Logo Przewdonik Katolicki

Zbrodnia w konsulacie

Jacek Borkowicz
USA Arabia fot. Jacquelyn Martin Associated Press East News

USA, w imię sojuszu militarnego oraz dochodów z wydobycia ropy i gazu, gotowe są wybaczyć Saudyjczykom wszystko. Pobłażliwość ma jednak swoje granice: nie wolno mordować ludzi w budynku placówki dyplomatycznej. A już z pewnością nie wolno tego robić na oczach tureckich służb specjalnych.

Dziennikarza obezwładniono natychmiast po tym, gdy przekroczył próg konsulatu. Kiedy oprawcy zaczęli odcinać mu palce, stało się jasne, że ma nie wyjść stąd żywy. „Zróbcie to na zewnątrz, narobicie mi kłopotów” – wybąkał do oprawców konsul. „Zamknij się, jeśli chcesz żyć po powrocie do Arabii!” – ryknął nań szef komanda egzekucyjnego. Gdy po siedmiu minutach tortur człowiek ten przystąpił do kawałkowania ciała ofiary, nie było jasne, czy Dżamal Chaszodżdżi jeszcze żyje. Naczelny kat założył sobie słuchawki na uszy. „Gdy to robię, słucham muzyki. Wy też tak róbcie. To łagodzi napięcie” – poradził ekipie.
To nie scenariusz thrillera. Historia, ze wszystkimi opisanymi wyżej szczegółami, wydarzyła się naprawdę 2 października. Miejscem mordu był budynek konsulatu generalnego Arabii Saudyjskiej w Stambule, największym mieście Turcji. Nawet nam, trochę już przyzwyczajonym do okrucieństw tego świata, nie mieści się w głowie, by takie rzeczy mogły się dziać w murach placówki dyplomatycznej.
Ale ten szok ma jeszcze drugie dno. Bo niby skąd to wszystko wiadomo? Przecież nie z komunikatu saudyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych... Okazuje się, że konsulat jest naszpikowany podsłuchami. Dlatego już w trakcie owych siedmiu minut, gdy Chaszodżdżiego mordowano, o wszystkim wiedziały tureckie służby specjalne. To kolejna prawda, wstydliwie ukrywana tym razem nie przez Saudyjczyków, ale przez Turków. Gdy następnego dnia po zbrodni ujawniła ją turecka policja, naprędce wymyślono bajkę o małej kamerze, umieszczonej w zegarku Chaszodżdżiego i chmurze Apple’a, do której zapis tortur wysyłać miała czekająca nań przed konsulatem narzeczona. Sprawa wydała się, gdy 18 października do jednej z tureckich gazet trafił zapis audio, zrobiony umieszczonym w ścianie aparatem podsłuchowym.
 
Czeczenia Stanów Zjednoczonych
Chaszodżdżi był saudyjskim dziennikarzem znanym z krytycznego stosunku do panującej dynastii. Z tego powodu musiał uchodzić z kraju i zamieszkał w USA, gdzie został stałym korespondentem dziennika „Washington Post”. W tym charakterze nadal bezkompromisowo ujawniał niewygodne szczegóły z życia rządzącej w Rijadzie elity. Ojcem Chaszodżdżiego był osobisty lekarz Saudów, stąd dziennikarz znał niejeden sekret kompromitujący królewską rodzinę. W końcu na jego celowniku znalazł się książę Mohammed bin Salman, następca tronu i faktyczny przywódca kraju. To prawdopodobnie zadecydowało o wydaniu nań wyroku. Chaszodżdżiego zwabiono do saudyjskiego konsulatu pod pretekstem wydania mu dokumentów rozwodowych.
Saudyjska monarchia to najwierniejszy sojusznik Stanów Zjednoczonych i tutaj morderstwo zahacza o orbitę międzynarodowych problemów. Bo przecież opinia publiczna, która w tej chwili nagłaśnia niewygodny dla polityków stambulski skandal, to w pierwszym rzędzie koledzy Chaszodżdżiego z „Washington Post”, a także innych amerykańskich mediów. Prezydent Donald Trump rozmawia więc przez telefon z księciem Mohammedem bin Salmanem (który oczywiście wszystkiemu zaprzecza), grozi Arabii Saudyjskiej „surowymi konsekwencjami”, ale gołym okiem widać, że najchętniej zamiótłby całą sprawę pod dywan. Tego jednak zrobić się nie da, skandal jest zbyt duży, a dowodów na popełnienie zbrodni zbyt wiele. Sekretarz stanu Mike Pompeo dał Saudyjczykom kilka dni na wyjaśnienia, nie wiadomo więc, jaką linię obrony przyjmie Rijad, ani też tym bardziej, jak zareaguje na to Waszyngton.
Stosunek demokratycznych Stanów Zjednoczonych do absolutystycznej Arabii Saudyjskiej przyrównać można do relacji Putinowskiej Rosji z Czeczenią pod panowaniem Ramzana Kadyrowa. USA, w imię tradycyjnego sojuszu militarnego oraz dochodów z wydobycia ropy i gazu, gotowe są wybaczyć Saudyjczykom wszystko: archaiczny ustrój, łamanie praw człowieka, a nawet fakt, że panujące w kraju wyznanie, wahhabizm zwany też salafizmem, to ideologia czołowych dziś organizacji terrorystycznych. Pobłażliwość ma jednak swoje granice. Nie wolno mordować ludzi w budynku konsulatu. A już z pewnością nie wolno tego robić na oczach tureckich służb specjalnych – taki sygnał wychodzi dziś z Waszyngtonu.
Dodatkowy kłopot w tym, że książę Mohammed bin Salman, któremu z odpowiedzialności za zbrodnię trudno się będzie wykręcić, to w chwili obecnej jedyny jaki taki reformator skrajnie konserwatywnego ustroju Arabii Saudyjskiej. Jeśli abdykuje ze stanowiska następcy tronu, do koryta władzy natychmiast rzucą się, czekający tylko na to, jego liczni stryjeczni bracia. W takim wypadku Arabię Saudyjską może czekać chaos.
 
Gdzie dwóch się bije...
Niewątpliwym beneficjentem całego kryzysu jest prezydent Recep Erdoğan. Turcja to również sojusznik USA, ale w odróżnieniu od Arabii Saudyjskiej – sojusznik niepokorny i nawet nieprzewidywalny. Erdoğan, skonfliktowany z Unią Europejską z powodu uchodźców, zaś z całym Zachodem z przyczyny dyktatorskich posunięć, udziału w wojnie syryjskiej oraz flirtów z Władimirem Putinem, wyraźnie dąży w kierunku wymuszenia na UE i USA uznania mocarstwowego statusu Turcji na Bliskim Wschodzie. I trzeba przyznać, że mu się to udaje. Tuż przed ultimatum wystosowanym wobec Rijadu Mike Pompeo spotkał się w Ankarze z Erdoğanem, z którym Waszyngton, chcąc nie chcąc, musi się liczyć jako z kimś, kto w drażliwej sprawie Chaszodżdżiego ma w tej chwili w ręku najsilniejsze atuty. Spotkanie przyniosło owoce. Turcy zgodzili się zwolnić z więzienia amerykańskiego obywatela, pastora Andrew Brunsona, skazanego za rzekome wspieranie opozycji. W zamian za to Ameryka zniesie część sankcji, nałożonych na Ankarę w 2016 r. po dyktatorskim puczu Erdoğana.
Gra prezydenta Turcji obliczona jest też na zdobycie punktów w rozgrywce z Saudyjczykami. Oba państwa od dawna rywalizują o przywództwo nad sunnitami całego świata. Aż do początków XX w. monarchia Saudów była niewiele znaczącym, pustynnym księstewkiem na obrzeżach tureckiego imperium Osmanów. Mekka, najświętsze miejsce islamu, leżała wtedy na terenie państwa tureckiego, zaś sułtanowi w Stambule przysługiwał też tytuł kalifa, najwyższego muzułmańskiego przywódcy religijnego. Dziś te symbole uległy rozproszeniu: Mekka jest częścią Arabii Saudyjskiej, zaś tytuł kalifa uzurpuje sobie szef schodzącego do podziemia tzw. Państwa Islamskiego. Jednak Erdoğan wyraźnie nawiązuje do tamtej ery tureckiej świetności i chciałby przedstawiać się światu jako nowe wcielenie sułtana. Sprawa Chaszodżdżiego to dla niego mały, ale konsekwentny krok w tym właśnie kierunku.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki