Ładna, zdecydowana kobieta, wykształcona, z zamożnej rodziny, córka słynnego profesora ma wielkie możliwości. Hanna Chrzanowska tak właśnie uważała – postanowiła je zrealizować, zostając pielęgniarką.
Decyzja na życie
Pielęgniarstwo jako pomysł na życie zamożnej panny u początków XX w. mogło dziwić, jednak w rodzinie przyjęto ją ze zrozumieniem. Hanna weszła na przetartą drogę: już wcześniej mocne kobiety z charakterem i intelektem rozpoznały swe miejsce w tym powołaniu i zawodzie. Jedną z nich była pochodząca z bogatej i arystokratycznej rodziny Florence Nightingale (1820–1910), która wywołała prawdziwe oburzenie otoczenia wyborem zajęcia. Pielęgniarstwo było domeną sióstr zakonnych, a jeśli ich brakowało do opieki nad chorymi i rannymi przyjmowano byłe więźniarki i bezdomne kobiety z ulicy, także prostytutki. Tymczasem elegancka i dystyngowana panna Florence Nightingale zaczęła pracować jako pielęgniarka, tworzyć fachowe zasady zawodu, z czasem otworzyła w Londynie pierwszą szkołę dla pielęgniarek, zadbała o ich styl pracy i życia, a wraz z nimi zmieniała stan szpitali; regularnie odwiedza też chorych w domach, także nocą. Pod wielkim wrażeniem tej słynnej „Damy z lampą” była ciotka Hanny Chrzanowskiej, Zofia Szlenkier, która ukończyła Szkołę Pielęgniarstwa prowadzoną przez Nightingale i postanowiła przenieść jej ducha do Polski. Założyła Warszawską Szkołę Pielęgniarstwa, a odziedziczony majątek przeznaczyła na założenie nowoczesnego szpitala pediatrycznego. Hanna jako mała dziewczynka poznała ten szpital i mimo uciążliwej choroby zachwyciła się atmosferą miejsca i pracy. Inspirujący przykład ciotki i urok pielęgniarek wpłynęły na całe jej życie.
Beethoven i kryminały
Hanna rozpoczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak bardziej atrakcyjne okazały się kursy pielęgniarskie i praca w Klinice Chirurgicznej w Krakowie. W latach 1922–1924 uczyła się w Warszawskiej Szkole Pielęgniarstwa, wyjechała na stypendium do Paryża, potem do Belgii. Wróciła do Polski i pracowała, starając się też przekazywać wiedzę. Aż do wojny była redaktorką naczelną czasopisma „Pielęgniarka Polska”. W czasie wojennym angażowała się w konspiracji. Zofia Nałkowska i Pola Gojawiczyńska zapamiętały, jak ratowała je, wywożąc z Warszawy. Pracowała w noclegowniach, domach dziecka oraz z więźniami, ukrywała żydowskie dzieci. Po wojnie zaczęła wykładać pielęgniarstwo, ale dalej kształciła siebie. Nie miała poczucia, że wszystko już wie.
Budziła podziw i zainteresowanie. Dystyngowana, doskonale ubrana, mówiąca piękną polszczyzną, pasowała raczej do salonów i auli uniwersyteckich, jednak o pielęgniarstwie mówiła jak o pasji swego życia. Wymagała od swych uczennic solidnej, uważnej, fachowej pracy i ofiarnej czułości dla chorego, jednocześnie domagała się, by pamiętały o swym odpoczynku, rekolekcjach, dbaniu o zdrowie. Dbała o status zawodu pielęgniarki, domagała się od swych uczennic staranności ubioru oraz szacunku lekarzy wobec pielęgniarek. Bywała w teatrach, na koncertach, lubiła Beethovena, oglądała kryminały, czytała książki. Coraz większe znaczenie miała dla niej kwestia wiary.
Droga do wiary
Matka Hanny pochodziła z rodziny zamożnych przemysłowców – Szlenkierowie byli szanowani jako pracodawcy, dbający o robotników i ich rodziny. Hanna wyniosła z domu zainteresowanie ludźmi i pomoc biednym, nie zabrała z niego jednak wiary. Szlenkierowie byli wyznania luterańskiego, lecz córka wspominała raczej smutny ateizm matki. Szanowała poświęcenie ciotki dla chorych dzieci i jej macierzyńskie serce, jednak zauważała również brak jej radości, pracę w duchu raczej zobowiązania. Ojciec, prof. Ignacy Chrzanowski, z wychowania katolik, powoli odnajdywał swą drogę do Kościoła. Podobnie ona sama zbliżała się do coraz ściślejszej relacji z Bogiem. Do wiary doprowadziła ją praktyka pielęgniarska nad chorymi. Przywiązywała wielką wagę do duchowej formacji swych uczennic, chciała, by pracę widziały jako powołanie dane od Boga. Odnalazła się w duchowości benedyktyńskiej, została oblatką. Codzienna Msza św. i rozważanie Ewangelii niosły jej dzień, bardzo ceniła liturgię. W opactwie tynieckim zyskała swą duchową przystań. Jej religijność nie podobała się władzom, stąd przestała być wicedyrektorką szkoły pielęgniarskiej w 1957 r. Potem była dyrektorką Szkoły Neuropsychiatrycznej pod Krakowem, jednak gdy zorganizowała pielgrzymkę pielęgniarek na Jasną Górę, usunięto ją ze stanowiska.
W domu chorego
Z czasem Hanna odkryła swoją ścieżkę powołania. Po utracie stanowiska była na wcześniejszej emeryturze, wciąż czynna jako wolontariuszka. Odkryła na nowo pielęgniarstwo domowe, odwiedzanie przewlekle chorych w domach, w stanie nierzadko strasznego zaniedbania. Całe jej doświadczenie okazało się przydatne; niekiedy sytuacja była dramatyczna, można było jedynie zmniejszać cierpienie i ułatwiać funkcjonowanie chorego. Chorzy z odleżynami, z niegojącymi się ranami, po amputacjach, nieprawdopodobnie brudne łóżka, pchły, wszy. Niektórzy żyli samotnie, odwiedzani z rzadka przez rodzinę i sąsiadów, inni w rodzinie bezradnej w opiece nad uciążliwym chorym.
Chrzanowska nie gorszyła się sytuacją, nie wygłaszała morałów, nie pochylała się nad chorym ze łzą w oku. Doskonale zorganizowana przychodziła, by działać i poprawiać, na ile się da, sytuację. Wysłuchiwała, zmieniała opatrunki, robiła zastrzyki, wykonywała wszelkie posługi pielęgniarskie i higieniczne. Mimo swojej pozycji i wykształcenia umiała zniżyć się do tych prostych zajęć i znajdowała w tym radość. „Tyle lat byłam instruktorką, dyrektorką, kierowałam, rządziłam, egzaminowałam. A teraz dorwę się do chorych. Będę ich myć, szorować, o tak… otrząsać z nich pchły”.
Myślała, jak ułatwić chorym życie – organizowała podpórkę pod głowę bezwładnej kobiety oraz rurkę w szklance wody, by mogła pić, gdy jest sama. Kupowała leki – jeśli trzeba, za własne pieniądze, modliła się, chętnym sprowadzała lekarza lub księdza. Słuchała i cieszyła się wspomnieniami kalek, chorej na raka kobiecie zalecała zadbać o siebie i nieco się umalować, miała tę samą cierpliwość do analfabetki oraz arystokratki, rozmawiającej po francusku. Do każdego chorego przychodziła ubrana elegancko, w sposób stonowany. Po jej wyjściu było zdrowiej, lepiej, czyściej, widniej, łatwiej, milej.
Zrobić, co się da
Usiłowała przekonać proboszczów do tworzenia stałej opieki pielęgniarskiej w parafiach, hospicjum domowego, opieki terminalnej. Wyjaśniała, że „do chorego nieumytego,
nienakarmionego, słowo Boże dociera z trudem albo nie dociera wcale”. Przekonywała księży twierdzących, że leżących chorych w ich parafii nie ma. Pierwsze sukcesy osiągnęła dzięki zrozumieniu kard. Karola Wojtyły. W Wielkim Tygodniu zawiozła go osobiście do ponad 30 obłożnie chorych.
Porównywano ją do Matki Teresy z Kalkuty. Jednak Chrzanowska nie tworzyła zgromadzenia ani domów opieki – marzyła o tym, by w każdej parafii znalazły się osoby odwiedzające chorych. Zgadzała się być gościem w domu chorego, z poszanowaniem jego intymności, zwyczajów. Było to trudne – w szpitalu łatwiej, wyznaczyć dyżury, dbać o stały porządek i regulamin. W opiece domowej trzeba podporządkować się pokornie zastanej sytuacji nieidealnej i zrobić, co się da. Nie obiecywała cudów ani nie żądała ideału, ale naprawiała wszystko, co mogła.
Najbardziej wzruszającym dla świadków rysem jej świętości była jej radość z uczestniczenia w Bożym dziele miłosierdzia. Nie przeżywała ani ciemności w wierze jak Matka Teresa, ani nie wykonywała swojej pracy z obowiązku jak jej ciotka Szlenkier. Uważała się za osobę szczęśliwą w swojej pracy.
Zmarła na raka 29 kwietnia 1973 r., w drugą niedzielę wielkanocną, dziś określaną jako Niedziela Bożego Miłosierdzia. Pogrzeb prowadził kard. Karol Wojtyła. Przeczytał jej list do pielęgniarek. Nad trumną zaśpiewał Magnificat.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









