Logo Przewdonik Katolicki

Dwa oblicza Kima

Jacek Borkowicz
Kim fot. Inter Korean Press CorpNurPhoto Getty Image

Miesiąc po ociepleniu stosunków między obiema Koreami okazało się, że wyczekiwane spotkanie Kim Dzong Una z Donaldem Trumpem nie odbędzie się. Satrapa z Pjongjangu co prawda przestał grozić, ale nadal gra na nosie przywódcy USA.

Spotkanie w Singapurze, zapowiedziane już na 12 czerwca, stało pod znakiem zapytania, odkąd Trump twardo oświadczył, że nie będzie negocjował bez spełnienia przez Koreę Północną warunków wstępnych. Chodziło o zapowiedź rozbrojenia nuklearnego, którą Kim Dzong Un złożył w kwietniu, zaskakując tym świat. Niewiele wcześniej – sądząc z retoryki przywódców Korei Północnej i Stanów Zjednoczonych – wydawało się przecież, że oba kraje stanęły na krawędzi wojny nuklearnej. Pjongjang jednak w końcu „ustąpił”, a przynajmniej tak wydawało się ekipie w Waszyngtonie. Trump, biorąc za dobrą monetę pokojowe zapewnienia Kima, zgodził się na spotkanie, warunkując je jednak wykonaniem przez Koreę pewnych wstępnych kroków, dowodzących serio jej zamiaru pozbycia się nuklearnego arsenału. Ponieważ, jak dotąd, Korea takich kroków nie wykonała – a przeciwnie, niektóre jej gesty świadczą o możliwości szybkiego powrotu do zimnowojennego kursu – prezydent USA zagroził zerwaniem spotkania.
Tutaj właśnie leży sedno nieporozumienia, gdyż obie strony pod hasłem „rozmowy pokojowe” rozumieją coś zupełnie innego. Przywódca Stanów Zjednoczonych zapewne wyobraża sobie, że singapurskie spotkanie winno przynieść przełom w polityce Korei Północnej, która – zdenuklearyzowana i otwarta na świat – przestanie zagrażać sąsiadom. W zamian za to, być może, USA pozwolą na zjednoczenie obu części kraju, zaś prezydent Trump zakończy kadencję w glorii globalnego pacyfikatora. I wszyscy odetchną.
Z punktu widzenia Kim Dzong Una taki bieg wypadków nie wchodzi w grę. On chciał udać się do Singapuru nie jako otwarty na kompromis partner, lecz jako przywódca atomowego imperium, jakim ogłosił swój kraj w ubiegłym roku. Propaganda reżimu głosi teraz, że polityka werbalnej agresji, jaką do niedawna stosował wobec USA przywódca północnej Korei, jest wyrazem siły tego państwa, zaś zgoda Trumpa na spotkanie była w istocie jego kapitulacją. Zaskakujące ruchy Kima, które na użytek zewnętrzny opakowane są w pokojową retorykę denuklearyzacji, w samej Korei tłumaczone są jego przewagą nad USA, dzięki której może on przystąpić do negocjacji, ale z pozycji silniejszego gracza. I taką też podwójną grę Kim będzie prowadzić nadal – czy to się Trumpowi podoba, czy nie.
 
Długi uścisk dłoni
O spotkaniu obu koreańskich przywódców już teraz opowiada się anegdoty. 27 kwietnia w Panmundżonie, strefie zdemilitaryzowanej na granicy Północy i Południa, Kim Dzong Un uścisnął dłoń prezydenta Mun Dze Ina. Stało się to nad linią odgraniczającą oba państwa, które od 68 lat znajdują się formalnie w stanie wojny. Uścisk trwał długo, prawie pół minuty. Gdy Mun Dze In zapytał „kolegę po fachu”, kiedy będzie mógł odwiedzić jego kraj, ten, cały w skowronkach, odparł: „Kiedy? Natychmiast!”. I pociągnął prezydenta za rękę, do siebie. Mun Dze In tego dnia faktycznie przebywał więc w Korei Północnej, czego zupełnie nie przewidywał protokół spotkania. „Już cię nie będę budził rano moimi rakietami” – żartował Kim. Obaj przywódcy wiele tego dnia mówili o historycznym, wręcz światowym zwrocie w kierunku pokoju, jaki zapoczątkuje ich wspólny gest. Co on jednak naprawdę przyniesie, zależy wyłącznie od Kima.
Po zjednoczeniu Wietnamu w południowo-wschodniej Azji pozostały dwa kraje, które podzieliła zimna wojna: Chiny i Korea. Lecz między relacjami łączącymi Pekin z tajwańskim Tajpej a Pjongjang z Seulem leży ogromna różnica. Tajwański rząd zawsze zachowywał się tak, jakby lada chwila krążowniki z tej niewielkiej wyspy miały dokonać desantu na kontynentalne Chiny. Z kolei Seul wobec agresywnego sąsiada z Północy zachowuje się według modelu „przepraszam, że żyję”. Kolejne południowokoreańskie rządy, utrzymywane z poparciem USA, cieszyły się, że Północ, mimo gróźb, nie dokonała na nich najazdu. Więcej od Północy nie wymagano. Przeciwnie, rząd w Seulu wielokrotnie przesyłał Pjongjangowi (przypomnę: państwu, z którym jest w stanie wojny) pomoc materialną, określaną lukrowanym terminem „słonecznej polityki”. Dziedzicem tego kursu jest również  Mun Dze In. On z pewnością przed zapowiedzianymi na koniec maja koreańsko-koreańskimi rozmowami pokojowymi nie postawi Kimowi żadnych warunków wstępnych. Co w praktyce będzie oznaczać, że z rozmów tych Kim wyjdzie z tym, co chce. A już na pewno wykorzysta fakt bliskich kontaktów z prezydentem Południa, by pokazać Trumpowi: widzisz, i bez twojego udziału możemy zaprowadzić pokój w Azji!
 
Wnuczek wciela się w dziadka
Kim Dzong Un jest synem Kim Dzong Ila, a wnukiem Kim Ir Sena, założyciela komunistycznej Korei. Pod rządami dynastii Kimów państwo to stało się reżimem na skalę światową, w którym represjonuje się ludzi na milionową skalę. Jednak zbrodnie, jakich na własnym narodzie dokonał Kim Ir Sen, zostały już zapomniane, ubóstwionemu przez partię przywódcy pamięta się natomiast, że „stworzył system powszechnej szczęśliwości”. Co innego Kim Dzong Il, któremu początek rządów przypadł na lata wielkiego głodu (1995–1999), jaki pochłonął 2,5 mln ofiar, czyli co dziesiątego obywatela Północy. Pamięć tych okropności nadal żyje w narodzie, który choć nie piśnie słowa krytyki, dobrej pamięci o zmarłym w 2011 r. Kim Dzong Ilu chyba specjalnie nie pielęgnuje.
Wykorzystuje to Kim Dzong Un, dyskretnie dystansując się od kultu ojca, chętnie za to strojąc się w blask legendy dziadka, do którego zrobił się podobny nawet uczesaniem. A ludziom, którzy kilkanaście lat temu jedli trawę, wystarczy, że dziś nie głodują. Wnuczek poluzował też trochę obcęgi terroru. W 2014 r. zamknął Jodok, najstraszniejszy chyba z obozów koncentracyjnych Północy. Inne obozy nadal jednak działają. I można do nich trafić chociażby za nieumyślne stłuczenie porcelanowego posążka Kim Ir Sena lub położenie na podłodze partyjnej gazety.
Elementem tej sprytnie aranżowanej legendy jest właśnie ostatnia „pokojowa inicjatywa” Kim Dzong Una. Totalitarna propaganda tłumaczy ludziom, że jest to efekt uznania przez świat imperialnego statusu Północnej Korei. Zaś na zewnątrz, na użytek światowych mediów, nazywa się to otwarciem. W rzeczywistości Kim, potrzebując międzynarodowego wsparcia dla upadającej krajowej ekonomiki, chce je uzyskać za możliwie minimalną cenę. W sytuacji permanentnego prania mózgów, jakiemu podlegają Koreańczycy z Północy, oraz iluzji „obłaskawiania bestii”, jakimi żywi się świat Zachodu, taka oszukańcza gra może trwać jeszcze długo.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki