Logo Przewdonik Katolicki

Żyłam z etykietą: ofiara

Magdalena Guziak-Nowak
Fot. Alex Boyd Unsplash

– Mój mózg mnie oszukał. Wmówił poczucie winy i to, że składam się tylko z biustu i pupy. Dziś umiem powiedzieć, że zostałam wykorzystana i że sprawcy przemocy rozpoznawali mnie z daleka – mówi Anka.

W ostatnim czasie miliony kobiet z całego świata przyznały, że padły ofiarami wykorzystywania seksualnego. Zwierzenia w mediach społecznościowych w ramach spontanicznej akcji #jateż były ich odpowiedzią na skandal molestowania seksualnego w Hollywood. Internetowa inicjatywa pokazała niespotykaną na tę skalę solidarność kobiet, ale również przerażającą powszechność przemocy seksualnej.
Poruszamy ten problem, by dać kobietom odwagę do mówienia o doznanej krzywdzie – i nie chodzi o poparcie tej konkretnej akcji, ale wsparcie dla tych, które wciąż boją się mówić, że naruszenie ich granic jest złem, na które nie wyrażają zgody. I choć może mieć ono wiele odcieni – od sytuacji drobnych po historie naprawdę dramatyczne – nigdy nie wolno go akceptować.

 


Cieszy się, że jeszcze przez kilka dni może mówić, że ma 39 lat. Koleżanki z pracy obiecały jej na urodziny domowe drożdżówki, żeby okrągła rocznica wydała się jej mniej przerażająca. Jednak gdy opowiada swoją historię, czterdziestka pojawia się już w pierwszym zdaniu, jak niechciany powód do dumy, bo tak długo żyje z poczuciem krzywdy. I choć nauczyła się ją nazywać dopiero niedawno, wie, że ta historia śledziła ją przez całe życie. „Byłam molestowana jako dziecko i ciągnie się to za mną przez 40 lat” – tak brzmi jej pierwsze zdanie.
Dziś Anka jest już po terapii. Opowiada o sobie, precyzyjnie nazywając psychologiczne mechanizmy. Mówi na przykład, że oszukał ją jej własny mózg, wmawiając nieuzasadnione poczucie winy. – Napisz o mnie, zrób z tego story – prosi. – To, że mogę ci o sobie powiedzieć, to dla mnie znak z góry i nadzieja, że przeczytają to inne kobiety. A potem zawalczą o siebie.
 
„Widocznie takie jest życie…”
Zaczęło się od przykrego wydarzenia w czasach przedszkolnych, które zapoczątkowało towarzyszącą jej odtąd mieszankę wstydu, poczucia brudu, bezwartościowości. Ponieważ nie nazwała i nie przepracowała doznanej krzywdy, pomyślała, że tak po prostu jest. – Wydawało mi się, że przemoc jest normalna, że sorry, ale tak się zdarza – mówi Anka. Tak wpadła w nawykowe bycie ofiarą. Wmówiła sobie, że powtarzająca się krzywda to część życia. – To taki schemat: kiedy dzieje się źle i zaraz po doznaniu krzywdy wybuchasz śmiechem, obracasz wszystko w żart, bronisz się przed byciem ofiarą poprzez negację i obśmianie. Dopiero po czasie zauważasz, że to nie było OK, że ktoś cię bardzo zranił. I dusza ci wyje, że nawet nie powiedziałaś „nie” – wyznaje.
Anka czuła, że nie chce być z tym wszystkim sama – ale była. Wprawdzie szukała wsparcia u dwóch osób, ale przyjaciółka uważała, że kłamie, a druga osoba uznała, że skoro pewnego razu wróciła z kolegą z kina o 22.15, to sama prosiła się o „takie sytuacje”. To ją zablokowało na bardzo długo. W efekcie z rodzicami porozmawiała dopiero po latach.
Równocześnie zaczęły się kolejne kłopoty. – Miałam w swojej postawie, sposobie bycia, ubiorze coś takiego, co sprawiało, że znowu stawałam się ofiarą. Nikogo nie prowokowałam, ale to było jak dziwna, niewidzialna etykieta. Zrozumiałam ten mechanizm, gdy moja mama, która była kuratorem sądowym, opowiadała mi kiedyś, jak działają gwałciciele. Pewien przestępca opowiadał, że z daleka rozpoznawał kobiety, do których mógł podejść. Patrzył na ich ruchy ciała, ubranie i wiedział, która jest wyobcowana z grupy, samotna, przestraszona, którą może napaść, a ona nawet nie krzyknie i nie spróbuje się bronić – opowiada Anka.
Ona też była rozpoznawana z daleka. Gdy miała 18 lat, poszła na imprezę. Chłopak, w którym się kochała, przyszedł na nią z inną. Upiła się z rozpaczy i poszła spać. Obudziła się naga w jednym łóżku z obcym chłopakiem, który próbował ją wykorzystać. Innym razem, gdy miała 30 lat, nocowała z przyjaciółmi w wieloosobowym pokoju w hostelu. Przebudziła się nad ranem, gdy obcy facet próbował się do niej dobierać. Zaczęła krzyczeć, znajomi wezwali policję. Dopiero gdy zobaczyła mężczyznę skutego w kajdanki, nauczyła się, że tak nie wolno, że tak się nie robi. – Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale jak już mówiłam, ja nie wiedziałam, że krzywda to krzywda. A krzywda nienazwana i ta, z którą ze wstydu na długie lata zostałaś sama, pustoszy ci psychikę przez lata – mówi o sobie, ale trochę z boku, jak dobry psycholog.
 
Cztery lata terapii
W końcu Anka rozpoczęła czteroletnią terapię. W pierwszym roku co miesiąc opowiadała terapeucie, że ktoś ją wulgarnie zaczepiał, dwuznacznie się gapił, próbował obmacywać. – A teraz? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz taka sytuacja miała miejsce. Tego typu epizody minęły jak ręką odjął, gdy skończyłam terapię. Wzmocniłam się i nauczyłam reagować na chore sytuacje. Było to dla mnie bardzo trudne, bo przecież przez lata stałam, patrzyłam i nie robiłam nic, nie broniłam się – mówi kobieta. – To niezwykłe, że mózg potrafi zrobić takiego psikusa: wmówić poczucie winy, obrócić całą sytuację w żart, nawet potraktować wulgarne odzywki jako komplementy, aż w końcu patrzysz w lustro i widzisz przed sobą nie człowieka, ale obiekt seksualny – analizuje Anka i kontynuuje: – Przed terapią czułam, jakbym się składała tylko z biustu i pupy, a pomiędzy nimi była ogromna pustka. Dziś gdy patrzę w lustro, czuję w sobie wielką siłę.
 
Solidarność kobiet
Niedawno Anka dołączyła do milionów kobiet na całym świecie, które napisały na Facebooku #jateż, #metoo, solidaryzując się w ten sposób z hollywoodzkimi aktorkami, które przyznały, że były molestowane seksualnie przez znanego filmowego półboga, producenta m.in. Władca pierścieni Harveya Weinsteina. Z dnia na dzień, zupełnie spontanicznie media społecznościowe stały się narzędziem, pokazującym ogromną skalę problemu, jakim jest wykorzystywanie seksualne. Obudziły świadomość, że krzywdą jest nie tylko gwałt w ciemnej ulicy, ale również obraźliwe docinki, wulgarne niby-dowcipy, erotyczne podteksty ze strony sąsiadów, kolegów z pracy, współpasażerów w tramwaju czy pociągu, ale i ze strony obcych ludzi – a i na takie my, kobiety jesteśmy narażone. Dziewczyny z całego świata pisały o spotkaniach z ekshibicjonistami, przemocy seksualnej w miejscach pracy, ale też w domowych zaciszach. Anka też napisała – jedno zdanie. Wie, że dla wielu osób jej post z Facebooka to nic nie znaczący gest, który zginął w tłumie. Dla niej jednak był to jeden z przełomów, bo dała radę powiedzieć: „To jest krzywda, której mówię nie”.
– Ta akcja pokazuje, jak bardzo młoda dziewczyna lub kobieta może czuć się samotna i opuszczona i w konsekwencji zgadzać się na bycie wykorzystaną, no bo przecież to jej wina: była pijana, sama się prosiła, była bezwartościowa i nie zasługująca na miłość. Uświadamia też, że czasem jesteśmy zupełnie bezradne, otumanione. Napisz, proszę, że podczas tej imprezy wróciłam do łóżka obcego chłopaka. To dla mnie najbardziej przerażające, ale też najbardziej wymowne. Wiem, że to może brzmieć jak usprawiedliwienie, ale ja wtedy naprawdę nie wiedziałam, że można inaczej – przyznaje prawie 40-latka.
Ale na szczęście można inaczej i Anka chce tego nauczyć swoją córkę, młodą dorosłą. Nigdy nie opowiadała jej o swoich traumach, ale to one wyznaczyły jej wychowawczy priorytet – zaszczepić własne dziecko, pokazać granice i dać pewność, że do niej może przyjść zawsze. Od niej nigdy nie usłyszy: „A może to twoja wina…?”
 
Imię bohaterki tekstu zostało zmienione.

 




Masz prawo powiedzieć „nie”
 
Beata Babicz – pedagog resocjalizacyjna z profilaktyką społeczną, wychowawca w domu dziecka
– Świadomość, że nie tylko mnie przytrafiło się coś przykrego, dała kobietom odwagę do mówienia i reagowania. Lawina kobiecych wypowiedzi w ramach akcji #jateż jest dowodem przełamania tabu, jakim jest seks, intymność i nasze granice w tych sferach. Bardzo dobrze, że kobiety zaczęły mówić – może wcześniej nie miały się komu wygadać? Warto wiedzieć, aby w kontakcie z osobą, która doświadczyła przemocy seksualnej, obdarzyć ją pełnym zaufaniem, uwierzyć we wszystko, co mówi. Nie wolno nam spekulować, że ofiara być może sprowokowała napastnika. W temacie molestowania nie ma czegoś takiego jak prowokacja. Zawsze mamy prawo powiedzieć „nie”, nawet jeśli wcześniej zgodziłyśmy się na przytulenie czy pocałunek. Nasze „nie” powinno być respektowane niezależnie od wszystkiego. Nawet gdybym szła główną ulicą w Katowicach w samym staniku, nikt nie ma prawa mnie dotknąć bez mojej zgody.
Pamiętajmy, że molestowanie to nie tylko gwałt czy obmacywanie, ale również ekshibicjonizm czy słowne prztyczki. Reagujmy zawsze! Jak? Stanowczo (np. „Nie zgadzam się na takie zachowanie”), ale bez agresji, gdyż nie wiadomo, jak się zachowa sprawca przemocy.
Przemoc seksualna zostawia w nas różne ślady. Jeśli mamy trudne uczucia dłużej niż przez dwa tygodnie, powinnyśmy porozmawiać z terapeutą. O ile z krzywdzącym spojrzeniem czy ustnymi atakami można sobie poradzić, o tyle obowiązuje niepisana zasada, że jeśli był dotyk, to potrzebna jest terapia.
Pamiętajmy, że ofiarami przemocy bywają również mężczyźni. Stwierdzenie, że „mężczyzny nie da się zgwałcić”, jest bardzo uprzedmiotawiające. Ponadto jeśli my, kobiety, oburzamy się na podteksty erotyczne, to same nie powinnyśmy mówić, że właśnie przeszło obok nas „ciasteczko do schrupania”. To też jest przekroczenie granicy.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki