Logo Przewdonik Katolicki

Historia jednego pojednania

Dorota Niedźwiecka
FOT. DOROTA NIEDŹWIECKA

Kilkadziesiąt lat temu Polacy na samą myśl o brutalnym wymordowaniu polskiej wioski czuli strach i żal. Od 25 lat z Ukraińcami z Mariampola odwiedzają się co roku. Wiele obaw zniknęło już przy pierwszym spotkaniu.

– O tragicznej nocy dorośli mówili między sobą szeptem – wspomina Andrzej Tarnowski. – Ze strzępków zdań, uchwyconych podczas zabawy, budowałem niejasny i przerażający obraz: ludzi przybitych do drzwi i mordowanych w inny okropny sposób.
Andrzej Tarnowski, prezes Stowarzyszenia Wspólnota Mariampolska, z siedzibą we Wrocławiu, ma 61 lat. Jest synem Władysława, Polaka z Mariampola, który w tamtych tragicznych dniach mieszkał kilka kilometrów od połączonej z Mariampolem wsi Wołczków. Wieś była zamieszkana tylko przez Polaków i w nocy z 29 na 30 marca 1944 r. banderowcy zamordowali w niej około 60 osób.
– UPA atakowała zwykle do godziny pierwszej w nocy – wyjaśnia ks. Stanisław Pawlaczek, kresowianin, zaprzyjaźniony z polskimi i ukraińskimi mariampolanami od kilkudziesięciu lat. – Dlatego o tej porze, jak zwykle, część mieszkańców Wołczkowa, która ukrywała się na położonej na środku rzeki wyspie, wróciła do domu. Tym razem banderowcy zaatakowali o trzeciej. Pochodzili z położonej kilka kilometrów dalej ukraińskiej wsi Tumierz.
 
Samodzielność
Ocaleni pochowali bliskich we wspólnej mogile na cmentarzu w Mariampolu. Rok później zostali wysiedleni na tzw. Ziemie Odzyskane. Z pozostającą w granicach Związku Radzieckiego rodzinną wsią niemal nie mieli kontaktu. Spotykali się natomiast co roku w drugą niedzielę września we Wrocławiu, w kościele Najświętszej Maryi Panny na Piasku, na odpuście związanym z przywiezionym ze swojej wioski cudownym obrazem Matki Bożej Zwycięskiej.
– Imponowali mi samodzielnością – mówi ks. Stanisław Pawlaczek, który poznał ich w 1984 r. , gdy został proboszczem parafii. – Wiedzieli, że aby coś osiągnąć, potrzebne jest konkretne, zdecydowane działanie. Bardzo sprawnie zorganizowali się, by przygotować dokumentację do planowanej od 60 lat koronacji obrazu Matki Bożej.
Samodzielność i nastawienie na działanie kształtował w nich jeszcze przed wojną ks. Marcin Bosak, społecznik, który w Mariampolu uczył ludzi samorządności. Przy jego pomocy założyli spółdzielnię, która eksportowała ich wyroby rolnicze nawet do Holandii. Wybudowali szkołę, dom ludowy i budynek parafialny. Ks. Bosaka zamordowano kilka lat przed jego parafianami. W 1941 r. został podstępnie wywołany przez banderowców i zabity, gdyż uważali go za nacjonalistę i wroga Ukrainy.
 
Spotkanie
Gdy Ukraina uzyskała niepodległość, kilku mariampolan z Wrocławia postanowiło odwiedzić rodzinne strony. „Może nas przyjmą i będziemy mogli się pomodlić na mogile” – mówili. Zatrzymali się u znajomego koło Sambora, wzięli auto z ukraińskimi rejestracjami, dla większego bezpieczeństwa, i podjechali do wioski. Kilka godzin później rozmawiali z wójtem i grekokatolickim proboszczem, którzy przyjęli ich bardzo życzliwie. „Zapraszamy wszystkich” – usłyszeli.
Polacy przyjęli zaproszenie. Tuż przed uroczystością Wniebowstąpienia w 1993 r. w kierunku Mariampola zmierzały dwa autobusy z osiemdziesięcioma polskimi gośćmi. Nie używali wielkich słów. Nie mówili o pojednaniu. Chcieli odwiedzić rodzinne strony, pomodlić się nad grobem pomordowanych. I spotkać z obecnymi mieszkańcami.
– Większość z nas jechała z nadzieją, niektórzy z obawami – wspominają żyjący świadkowie. „A jeśli będą nas rżnąć?” – pojawiały się głosy tych, którzy przeżyli pogrom. Pozostali machali pobłażliwie ręką. Wiedzieli, że komuniści rozprawili się po wojnie z banderowcami. „To inne czasy” – mówili.
Wiele obaw runęło już po powitaniu przy cerkwi. Wyszła do nich niemal cała wioska: z proboszczem, wójtem, feretronami, chlebem i solą oraz serdeczną przemową. Polacy odpowiedzieli tym samym: życzliwą mową w języku ukraińskim. Płakali i jedni, i drudzy. Razem poszli na Mszę, a potem pierwszy raz procesją na cmentarz i wspólnie pomodlili się przy grobie.
– Z rdzennie mariampolskich Ukraińców zostało może dwadzieścia procent – wyjaśnia ks. Pawlaczek. – Na miejsce wysiedlonych po wojnie Polaków i Żydów sprowadzono tu potem Ukraińców z Przeworska, Krynicy i Jarosławia. Jednak jedni drugim przekazali informację o istniejącym tu grobie: pole było wydzielone i nikogo tam nie chowali.
– Nie, nie rozmawialiśmy o tym – dodaje. – Wszyscy wiedzieli, że tam leżą pomordowani. Pomodliliśmy się, wkopaliśmy na tym miejscu krzyż przywieziony z Polski.
 
Relacje
Postawione na podwórkach stoły i poczęstunek wszystkim, na co ich było stać, sprawił, że lody jeszcze szybciej topniały.
– To było spotkanie człowieka z człowiekiem – wspomina ks. Pawlaczek. – Polacy zobaczyli serdecznych i życzliwych Ukraińców i ten, który przed chwilą miał jeszcze za złe przeszłość, chwile później potrafił wejść w życzliwy kontakt. Ukraińcy natomiast jeszcze przez jakiś czas potrzebowali zapewnień, że nie chcemy tu wracać i zabierać im ich gospodarstw. Potem zaufali.
– Unikaliśmy wszystkiego, co mogłoby być zadrażnieniem – mówi Andrzej Tarnowski. – Na krzyżu wkopanym na mogile umieściliśmy taki napis, który by nie drażnił: „Tym, którzy zginęli pamiętnej nocy”. Większy po ukraińsku i mniejszy, po polsku. Zależało nam na relacji, a nie tylko na powracaniu do przeszłości.
W kolejnych latach krok po kroku budowali relacje. Polacy przyjeżdżali co roku i mieszkali u mariampolskich rodzin. Ukraińcy odwiedzali Wrocław przy okazji odpustu Matki Bożej Zwycięskiej. W tym roku, już za tydzień, pojawią się tu po raz dwudziesty trzeci.
– Ujmowali nas swoją gościnnością, telefonami z pytaniem, czy znów przyjedziemy. Podejmowaniem, czym tylko mogli. Jeździłem do nich jak do swoich bliskich, także w ciągu roku – opowiada Andrzej Tarnowski. Jego ojciec odwiedzał Mariampol przez dziesięć lat, aż do samej śmierci, on kontynuuje tradycję. – Byli tak życzliwi, że spotkanie co roku stało się potrzebą serca – dodaje.
 
Trudne tematy
Owszem czasem pospierali się o trudny temat z przeszłości. Kiedyś do ks. Stanisława podeszła na drodze staruszka. Pocałowała w rękę i szepnęła: „Ja to widziałam, proszę księdza”. Zaczęła płakać i więcej nie była w stanie powiedzieć. Jednak zazwyczaj unika się rozmów.
– Zdawaliśmy sobie sprawę, że to nie są ci Ukraińcy, którzy mordowali. Że tamci mieszkali gdzie indziej i że większość z nich już dawno nie żyje – mówi ks. Pawlaczek. – Szanowaliśmy także to, na ile nasi gospodarze sami są gotowi mówić o trudnej przeszłości.
W Mariampolu nikt nie gloryfikuje Stepana Bandery czy Dmytra Doncowa, na którego doktrynie opierał się program UON. Wspólnie chodzą na mogiłę, modlą się, chociaż nie są jeszcze do końca gotowi porozmawiać o tym, co tu się stało. – Nic na siłę, bo w ten sposób zaufania się nie zbuduje – tłumaczy pan Andrzej.
Polacy poznali także drugą część prawdy. Podczas pogromu grupa 15 osób schroniła się w wykopanym koło domu dole, zakrytym gałęziami. Jeden z banderowców, biegnąc do wioski, podniósł gałąź, odłożył ją i krzyknął do kompanów, że nie ma tam nikogo. Potem szepnął do Polaków: „Nie wychodźcie, bo będziemy tędy wracać”. – Myślę, że takich Ukraińców było dużo, że większość Polaków, która przeżyła, zawdzięcza życie sąsiadce, która podeszła do płotu i powiedziała: „Dziś przyjdą. Uciekajcie” – mówi ks. Pawlaczek.
 
Przyjaźń
W ciągu tych lat mieszkańcy Mariampola i goście z Wrocławia realizowali kolejne przedsięwzięcia. Polacy ufundowali kopię obrazu Maryi Mariampolskiej. Wspólnie sadzili platany pojednania wokół cerkwi grekokatolickiej, razem wykonali park biblijny przy Rynku i postawili na środku wsi pomnik Pojednania. Polacy ufundowali pomnik Matki Bożej Zwycięskiej, stojący w Rynku, a Ukraińcy – ozdobna tabliczkę przy wjeździe do wsi z nawą miejscowości w języku ukraińskim i polskim.
Wzajemnie sobie pomagają, gdy potrzeba. I chociaż wciąż jeszcze brakuje równowagi ekonomicznej pomiędzy obydwoma narodami, Polacy starają się korzystać także z pomocy ukraińskich przyjaciół i przyjmować to, czym oni chcą się dzielić.
W 2000 r. przedstawicielom ukraińskich i polskich mariampolan przyznano Nagrodę Pojednania Polsko-Ukraińskiego, nadawaną przez kapitułę polsko-ukraińską, w skład której wchodził m.in. Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, abp. Jan Martyniak i kard. Henryk Gulbinowicz, za działalność na rzecz pojednania obydwu narodów. Wręczył im ją podczas pielgrzymki na Ukrainę w 2001 r. we Lwowie Jan Paweł II.
Z czasem starsi odchodzą, ale do wyjazdów dołączają młodsi, jak syn Andrzeja Tanowskiego, Krzysztof, który także zapragnął poznać rodzinne strony swoich przodków. Coraz częściej analizują koligacje rodzinne. Okazuje się, że wielu Polaków z Mariampola miało za babcię Ukrainkę, a Ukraińców – Polkę.
– Naszym celem jest kształtowanie nowego pokolenia – mówi Andrzej Tarnowski. – Uczymy pozytywnych zachowań i Polaków, i Ukraińców: tego, że można wspólnie wyjść na kawę czy spacer, porozmawiać, pomóc sobie w potrzebie. Robimy to, tak jak wielu innych ludzi w różnych miejscach Ukrainy, przez działania oddolne. A efekty są coraz bardziej widoczne.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki