Logo Przewdonik Katolicki

Izolacja czy resocjalizacja?

Michał Bondyra
Fot.

Czy obecność w więzieniu musi oznaczać tylko izolację i brak perspektyw na powrót do normalności? Czy jednak możliwa jest resocjalizacja i próba naprawienia wyrządzonego zła poprzez życie zgodne z Dekalogiem? Zakład Karny we Wronkach istnieje już przeszło 110 lat. W tym okresie miał on bardzo różny charakter. W pierwszych latach był jednym z centralnych więzień pruskich, w którym...

Czy obecność w więzieniu musi oznaczać tylko izolację i brak perspektyw na powrót do normalności? Czy jednak możliwa jest resocjalizacja i próba naprawienia wyrządzonego zła poprzez życie zgodne z Dekalogiem?

Zakład Karny we Wronkach istnieje już przeszło 110 lat. W tym okresie miał on bardzo różny charakter. W pierwszych latach był jednym z centralnych więzień pruskich, w którym represjonowano polską ludność. Od grudnia 1918 roku do listopada roku 1919 więzienie pełniło funkcję koszar wojskowych dla powstańców wielkopolskich, po czym ponownie przeszło w pruskie ręce. Pierwszy raz do systemu polskiego więziennictwa Zakład Karny we Wronkach został włączony w 1921 roku. Podczas drugiej wojny światowej więzienie we Wronkach stało się narzędziem represji w rękach okupantów. W tym czasie za jego kratami siedziało ponad 28 tysięcy więźniów, głównie Polaków.

Miejsce politycznych represji
Po wyzwoleniu władza komunistyczna uczyniła z niego instrument walki politycznej i represji dla AK-owców i innych przeciwników ustroju. W różnych latach kary odbywali tu m.in. as polskiego lotnictwa Stanisław Skalski, szef sztabu AK gen. Stanisław Tatar czy gen. Stefan Mossor. Swój polityczny charakter wronieckie więzienie utraciło na mocy procesów rehabilitacyjnych w 1956 roku. Od tego czasu, choć przetrzymywani w nim byli więźniowie polityczni (m.in. związani z „Solidarnością” prof. Wiesław Chrzanowski i Jacek Kuroń), to głównie wyroki odsiadywali w nim recydywiści. Chociaż w porównaniu do najcięższych czasów, kiedy we Wronkach przebywało prawie 4,5 tysiąca skazanych (listopad 1942 r.), warunki w nim znacznie się poprawiły (obecnie wyroki odsiaduje 1800 skazanych), to wciąż jest przeludnione.

Bractwo, koło i kapelan
Po zarysowaniu krótkiej historii wronieckiego więzienia warto zadać pytania, czy dziś spełnia ono swą podstawową funkcję, jaką jest resocjalizacja osadzonych? Czy jest ono miejscem wyłącznie izolacji i odbywania zasłużonej kary? Na szczęście nie tylko. A olbrzymia w tym zasługa kapelana i istniejących od kilkunastu lat bractwa więziennego oraz jedynego w Polsce koła penitencjarnego. Ich wzajemnie uzupełniające się działania niosą skazanym nie tylko pomoc duchową, ale i materialną, czasem prowadząc nawet do diametralnej zmiany pogmatwanego życia.

Trudne początki posługi
Ksiądz Jerzy Stachowiak jest kapelanem Zakładu Karnego we Wronkach. Jego posługa nie należy do łatwych. Poza coniedzielnymi Eucharystiami w kaplicy więziennej, ważną, o ile nie najważniejszą działalnością duszpasterską są spotkania indywidualne z więźniami. – Pierwsze spotkania były dla nich, jak to mówią w nomenklaturze więziennej, po to, aby coś „wyrwać” – wspomina ksiądz Jerzy. – Trzeba było dać im czas, by przekonali się, że to, o czym mówią, pozostaje tylko i wyłącznie między nami i by zrozumieli, że mamy im wiele do dania, nie tyle materialnie, co przede wszystkim duchowo – dodaje ks. Stachowiak.

Procesja na spacerniaku
Poza indywidualnymi rozmowami warto wspomnieć też o spotkaniu więźniów z abp. Gądeckim, dorocznych spotkaniach opłatkowych w kaplicy oraz jedynej w swoim rodzaju procesji Bożego Ciała, której ołtarze rozmieszczone są na spacerniaku przy izbie chorych. W tej niezwykłej procesji czynny udział biorą sami więźniowie – niosą krzyż, świece, przygotowują ołtarze. – Procesje te są ogromnym przeżyciem dla samych skazanych – wyjaśnia ksiądz kapelan. – Zmieniają też wiele w relacjach skazany – służba więzienna, bo przy ostatnim ołtarzu więźniowie modlą się za pilnujących ich funkcjonariuszy – dodaje.

Brak akceptacji drogą do zła
Wśród skazanych są różni więźniowie, różne są też przyczyny ich odsiadki. Na szczęście nie wszyscy osadzeni są zepsuci do cna. Niektórych za kraty popchnął brak miłości i akceptacji najbliższych. Tak było np. z pewnym młodym człowiekiem odsiadującym wyrok za kradzież. – Zapytałem go, czy musiał kraść – opowiada ksiądz kapelan. – A on przedstawił mi swoją historię. Wspominał, jak wracał do domu i chciał się pochwalić sukcesami w szkole, a jego rodzice pochłonięci ciągłymi imprezami nie interesowali się nim. Dawali mu tylko pieniądze, by ten nie zawracał im głowy. Mówił, jak otrzymywane banknoty darł i puszczał na wiatr. Jak płakał. Opowiadał, jak nie miał z kim dzielić się swą radością. Zaczął więc rozbijać szyby, rozwalać kioski, aż wreszcie zajęła się nim policja... Na koniec zapewnił mnie, że teraz by tak nie postępował – kończy opowieść kapelan.

Twarde reguły
Jak jest zatem z tą resocjalizacją? – Niestety, bardzo wielu z tych, którzy wychodzą na wolność, szybko powraca do więzienia – ze smutkiem stwierdza ksiądz Stachowiak. – Bo przecież człowiek wychodząc na zewnątrz, jest rzuconym na bardzo głęboką wodę. Wychodzi, nie ma nic i co? Kradnie. A jako recydywista dostaje wyrok niewspółmiernie większy niż popełniony przez niego czyn – dodaje ksiądz. Jak więc przygotować więźniów do życia na wolności po odbyciu kary?
– Pół roku przed wyjściem prowadzę z więźniami rozmowę: „A teraz gorzka prawda: nikt na ciebie nie czeka i kiedy wyjdziesz, będziesz miał wielkie szczęście, jeśli dostaniesz pracę. Gdy znajdziesz zajęcie i coś zginie, będziesz pierwszym podejrzanym. Powiedz wówczas, że to nie ty ukradłeś. I koniec, nic więcej. Przez swą pokorę uzyskasz wiele. Pamiętaj, że duchowo przeszedłeś już dość daleką drogę. Pan Bóg nie zostawi cię samego, tylko musisz chcieć nadal z nim współpracować” – tłumaczy ksiądz Jerzy. Jak zapewnia, ta terapia szokowa bardzo pomaga później w aklimatyzacji za murami.

„Ostatnia Wieczerza” przepustką do normalności
Pełna asymilacja ze społeczeństwem możliwa jest jednak dzięki pomocy „normalnie” żyjących ludzi. A jak wiele to znaczy, pokazuje inna historia przywołana przez naszego rozmówcę: – Pewnego razu jeden ze skazanych przyszedł do mnie z pięknym obrazem „Ostatniej Wieczerzy”, prosząc, bym go dla niego przechował do czasu aż wyjdzie na wolność. Dzieło było tak wspaniałe, że zaproponowałem mu, że je od niego odkupię. On odparł, że nie może go sprzedać, bo obraz, który namalował na 50. rocznicę ślubu rodziców, jest jego podzięką dla nich za to, że ci, mimo jego grzechów, przestępstw i okrucieństwa, zawsze przy nim byli i nigdy się go nie wyrzekli – wspomina ksiądz kapelan. – Wtedy zrozumiałem, że drugiego takiego obrazu nie namaluje, bo włożył w niego całe swoje serce. Później Pan Bóg mu pobłogosławił. Po wyjściu z więzienia poznał dziewczynę, córkę biznesmena, z którą po wielu trudnościach się ożenił. Teraz ma piękne dziecko, które ochrzciłem, samochód i pracę w reklamie. Naprawdę coś wspaniałego – kończy optymistycznie ksiądz Jerzy. Ten przykład zdaje się tylko potwierdzać, że praca kapelana, bractwa więziennego i koła penitencjarnego, a także bezinteresowna pomoc wielu innych ludzi daje wyrzuconym w wyniku swego postępowania za nawias społeczeństwa szansę na powrót do normalności.
Ks. kanonik Jerzy Stachowiak – kapelan Zakładu Karnego we Wronkach oraz kapelan więźniów archidiecezji poznańskiej, kapelan okręgowy okręgu poznańskiego; proboszcz parafii św. Katarzyny we Wronkach
– Raz zostałem poproszony, by iść do celi i porozmawiać z więźniem, wielokrotnym mordercą. Drzwi od celi zostawiono otwarte ze względów bezpieczeństwa. Wszedłem i zaczęliśmy rozmawiać. Żalił się, że ma dosyć tych ścian, że zwariuje, że nie może już siedzieć w pojedynkę. Proponowałem, że porozmawiam z kimś, może by się dało to jakoś zmienić. „Nie mogę z nikim razem siedzieć, bo jeśli ktoś będzie miał inne zdanie niż ja, to jestem gotowy go zabić!”.
Ciężka sprawa. Ale podczas rozmowy patrzę, a na półce leży Pismo Święte, a obok książka Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Pytam więc, co ta książka u niego robi? „Gdybym tej książeczki nie miał, to bym dawno sobie życie odebrał...”, wyznał szczerze.
Nasza rozmowa trwała około dwóch godzin. Po niej powiedziałem, że rozmawialiśmy tak długo, a ja właściwie ze wszystkimi jego opiniami się nie zgodziłem, dlaczego zatem wychodzę żywy? On mi na to: „Ksiądz mi nie powiedział, że jestem głupi, że tak nie może być, ale pomógł na to inaczej spojrzeć. Ksiądz mi nie kazał, a proponował”.

Brat Wilhelm OFM z koła penitencjarnego działającego przy Wyższym Seminarium Duchownym oo. Franciszkanów we Wronkach
– Koło penitencjarne powstało na początku lat 90. Jest to jedno z wielu kół działających w naszym domu, będących dla nas także elementem formacji zakonnej.
Dzięki kontaktom ze skazanymi jesteśmy bardziej otwarci na potrzeby drugiego człowieka, a także bogatsi o doświadczenia nabyte podczas tych spotkań. Każdy jest bowiem dzieckiem Bożym, ma swoją wartość i tak należy go traktować. Czasem trzeba powoli to sobie uświadamiać na nowo i do tego potrzeba pomocy człowieka z zewnątrz. Właściwie wszystko, co możemy im zaoferować, to tak naprawdę modlitwa i wyciągnięta ręka – reszta zależy od Boga i ich dobrej woli.
Nasze spotkania z więźniami rozpoczynają się rozmową przy kawie. Później jest wspólna modlitwa, czytamy Słowo Boże przeznaczone na najbliższą niedzielę, wyjaśniamy je przez co bardziej świadomie przygotowujemy się do przeżycia liturgii. Następnie jest wspólne rozważanie, dyskusja, są pytania. Niekiedy te nasze rozmowy trwają bardzo długo. Czasem zapraszamy też zespoły chrześcijańskie czy ciekawych ludzi (świadectwo swojego nawrócenia dawał m.in. Jan Budziaszek, perkusista „Skaldów”).
Okazją do chwili bezpośredniej rozmowy właściwie z każdym więźniem jest opłatek zanoszony przez naszych braci do cel. Zachęcamy wtedy też do uczestnictwa w cotygodniowych spotkaniach i niedzielnej Eucharystii. Oprócz tego poprzez katechezy przygotowujemy więźniów do przyjęcia sakramentów: chrztu, I Komunii św. i bierzmowania.

Maria Bilon pracuje społecznie w Zakładzie Karnym we Wronkach jako przewodnicząca bractwa więziennego
– W bractwie, które istnieje od 12 lat, jest nas 12 osób świeckich, pracujących pod opieką kapelana więzienia. Bractwa takie działają w całym kraju. Należymy również do ogólnoświatowej organizacji bractw więziennych, z którymi na wspólnych szkoleniach wymieniamy doświadczenia dotyczące naszej działalności.
Spotykamy się z więźniami w kaplicy, prowadzimy bibliotekę, dzielimy się z nimi Słowem Bożym, modlimy się, niesiemy słowa pocieszenia. Bywa też, że jesteśmy łącznikami pomiędzy więźniami a ich rodzinami, które często odwracają się od nich.
Poprzez rozmowę, wspólne zajęcia chcemy pokazać skazanym Boga jako Osobę, w której znajdą oparcie duchowe, której zawsze mogą zaufać. Nigdy nie pytamy więźniów o ich przeszłość. Po pewnym czasie sami opowiadają o sobie, kiedy wzbudzimy ich zaufanie. Potrzebują bowiem wysłuchania, wyrzucenia z serca tego, co ich męczy – przynosi to ukojenie, spokój i wewnętrzną radość.
Więźniowie wiedzą o tym, że mogą się do nas zgłosić w sytuacji, kiedy nie mają dokąd się udać po opuszczeniu zakładu karnego. Staramy się znaleźć dla nich jakąś „przystań”, żeby nie wpadli ponownie w środowisko przestępcze. Ważne, aby dostali szansę na rozpoczęcie życia na nowo.
We wronieckim więzieniu istnieje również jedyny w Polsce chór złożony z więźniów. Wielu chętnych przychodzi na jego próby. Bardzo się wtedy wyciszają, można powiedzieć, że rzeczywiście muzyka łagodzi obyczaje. Wszystkie te działania służą temu, żeby więźniowie nie zostali zupełnie odcięci od społeczeństwa, żeby mieli możliwość przygotowania się do powrotu do świata.
Wypowiedzi zebrał Błażej Tobolski

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki