitwę w tej intencji. Dosłownie po kilku dniach syn odebrał ode mnie telefon, przebaczył mi i mamy kontakt do dziś.
Darek ma 52 lata i lekki zarost. Widać, że walczy ze sobą i chce coś powiedzieć. – Ja mam ciągle problem z przebaczeniem. Czasami wydaje mi się, że przebaczyłem, a potem okazuje się, że jednak nie. Modliłem się modlitwą „Ojcze nasz” i przy fragmencie: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” zawsze miałem zgrzyt. Początkowo stwierdziłem, że będę ten fragment omijał. Taki jestem, ciągle kombinuję! W końcu powiedziałem do Boga, że będę tę modlitwę odmawiał tak jak jest, a On niech sam coś z tym zrobi. Zostawiłem to Jemu. Moje myśli mnie zawiodły. Często pytam Boga: czego ode mnie chcesz? Wiem, że czegoś chce na pewno. Może chciał, bym tutaj się nawrócił i usłyszał Ewangelię? Może chce mnie na wyłączność?
 
Cicha służba
Członkowie Bractwa nie mówią głośno o swojej służbie. Często nie wie o tym nawet rodzina. Ci, którzy wiedzą, często nie rozumieją sensu chodzenia do więźniów.  – Mnie bardzo pomogło Pismo Święte i fragment: „byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie” – tłumaczy pani Felicja – Co faryzeusze zarzucali Jezusowi? Że zadaje się z ludźmi, którzy dla nich byli zerem. Z celnikami i grzesznikami. My idziemy do tych, którzy są najbardziej odrzuceni, są ostatni. A co mówi słowo Boże?  Pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi. Choćby jeden się nawrócił, to warto do nich chodzić. Warto dla tego jednego.
– Wiele razy mówiłem sobie, że jestem tu ostatni raz – wspomina Andrzej Henschke, który przychodzi na spotkania Bractwa od 2009 r. – Pamiętam, że kiedyś byłem na spotkaniu sam i osadzeni zaczęli w mocnych słowach atakować Kościół. Myślałem, że już tam nie wrócę. Wielokrotnie przed przyjściem tu czuję zniechęcenie, ale modlę się na różańcu. Gdy przekraczam próg więzienia, wszystko przechodzi. Kilka lat temu podczas wigilii jeden z osadzonych odszedł od stołu, stanął w kącie i dziwnie patrzył. Zapytałem go, co się stało? Powiedział, że ma 50 lat i po raz pierwszy w życiu jest na wigilii. Niektórzy ludzie naprawdę rodzą się w piekle. Takie momenty upewniają mnie, że to, co robimy ma sens.
Na sali są więźniowie, którzy siedzą w ostatnich rzędach i nie chcą uczestniczyć w dyskusji.  – Część z nich chce po prostu wyjść z celi, ale ta motywacja też jest dobra! Nawet jeżeli słowo Boże nie wyda owocu teraz, to i tak w nich zostaje – tłumaczy Iza. – To Bóg zna czas i to On ludzi pociąga. Ja sama nic nie mogę zrobić. Mogę tylko głosić im Dobrą Nowinę.
Dwie godziny minęły jak piętnaście minut. Trudno nam zakończyć spotkanie. Wielu więźniów podchodzi, rozmawia i prosi o modlitwę. Po wyjściu na zewnątrz poczułam niedosyt i… dziwne wzruszenie. „Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie”. To prawda. Jezus siedzi za kratkami i czeka, aż ktoś Go odwiedzi.
 

 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki