Logo Przewdonik Katolicki

W piciu jesteśmy szalenie niekompetentni

Piotr Jóźwik
ILUSTRACJA AGNIESZKA SOZAŃSKA

Z Krzysztofem Wojcieszkiem o „Narodowym Programie Trzeźwości” rozmawia Piotr Jóźwik

Czy zwołanie Narodowego Kongresu Trzeźwości oznacza, że mamy w Polsce duży problem z nadużywaniem alkoholu?
– Można tak powiedzieć. Biorąc pod uwagę średnie spożycie, wychodzi na to, że każdy Polak, wliczając w to niemowlęta i dzieci, wypija 9,4 litra czystego alkoholu rocznie. Gdyby przeliczyć to na półlitrówki wódki, otrzymalibyśmy prawie 50 butelek, czyli jedną na tydzień. To dwa razy tyle, ile wynosi średnia światowa.

Skąd taki wynik?
– Nasz największy problem to pijaństwo pewnej grupy ludzi. I wbrew pozorom nie chodzi o alkoholików. Oni w trakcie choroby wchodzą w taką fazę, podczas której aż tak dużo wcale nie piją. Często skupiamy się na uzależnionych i słusznie, bo sytuacja człowieka, który utracił wolność, jest przerażająca, ale zapominamy, że do takiej sytuacji prowadzi nadużywanie alkoholu.
Na każdego uzależnionego przypadają trzy osoby ryzykownie i szkodliwie pijące. To one generują najwięcej szkód społecznych. Trzy miliony Polaków upija się, traktując alkohol jak narkotyk. Dorosły pijący mężczyzna spożywa średnio 31,5 litra czystego alkoholu rocznie, tylko o pół litra mniej niż Rosjanie. Rzecz nawet nie w tym, że pijemy zbyt często, ale w tym, że jak już zaczniemy, to nie umiemy przestać i pijemy za dużo. Wytworzyliśmy w sobie przekonanie, że to jest całkowicie normalne, że tak należy. W piciu alkoholu jesteśmy szalenie niekompetentni. Do czego to prowadzi? Podam przykład: Włosi wypijają mniej więcej 60 proc. tego, co my, ale wśród nich jest aż 11 razy mniej osób uzależnionych. W takiej sytuacji nie można nie bić na alarm.

Kto najczęściej się upija?
– Mężczyźni, cztery razy częściej niż kobiety. Kluczowy jest wiek: najwięcej pije się w wieku od 25 do 35 lat. Różnice społeczne nie są tu istotne: nie można powiedzieć, że to problem marginesu społecznego czy klasy średniej.

Co najczęściej pijemy?
– Niemal dwie trzecie spożywanego przez Polaków alkoholu to piwo, prawie jedna trzecia wódka, a kilkanaście procent wino. Tu nastąpiła zmiana. Pod koniec lat 80. piliśmy kilkanaście litrów piwa rocznie, dziś już prawie sto. I niestety nie jest tak, że piwo zastąpiło wódkę. Ono się do niej „dolało”.

Niektórzy mówią, że piwo to nie alkohol…
– W Australii 90 proc. alkoholików to osoby uzależnione od piwa. U nas takie zjawisko pewnie też się pojawi, już teraz zdarzają się pojedyncze przypadki.
To, w jakiej formie dostarczymy alkohol do organizmu, nie ma większego znaczenia. Decydujące jest jego stężenie we krwi. Dawka śmiertelna dla zwykłego konsumenta zaczyna się od 3,5 promila. Tymczasem co jakiś czas słyszymy, że ktoś miał 5 czy 8 promili. I jak reagujemy? Uśmiechamy się pod nosem. A taki człowiek nie powinien był tego przeżyć! Skoro mu się udało, to znaczy, że jest zaprawiony w bojach. Ale zmiana tolerancji na etanol to zwykle także sygnał uzależnienia. Nie wszyscy jednak mają tyle szczęścia. Co roku z powodu zatrucia alkoholem umiera ponad tysiąc osób. To wielokrotnie więcej niż po narkotykach czy dopalaczach.

W takim razie co nie działa? Mamy przecież ustawę o wychowaniu w trzeźwości, programy profilaktyczne, grupy wsparcia, tylko efektów brak.
– Bez tej ustawy i systemu wsparcia dopiero mielibyśmy katastrofę. To, że jesteśmy w środku a nie na czele europejskiej stawki, a trzeba powiedzieć, że Europa jest bardzo „rozpitym” kontynentem, nie wzięło się przecież znikąd.

Marne to pocieszenie.
– Przyczyn tej słabości jest kilka. Po pierwsze, niski stopień wiedzy Polaków o działaniu alkoholu. Od kilkunastu lat media w zasadzie milczą na temat szkodliwości alkoholu, bo żyją z jego reklam. Szacuje się, że z tego tytułu otrzymują nawet 400 mln zł rocznie. Po drugie, obyczaj. Wydaje nam się, że wszyscy piją. Spójrzmy na ludzi młodych, którzy wchodząc w czas imprez, dodają sobie śmiałości procentami. Nic dziwnego, że potem żyją ze świadomością, że tak trzeba. Poza tym mamy wysoką tolerancję dla osób upijających się. Po trzecie, ogromna dostępność alkoholu. Rocznie wydawanych jest ponad 200 tys. zezwoleń na stały bądź okresowy obrót napojami wyskokowymi. To cztery razy więcej, niż przewidują normy Światowej Organizacji Zdrowia. Więcej już się chyba nie da. Można przez to nabrać przekonania, że skoro alkohol jest zawsze na wyciągnięcie ręki, to musi być odpowiedzią na nasze potrzeby.

 „Narodowy Program Trzeźwości” ma to zmienić?
– Na razie to 20-stronicowy dokument, który będzie dyskutowany na kongresie. Nasz podstawowy cel to zmienić styl używania alkoholu, tak żebyśmy pili mniej i rozważniej.

Tylko jak to zrobić?
– Musi być równowaga między ograniczeniem podaży i ograniczeniem popytu. Podaż ograniczamy, zmniejszając liczbę punktów sprzedających alkohol i skuteczniej egzekwując prawo. Choć przepisy tego zabraniają, wiele sklepów sprzedaje dziś alkohol osobom nieletnim. I co z tym robią rodzice, służby, prawnicy, politycy? Nic, a przecież nawet jednorazowy taki wybryk to podstawa do cofnięcia koncesji.

A jak ograniczyć zainteresowanie alkoholem?
– Trzeba trafić do młodzieży, ale nie uda się tego zrobić bez zaangażowania dorosłych. Weźmy przykład Islandii. Tamtejsze władze wzięły się do roboty po tym, gdy wyszło na jaw, że prawie połowa ich piętnastolatków upiła się w przeciągu miesiąca poprzedzającego badania. Islandczycy zakasali rękawy i w czasie 20 lat ten odsetek spadł z 42 do 6 proc.

Jak to się stało?
– Po pierwsze, przestraszyli się. Podniesiono o dwa lata, do 20, wiek dostępności alkoholu i wprowadzono… godzinę policyjną dla młodych, którzy po godzinie 22.00 mogli przebywać na ulicy tylko pod opieką dorosłych. Przygotowano też program profilaktyczny, składający się z zajęć edukacyjnych, ale także artystycznych i sportowych. Objęto nim prawie wszystkich uczniów. Położono też większy nacisk na więzi w rodzinie: zachęcono rodziców, by spędzali więcej czasu ze swoimi dziećmi i by baczniej przyglądali się temu, co dzieci robią. Przez pierwsze 12 lat niewiele się zmieniło, ale efekty w końcu przyszły. Jak widać, cierpliwość i zdecydowanie w działaniu popłacają.

W przypadku „Narodowego Programu Trzeźwości” może być podobnie?
– Liczymy, że potrzeba na to 25 lat. Na Islandii decydująca była nieustępliwa postawa osób dorosłych, zwłaszcza tamtejszych elit. Jeśli ludzie nauki, gospodarki, a zwłaszcza polityki, nie dadzą dobrego przykładu, to cały ten program psu na budę. Bo jeśli ludzie ze świecznika lekceważą jakiś problem, to dlaczego ma się nim przejmować Kowalski?

Przejdźmy do konkretów. W jaki sposób ograniczyć dostępność alkoholu?
– Wzorem mogą być dla nas Litwini, mający jeszcze większy problem niż my. W tym roku na Litwie wprowadzono całkowity zakaz reklamy alkoholu, podniesiono wiek, od którego można legalnie go spożywać, ograniczono godziny jego sprzedaży.
Najważniejsze, żeby proponowane zmiany były dobrze przemyślane. Nie jest sztuką proponować jakieś skrajne prohibicyjne rozwiązania. One muszą być mądre i cieszyć się poparciem zarówno społeczeństwa, jak i polityków ponad partyjnymi podziałami.

A właściwie dlaczego nie prohibicja?
– Na początku lat 20. XX wieku, a więc jeszcze przed Stanami Zjednoczonymi, byliśmy o krok od przegłosowania prohibicji. Zabrakło tylko jednego głosu. I bardzo dobrze, bo doświadczenia kilkudziesięciu państw, które decydowały się na tak radykalne rozwiązanie pokazały, że to droga donikąd.
To nie jest tak, że alkohol sam w sobie jest złem. Sam od 40 lat jestem abstynentem, ale nie mam nic przeciwko jego istnieniu. Wyzwaniem jest sposób, w jaki z niego korzystamy i wypracowanie w sobie cnoty trzeźwości. A trzeźwy człowiek to nie tylko abstynent, ale także ten, który zachowuje daleko idący umiar.

Nie obawia się Pan argumentu, że naszego państwa nie stać na to, by zrezygnować z wpływów do budżetu z sektora alkoholowego?
– Ależ my do tego interesu dopłacamy. Koszty usuwania skutków picia alkoholu są kilkakrotnie większe niż wpływy od jego producentów. Mamy to dobrze policzone. Według mnie politycy mogą mieć inny problem z taką decyzją. Może im się wydawać, że ograniczając dostęp do alkoholu, stracą społeczne poparcie. A przecież ponad 80 proc. Polaków to ludzie niemający problemu z nadużywaniem alkoholu. Wierzę jednak, że politycy będą chcieli nam pomóc. Na razie ich troska o trzeźwość jest zbyt mała i nie odpowiada odczuciu Polaków, którzy pytani o największe problemy społeczne najczęściej wymieniają bezrobocie i alkoholizm. Ten problem boli ludzi i trzeba to wreszcie zauważyć.
 


Krzysztof A. Wojcieszek
Doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie pedagogika, profesor nadzwyczajny Pedagogium Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Warszawie, biolog molekularny i filozof. Specjalista w zakresie uzależnień i zachowań ryzykownych młodzieży, profilaktyki patologii społecznych i psychologii i pedagogiki w nurcie chrześcijańskim. Od ponad 30 lat prowadzi zajęcia z młodzieżą i dorosłymi. Członek Zespołu ds. Apostolstwa Trzeźwości przy Konferencji Episkopatu Polski. Jeden z organizatorów Narodowego Kongresu Trzeźwości i twórc projektu „Narodowy Program Trzeźwości”
 

83 proc. Polaków to abstynenci i pijący umiarkowanie
17 proc. Polaków nadużywa alkoholu, wśród nich są uzależnieni, pijący szkodliwie lub ryzykownie
9,4 litra czystego alkoholu wypija rocznie statystyczny Polak
3,5 promila alkoholu we krwi to dawka śmiertelna dla zwykłego człowieka
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki