Aby byli jedno?

I znów Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, i raz jeszcze wybrzmi mocno to pragnienie Zbawiciela, „aby byli jedno” (J 17, 21–23) – znane od wieków, tak często powtarzane. Czy to życzenie jest w ogóle możliwe do zrealizowania? Jezus uważał, że to jeden z warunków, by świat rzeczywiście uwierzył.
Czyta się kilka minut
fot. Yvan Cohen/LightRocket/Getty Images
fot. Yvan Cohen/LightRocket/Getty Images

Marzenie o istnieniu wspólnoty pełnej, świętej, doskonale zjednoczonej wydaje się zrozumiałe. Historia chrześcijaństwa ukazuje wiele prób tworzenia communitas perfecta, zarówno w katolicyzmie, jak i świecie protestanckim.

Jednak nawet w obecności Jezusa istniały wśród uczniów rozbieżności i nieporozumienia. Apostołowie różnili się pochodzeniem, doświadczeniem i wykształceniem. Obok pobożnych, uważani za prostaków Galilejczycy, kolaborant współpracujący z zaborcą, a także zelota, zwolennik walki zbrojnej z okupantem. A jednak trzymali się razem, wspierali i wspólnie wyznawali wiarę w Chrystusa Zbawiciela.

Dzieje Apostolskie ujawniają burzliwe realia pierwotnego Kościoła, gwałtowne spory a jednocześnie pragnienie zachowania jedności – bo Mistrz tak chce. Apostołowie i uczniowie nauczali w rozmaitych środowiskach. Wiarę wyrażano w podobny, choć nieco odmienny sposób, starając się zachować to, co najważniejsze i wspólne. Wyznanie wiary, tworzenie wspólnych orzeczeń i formuł, utrzymywanie kontaktów i okazywanie wzajemnego szacunku sprzyjało jedności, wyrażanej jednak na różny sposób. Można mówić o jedności, nie o jednolitości. Nie bez powodu mamy cztery redakcje Ewangelii, nie jedną.

Do czego dąży ekumenizm?

Chyba zbyt często rozumie się ekumenizm jako pewną formę irenizmu chrześcijańskiego – dążenie do zniesienia różnic i osiągnięcia jedności poprzez ustępstwa zarówno liturgiczne, jak i doktrynalne, unikanie wszystkiego, co dzieli, niwelowanie różnic, co nierzadko kończy się minimalizmem. Jednak nie taką wizję przedstawia Dekret o ekumenizmie Soboru Watykańskiego II. Także w środowisku protestanckim – mimo starań – nie udały się próby „jednoczenia” różnych wyznań wywodzących się z reformacji. Trudno uznać je za udane, jako że zazwyczaj po powstaniu unii dwu wyznań protestanckich nie przystępowały do niej nurty tradycyjne, nie włączające się do nowej, ich zdaniem, wspólnoty religijnej.

Jednak termin ekumenizm w swym źródłosłowie nie odnosi się do ujednolicania czy upraszczania. Nawiązuje do pojęcia oikouménē, pochodzącego od oikos – domostwo. W czasach Cesarstwa Rzymskiego jako oikouménē określano wspólnie zamieszkaną przestrzeń – z wspólnym ładem prawnym, bezpieczeństwem dróg, poszanowaniem obowiązujących praw, języka, kultury, jednak z uznaniem istniejących regionalnych czy lokalnych tradycji, zwyczajów, odmienności. Trudno mówić tu o idealnej harmonii, raczej o pax romana; to stan mocno niedoskonały, ale uznawany i powszechnie szanowany, nawet jeśli dochodziło do utarczek i nadużyć.

Łatwiej dzielić, niż jednoczyć

Podział chrześcijaństwa nie nastąpił w jednej chwili ani z jednego powodu, kolejne następowały z wielu przyczyn, nie tylko religijnych, ale także społecznych, gospodarczych, politycznych. Inne postrzeganie Tradycji, odmienna kultura i odrębność języka nie ułatwiały porozumienia chrześcijan zachodnich i wschodnich, którzy z czasem mieli coraz słabszy kontakt intelektualny i duchowy. Reformacja na Zachodzie miała wiele przyczyn, a środowiska protestanckie, powołując się na zasady sola fide, sola gratia, sola Scriptura, rozmaicie je interpretowały, co sprzyjało tworzeniu się nowych wspólnot, mocno eksponujących różnice. Nie udały się próby harmonizowania nauki reformatorów, poczynając od Lutra i Zwingliego, a rosnące różnice religijne nabierały coraz bardziej wymiaru politycznego i społecznego.

W czasie napięć i sporów trudniej jest słuchać i jeszcze trudniej uczyć się od siebie, o wiele szybciej da się wyeksponować różnice i na nich się koncentrować; często się wzajemnie wyśmiewano i oskarżano o brak wiary czy złe obyczaje. Odmienność w wykładzie wiary, wierność swej tożsamości, zapał i zaangażowanie niekiedy szły w parze z odrazą do wszystkiego co inne, z brakiem cierpliwości do innych i niechęcią do różnorodności. A jednak w niektórych krainach sąsiedztwo wspólnot różnych wyznań było oczywiste i tolerowano różnice, zauważano podobieństwa; a więc cechy dzielące, ale i wspólne.

Pilna potrzeba porozumienia chrześcijańskiego szybko i bardzo mocno widoczna była na misjach. Nawracani Afrykanie czy Azjaci ze zgorszeniem patrzyli na podziały i spory misjonarzy; a niekiedy starożytne wspólnoty chrześcijańskie na Wschodzie dzieliły się pod wpływem kolejnych misji. Środowiska agnostyczne i ateistyczne również wyrażały swą niechęć i pogardę wobec podzielonego i skłóconego chrześcijaństwa. Modlitwa Jezusa o jedność, „by świat uwierzył” ponownie okazała się prorocza.

Doświadczenia europejskie

Podział chrześcijaństwa stawał się jeszcze dotkliwszy, gdy sprawy religijne łączono ściśle z władzą państwową; nawet po setkach lat widać skutki wojen międzywyznaniowych w Europie. W krajach niemieckich wprowadzono zasadę cuius regio, eius religio, a rządzący mianowali się także władcami sumień swych poddanych.

W skomplikowanej sytuacji politycznej Szwecji Gustaw Waza, pragnąc spłacić długi, dokonał radykalnych zmian: konfiskował majątki kościelne, został luteraninem i głową Kościoła Szwecji. Zakazano katolickich nabożeństw pod surowymi karami. Mimo oporu i powstań Szwecja stała się krajem luterańskim. Dopiero w 1977 roku pozwolono katolikom na założenie pierwszego klasztoru. Do 2000 roku luteranizm był w Szwecji oficjalnie wyznaniem państwowym. Zabrakło tu oikouménē, wspólnego mieszkania ludzi różnych wyznań na jednym terenie, zgody na różnorodność i wolność sumienia – fundamentu chrześcijaństwa.

Zbyt intensywne próby połączenia różnych wyznań w jedno również nie przyniosły spodziewanych owoców. W 300-letnią rocznicę reformacji władca Prus Fryderyk Wilhelm III ogłosił 27 września 1817 roku unię między luteranami a reformowanymi, z woli władcy powstał Kościół Ewangelicko-Unijny. Władca pruski, posiadając zgodnie z tradycją protestancką tytuł summus episcopus, podjął tę decyzję głównie ze względów politycznych i dynastycznych, ale także religijnych. Sam król doświadczył konsekwencji różnicy wyznania w swym małżeństwie. Mimo że poprzedzono tę decyzję intensywnymi przygotowaniami, luteranie i reformowani dalej zachowali swoją własną liturgię i zwyczaje, a nowy porządek przyjęto tylko w niektórych miejscach. Wtedy monarcha wprowadził nową liturgię ponadwyznaniową i wezwał do jedności. Skończyło się suspendowaniem pastorów, uwięzieniem niechętnych i (lub) przymusową emigracją. Podział chrześcijaństwa był nieszczęściem, narzucone odgórnie próby jednoczenia okazały się dramatyczne.

Inaczej było na ziemiach polskich. Do czasu rozbiorów na wielu terenach mieszkali przedstawiciele nie tylko kilku wyznań, ale i paru religii, niekiedy nawet w tym samym mieście. Sąsiedztwo to nie było idealne, jednak w różnych dzielnicach czy miejscowościach na jednym obszarze mogli mieszkać na ziemiach polskich katolicy rzymscy i wschodni różnych obrządków, luteranie, reformowani, Żydzi, muzułmanie; zdarzało się, że z Niemiec uciekali do Polski protestanci – anabaptyści, np. menonici, znajdując tu wolność religijną do czasu zaborów. Ta nieidealna i niekiedy zagrożona wolność religijna istniała na ziemiach polskich dzięki Zygmuntowi II Augustowi, który – jak powtarzano – zachęcany do konwersji na protestantyzm i nakazania zmiany wyznania swym poddanym odpowiedział, że każdy ma decydować sam, ponieważ on nie jest królem sumień.

Oczywiście sytuacja wielokulturowej Polski bywała trudna. Jednak mimo utarczek przedstawicieli różnych wyznań, niekiedy niechętnej atmosfery czy gwałtownych zamieszek na tle wyznaniowym, które wspomina się w historii ze wstydem i niepokojem, nie karano śmiercią za zmianę wyznania, a w polskim senacie zasiadali senatorzy katoliccy, reformowani i prawosławni. Polityka zaborców, narzucająca swe wyznanie jako urzędowe, zmieniła dawne tradycje – wyznanie zaczęto o wiele silniej łączyć z narodowością niż kiedykolwiek.

Katolickie konteksty ekumeniczne

Jezus uważał, że jedność uczniów to warunek, by świat uwierzył, „żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś”. Jak dążyć do jedności, zachowując to, co najważniejsze, najcenniejsze dla wiary? Jak odróżnić to, co fundamentalne, a co może stanowić uprawnioną różnorodność?

Niektórzy mówią o potrzebie ekumenizmu już wewnątrz samego katolicyzmu. Katolicy mają pewne doświadczenie w kontekście zróżnicowania swych tradycji – już między zakonami katolickimi widoczne są spore różnice w duchowości, toczyły się między nimi niemałe spory, niekiedy potężne kłótnie, a jednak wiemy, że do tradycji katolickiej należą różne wspólnoty zakonne i Kościół uznaje je za swe bogactwo. Napięcia różnorodności katolickiej zauważalne są także we współczesnych stowarzyszeniach i ruchach, zdarzają się dyskusje, czy lepszym lekarstwem na problemy świata jest Neokatechumenat, Opus Dei czy Rodzina rodzin, czy może koła różańcowe? Wzajemne uznanie różnorodności bywa nieproste już w samym katolicyzmie.

Pojęcie oikouménē odnieść można również do sytuacji sąsiedztwa oraz bliższej i dalszej rodziny. Nie zawsze mieszkamy z przyjaciółmi, nie zawsze w rodzinie widoczna jest jedność poglądów. Spotkania, rozmowy, wspólne działania nie wyrażają całkowitej jedności. Oczywiście można spędzić wspólne święta, wyliczając nieporozumienia i wytykając sobie nawzajem porażki. Alternatywą nie musi być udawanie, że nigdy nic się nie stało, ani obsypywanie się komplementami.

Lepiej będzie, gdy sąsiedzi umieją rozmawiać, nawet niedoskonale współdziałać, doceniać swe zalety, jednocześnie zachowując swoje zwyczaje, upodobania i granice. Zdarza się również, że zachowując przyjazne stosunki, dostrzegą przez ów płot lub w trakcie jakiejś wizyty coś ciekawego, co mogą sami zastosować, a może tylko zobaczyć, że można żyć nieco inaczej lub zupełnie inaczej. Albo zachować własne zwyczaje, jednocześnie okazując wzajemny szacunek i cierpliwość – po prostu pokój niedoskonałej oikouménē, „aby byli jedno”, na ile się aktualnie da.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 3/2026