Logo Przewdonik Katolicki

Nie lekceważ tego, co masz w sobie

Magdalena Woźniak
fot. Lidia Piasecka

Z dr. Marią Popkiewicz-Ciesielską, psychoterapeutką o różnicy między miłością do siebie a egocentryzmem oraz o tym, czy nasza dorosłość musi być kalką naszego dzieciństwa ROZMAWIA MAGDALENA WOŹNIAK

„Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Jak właściwie pojmować tę miłość do samego siebie?
– Kochaj siebie, czyli wydobądź swój potencjał. Powiedziałabym więcej: bądź radosny z siebie samego, ciesz się darem życia, swoimi talentami. Uświadom sobie, że jesteś potrzebny światu, tylko nie możesz zlekceważyć tego, co masz w sobie. I wtedy płynnie przejdziesz do kolejnego etapu, czyli miłości do bliźniego. Bo kochasz drugą osobę poprzez fakt, że dajesz jej siebie. Wprowadzasz w relację swój potencjał i swoje możliwości.
Natomiast zbyt dosadne pojmowanie kochania samego siebie pociąga za sobą ryzyko egocentryzmu. Wówczas nie będzie już mowy o drugim człowieku.
 
Dość heroiczna postawa: wydobywać, co najlepsze w nas, po to, by dawać innym.
– Ale człowiek jest istotą społeczną i musi być w relacji. Chrześcijaństwo również to podkreśla poprzez fakt, że jesteśmy dziećmi Bożymi i nawzajem mamy się akcelerować [przyspieszać rozwój cech psychicznych – przyp. red.]. Można pomyśleć: „jestem naiwniakiem, bo znajdę swój potencjał, będę obdarowywać innych, a oni będą tylko korzystać”. Ale prawda jest taka, że z dużego grona ludzi, którym daję, po czasie zostaną tylko ci nam najcenniejsi. Wyczujemy, z kim nam jest dobrze – a będzie to dotyczyć tych, którzy z kolei zwrotnie obdarowują nas swoim potencjałem.
 
A jeśli to nie zadziała i wpadniemy w toksyczną relację?
– To może być ogromnie bolesne. Przykładów może być wiele. Jeśli mam dziecko, za które wszystko robię, to hamuję jego kreatywność. Według niektórych ludzi takie niemądre dawstwo może być odbierane jako matczyna ofiarność. Tymczasem ja, jako ta, która już posiadłam umiejętności dawania, powinnam przygotować dziecko do samodzielności, by też kiedyś mogło dawać coś innym. Dziecko może tego wszystkiego nie rozumieć, wypominać, że inne mamy więcej „pomagają”. Jednak ja mimo to powinnam wyjaśnić, dlaczego to robię i czemu to służy. Inny przykład – dotyczący męża alkoholika. Jeśli on pije, powinnam starać się doprowadzić go do AA, przyznać dzieciom, że tata jest chory i musi się leczyć, a nie „brać na głowę cały dom”, a dzieciom mówić, że ojciec jest zmęczony i nie daj Boże jeszcze przynosić mu wódkę, by usnął i przestał przeklinać.
 
Tu chyba dochodzimy do stawiania granic. Czy one też mają znaczenie?
– Stawianie granic jest pozytywne, jeśli nie wynika z lęku, bo lęk nigdy nami dobrze nie kieruje. Stawianie granic powinno być wyborem dla dobra relacji, a nie moją kapitulacją. Bo jeśli będę robić coś ze strachu, to będę to robić agresywnie i nerwowo lub bezradnie, bezsilnie. Ważne wtedy, by pytać siebie o motywację naszych działań.
Wyjaśnię to dokładniej: obiektywnie z zewnątrz może nam się wydawać, że ludzie działają podobnie do siebie, ale tak naprawdę jeden działa z motywacji rozwojowych, a drugi z lękowych.
Poznałam kiedyś na przykład dwie studentki. Obie na prestiżowym kierunku studiów, świetne uczennice, aktywistki i prężne organizatorki życia akademickiego. Tylko jedna z nich, o czym nie wiedziała druga (dla której była to naturalna droga samorozwoju), robiła to wszystko z lęku, czy przebije się przez historię swojej toksycznej rodziny. Jej ojciec był przestępcą, dziadek ją molestował, matka była prostytutką, a ona wydobyła się z tego i próbowała udźwignąć ten ciężar zrewolucjonizowania drogi swoich przodków. Obie dziewczyny robiły to samo, ale pacjentką była ta, która chciała zerwać ze smutną historią swojego drzewa genealogicznego.
 
Tak czy inaczej, wyjście z jakiejś traumy wymaga dużego wysiłku. Co sprawia, że jedni się go podejmują, a inni nie?
Najważniejsze to się naprawdę zdenerwować na to, co się złego działo w mojej rodzinie. Mówiąc dosadnie, „wkurzyć się”, że z pokolenia na pokolenie wszyscy wiedzieli, że coś nie gra, ale albo robili uniki, albo nieporadnie radzili sobie ze zmianą. I taka refleksja nad własnym drzewem genealogicznym sprawi, że będziemy pobudzeni do działania.
 
Skąd czerpać siły, by tak jak inni z rodziny „nie nawalić”?
Trzeba znaleźć swój „emocjonalny profesjonalizm” i jemu podporządkować to, co robię. Emocjonalnym profesjonalizmem nazywam to, co wynika ze mnie i moich doświadczeń, o czym wspominałam wcześniej. Jeśli odkryjemy, że jesteśmy osobami bardzo kontaktowymi, a naszą pasją jest chemia, to nie możemy zamknąć się w laboratorium przy probówkach. To tylko nas pogrąży. Możemy jednak znaleźć pracę, gdzie będziemy w grupie chemików pracować np. nad jakimś nowym lekiem. I wtedy będziemy wykorzystywać swój „emocjonalny profesjonalizm”, który będzie nas rozwijać i wzbogacać tych, którzy są koło nas.
 
Na ile jesteśmy w stanie przeskoczyć swoje lęki?
Z reguły ludzie myślą, że jeśli mieli dobre doświadczenia w dzieciństwie, to łatwo je kontynuować, a jeśli były złe, to już nic dobrego nie mogą z nimi zrobić. A tak naprawdę naszym instruktażem powinny być marzenia z dzieciństwa i te dobre doświadczenia. Gdy byliśmy mali,  były czyste i nieprzeintelektualizowane. Ktoś może powiedzieć, że tworzy rodzinę pełną miłości na wzór swojej rodziny. Drogowskazem okazują się dla niego dobre doświadczenia. Może wypisać sobie wspomnienia i starać się powtarzać to, z czego wyszedł. Drugi człowiek nie miał takich doświadczeń i może myśli, że tamten ma łatwo. Nieprawda. Tamten ma inny trud. Jeśli wyszedł z tak dobrych doświadczeń, to mógł wejść za bardzo w rolę biorcy. Musi być czujny, by nie uznać, że będzie nim dalej. Bo on właśnie ma wkładać w tę rodzinę ciepłą rodzinność, przecież zna się na tym, bo w takim nastroju żył. Jego współmałżonek może mieć inny dar, np. operatywność. I nieważne, czy wyrasta ona z marzeń, czy dobrych doświadczeń, ważne jest, że ten człowiek już jest zaradny.
A teraz z innej perspektywy. Ten, który tylko marzył, ale nie doświadczył miłości, może wypisać sobie to, jak sobie ją wyobraża, np. wzajemne zainteresowanie, wspólne milczenie, drobne gesty ofiary czy nawet taniec we dwoje. Jeśli sobie to przeanalizuje, może okazać się nagle, że zostanie ekspertem od miłości. Kiedyś jeden z pisarzy, po otrzymaniu nagrody za książkę pacyfistyczną, zapytany przez dziennikarza, jak mu się udało napisać tak dobrą książkę, powiedział, że po prostu przeżył horror wojny. I tak to działa.
 
Mówimy o sytuacjach, w których ktoś zmienia swoje życie. Co robić, jeśli bliska nam osoba jednak nie chce lub nie umie odkryć tej wewnętrznej siły?
– Jeśli odkryję tajemnicę problemu tej osoby – a zakładam, że tak będzie – to najpierw ją wspieram. Pokazuję, że czasem podejmuje złe decyzje, i staram się jej uświadomić, nad czym ma pracować. A przy tym oczywiście pomagam jej wydobywać to, co jest w niej najlepsze.
Weźmy na przykład parę, która zakłada rodzinę. Ona, nauczona tym, że w jej rodzinie mężczyźni podcinali kobietom skrzydła, patrzy na męża nieufnie, bojąc się, że też ją to czeka. On natomiast miał jakieś swoje doświadczenie i oboje żyją w strachu. Gdyby jednak chociaż jedno z nich wpadło na to, czego oczekuje druga strona, to jest szansa na rozpoczęcie głębokiej wzajemnej pomocy. Zaczynamy więc od tego, by jedna osoba zauważyła centralny problem drugiej.
 
To chyba nie jest łatwe, jeśli wiemy, że zasadniczo nasz małżonek miał dobre dzieciństwo. Wydaje się, że wówczas trudno wychwycić te zranienia, bo one nie są takie widoczne.
– Tak, słabości, z którymi opuszczamy nasz dom, mogą być kompletnie „niewinne”. Nawet z najlepszej rodziny mogliśmy wynieść coś smutnego. Poznałam kiedyś mężczyznę, który rozpłakał się na wspomnienie, że nigdy nie ubierał choinki. Okazało się, że miał starsze rodzeństwo, które by sprawić mu radość o poranku, ubierało drzewko wieczorem – gdy on już zasnął – i stawiało przy jego łóżku, by jak się obudzi, widział przystrojoną choinkę. Dorastał w ciągłym poczuciu, że jest dzidziusiem, któremu ubiera się choinkę, który jako ostatni pomaga tacie, który jako ostatni uczy się jeździć na rowerze. Żył w ciepłej, dobrej rodzinie, ale wciąż czuł się dzidziusiem. Ten kompleks tak w nim siedział, że gdy się ożenił, wpadł w pracoholizm. Tak bardzo chciał być głową rodziny, która zapewnia stabilizację i jest odpowiedzialna, że ostatecznie prawie stracił bliskich. Na szczęście żona to zauważyła, a on trafił na terapię.
 
A gdyby tak się nie stało?
– Najpierw ja, która widzę, robię wszystko, by pomóc takiej osobie. Jeśli ten ktoś nie chce mojego wsparcia, to trudno. Ważne, byśmy sami mogli spojrzeć w lustro. A tak się stanie, gdy przekażemy to, co zauważyliśmy. Jeśli ten ktoś nas odepchnie, to będziemy żyli w przekonaniu, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. A być może za dziesięć lat ta osoba odkryje istotę tego, co do niej mówiliśmy…
 
Wróćmy jeszcze na koniec do pułapki egocentryzmu. Jak się przed nią ustrzec?
– Zakochanie się w sobie jest chyba dzisiaj największym zagrożeniem świata. Jeśli ktoś chce pójść do psychologa po to, by się wydobyć z poczucia bycia zerem, to słusznie. I rzeczywiście dobry terapeuta mu w tym pomoże. Tylko na tym nie powinna się kończyć terapia. Bo wtedy ktoś taki wyjdzie z niej cały dumny i w poczuciu takiej siły, która może zagrozić egocentryzmem. Dlatego powinien być drugi etap. Osoba, wiedząc już, jakie ma walory, powinna je wykorzystywać w swoim środowisku, wyłapując innych zakompleksionych. Powinna ich wspierać tak, jak chciała w poprzednich latach, by ją wspierano. To właśnie ten „emocjonalny profesjonalizm”, który powoduje, że jest się w tym lepszym nawet od tego, który ukończył psychologię, bo samemu się to przeżyło.
Często pracując z małżonkami, spostrzegam, że każdego z nich dotyczy smutek z dzieciństwa o podobnej treści. Dochodzimy wtedy do wniosku, jak bardzo są podobni w swoim problemie. Więcej, właśnie to zjawisko od lat nazywa się wzajemnym przyciąganiem się dwóch połówek jabłka. Krótko mówiąc, „swój swego wyczuwa”. Jest to największą intymnością psychologiczną decyzji bycia razem, szkoda jeśli o tym się ze sobą nawzajem nie rozmawia. Wyobraźmy sobie, że takie dwie osoby napisałyby wspólną książkę o zbliżonym problemie trwającym od ich dzieciństwa, choć w zupełnie różnych rodzinach i z pozycji odmiennej płci. Autorzy takiej książki na pewno by się zaprzyjaźnili. Przyjaźń polegałaby na wzajemnym współczuciu, zrozumieniu i wsparciu. Każde z nich często reagowało inaczej, by pokonywać ten smutek. Teraz, gdy są razem, mogą przestrzegać się przed nieskutecznymi środkami zaradczymi. Mogą też wzajemnie wykorzystywać umiejętności drugiej strony w pokonywaniu tego wspólnego problemu. Namawiam swoich pacjentów, by nie zaprzepaszczali takiego potencjału ich par. Sądzę, że taka intymność psychologiczna dwojga ludzi, o której nie mówi się na zewnątrz, jest wielką siłą wiążącą, nie mniejszą niż intymność erotyczna.
 
Wracamy do punktu wyjścia, czyli miłości bliźniego, która wynika z wcześniejszego rozpoznania własnych możliwości.
– Właśnie tak. Usensowniam swoje życie, gdy odkrywam, że moje doświadczenia i marzenia nie są straconym czasem, ale czasem odkrywania matrycy rodzinnej – tak to nazywam, i pomysłem, jak tę wiedzę wykorzystać we własnym dorosłym życiu i w relacjach z innymi.
 
 ---------
DR MARIA POPKIEWICZ-CIESIELSKA
Psycholog kliniczny, były wykładowca w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, w serwisie 2ryby.pl w krótkich filmach opowiada o tym, co sama odkryła: sensie życia, i podpowiada, jak rozwiązywać problemy życia rodzinnego
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki