Logo Przewdonik Katolicki

Na niby

Marzena Gursztyn
FOT. ZBIORY MUZEUM REGIONALNEGO W STALOWEJ WOLI. Eugeniusz Łazowski z żoną przed ambulatorium w Rozwadowie.

Nikt na świecie jeszcze na to nie wpadł! „Możemy wywołać sztuczną epidemię tyfusu, nastraszyć Niemców - będą bali się szwendać w naszych stronach, wywozić ludzi do Rzeszy - może ustaną aresztowania i rekwizycje?”. Dzięki działaniom lekarzy Łazowskiego i Matulewicza uratowano przed śmiercią kilka tysięcy ludzi.

Na początku II wojny światowej Eugeniusz Łazowski znalazł się na prowincji. Wkrótce po przybyciu do Rozwadowa, do doktora Łazowskiego przyszedł wąsaty człowiek potężnej postury w kożuchu i wysokich butach. W ten sposób Łazowski został mianowany żołnierzem Narodowej Organizacji Wojskowej, która rok później weszła w skład Armii Krajowej. Poczekalnia ambulatorium stała się również miejscem spotkań łączników podziemia i kolporterów tajnej prasy. Na początku wzbudziło to przerażenie doktorostwa: pojawił się pacjent, który przepuszczał wszystkich w kolejce i najwyraźniej na coś czekał. Wreszcie wszedł pod wieczór jako ostatni i zagaił prosto z mostu: „Mamy do pana doktora zaufanie – poczekalnia i gabinet pana doktora doskonale nadaje się na «skrzynkę» gazet konspiracyjnych”. Dodaje, że będą się zgłaszać po nie, prosząc o „pigułki na ból głowy i żołądka”. I wychodzi. Żadnego hasła, żadnego pseudonimu zleceniodawcy. Bojąc się, że może to być prowokacja Gestapo, Łazowscy wpadają w panikę – gdzie to schować: piwnica? piec? łóżko? pod węglem? pod kartoflami? Miotając się, wpadają w końcu na pomysł, że zakopią niebezpieczną przesyłkę pod bardzo ciężką budą ich psa, który gryzie wszystkich oprócz właścicieli. Zmęczeni kładą się spać.
Nazajutrz po wyjściu na podwórze doktor widzi przesuniętą budę i wesołą Brysię. Ludzie idą do kościoła, a mocny wiatr rozwiewa wokół podziemną prasę, którą pies wykopał spod budy. Doktor kłaniając się znajomym, biega po ulicy i zbiera rozwiane kartki, modląc się i klnąc na zmianę, żeby przypadkiem nie pojawił się jakiś Niemiec. Kiedy następnego dnia po paczkę zjawia się człowiek, doktor bez słowa ją oddaje. Potem wychodzi przez tylne wyjście i poluzowując deski w ogrodzeniu przygotowuje dwie drogi ucieczki. I czeka na Niemców. Niedługo. Z wrzaskiem wpada do gabinetu dwóch esesmanów. Nie ma mowy o ucieczce. Jeden z nich z krzykiem mierzy palcem w doktora. Z palca leje się krew. Esesman przyciął go sobie w drzwiach i przyszedł poprosić o pomoc.
 
Odkrycie w budce w ogrodzie
W takich warunkach w okupowanym przez Niemców Rozwadowie latem 1941 r. przyjaciel doktora Łazowskiego ze Szkoły Podchorążych Sanitarnych Stanisław Matulewicz dokonał światowego okrycia,  a Łazowski wpadł na pomysł, jak można wykorzystać je w walce z Niemcami. I natychmiast wdrożył swój pomysł w życie.
Odkrycie młodych medyków z prowincji było przełomowe, choć to niemieckie laboratoria pracowały przecież pełną parą, żeby rozpracować tajemnice tej choroby, która stanowiła jedną z najgorszych wojennych plag. Po pierwsze, młodzi lekarze doszli do tego, że „chałupniczym sposobem”, w budce w ogrodzie, gdzie Matulewicz urządził laboratorium, sami mogą wykonać odczyn Weila-Feliksa, co pozwalało ustalić, czy pacjent jest chory na tyfus plamisty. Normalna procedura w niemieckich laboratoriach trwała 6–10 dni, oni mogli otrzymać wyniki w czasie kilku godzin. Od razu wiedzieli, że uratuje to życie wielu Żydom, których po stwierdzeniu tyfusu nie leczono, lecz natychmiast rozstrzeliwano. Teraz będzie szansa, żeby takich ludzi ukryć.
Drugim, ważniejszym odkryciem było to, że po wstrzyknięciu zdrowemu człowiekowi bakterii Proteusa wywołuje się u niego dodatni odczyn diagnostyczny Weila-Feliksa. Nikt na świecie jeszcze na to nie wpadł!Możemy wywołać sztuczną epidemię tyfusu, nastraszyć Niemców – będą bali się szwendać w naszych stronach, wywozić ludzi do Rzeszy – może ustaną aresztowania i rekwizycje? Stasiek po namyśle zgodził sie na to. Obaj byliśmy świadomi niebezpieczeństwa, jakie grozi w razie wykrycia naszego podstępu”.
Postanowili zaryzykować i wywołać kilka „próbnych” przypadków. „Po zastrzyku nie tylko nie było żadnego zakażenia, ale nawet zaczerwienienia w miejscu wstrzyknięcia. Jeszcze przez kilka dni odczyn Weila-Feliksa był dodatni. Pobieraliśmy krew i wysyłaliśmy ją do badania w laboratorium w Tarnobrzegu. Podstawową zasadą było milczenie, nawet pacjenci nie wiedzieli, że zostali «zaszczepieni»”.
Łazowski i Matulewicz podzielili swoje „tyfusowe królestwo” na dwa rewiry – każdy z nich miał swój, przedyskutowywali i uzgadniali kolejne przypadki. Oczywiście nie „szczepili” na prawo i lewo. Była to dokładnie zaplanowana kampania, ponieważ niemieckie ośrodki badawcze usiłując od lat rozpracować zagadkę tyfusu, prowadziły badania o jego rozprzestrzenianiu się i dokładne statystyki zachorowań.
O odczynniki do reakcji Weila-Feliksa nie było łatwo. Kiedy skończyły się możliwości zdobycia ich w okolicy, Łazowski jeździł po nie do Warszawy. Tu też zaopatrzył sie w kapsułkę cyjanku, którą nosił przy sobie – na wszelki wypadek. Po wojnie z radością spalił swój „amulet”.
Zdarzały się też prawdziwe zachorowania na tyfus, które „podrzucali” innym lekarzom. „Ponieważ zbyt duża liczba zachorowań na tę samą chorobę u jednego lekarza mogła wzbudzać podejrzenia, podrzuciłem kilka przypadków innemu lekarzowi. Zimą 1942/43 «zaszczepiliśmy» więcej ludzi niż poprzednio”.
 
Achtung, Fleckfieber!
Sztuczna epidemia zaburzyła niemiecki ład. Okoliczne gminy „zainfekowane” przez zmyślnych doktorów niemieckie władze uznały za obszar objęty epidemią tyfusu. Na domostwach „zakażonych” pojawiły się napisy: „Achtung, Fleckfieber!” („Uwaga, tyfus plamisty!”), a na granicy gmin i wsi: „Achtung, Seuchengebiet!” („Uwaga, obszar zajęty zarazą!”). Lekarze „lojalnie” przestrzegali Niemców, żeby unikali za wszelką cenę kontaktów z polską ludnością.
A Niemcy bali się coraz bardziej. Kiedyś Łazowski został wezwany do gorączkującego syna miejscowego notabla. „Kiedy gorączka syna opadła, Fuldner spytał mnie o tyfus. Potwierdziłem, że mamy do czynienia z epidemią, ale razem z dr. Matulewiczem robimy wszystko, aby opanować sytuację. Radziłem jednak, aby omijać miejscowości objęte zarazą”. Szczególnie zalecali omijanie oddalonych daleko w lasach przysiółków, gdzie swoje bazy miały oddziały zaprzyjaźnionego „Ojca Jana”.
Korzyści jakie „epidemia na niby” dała miejscowej ludności, zaniepokoiły volksdeutschów, którzy poprzez ograniczenie obowiązkowych dostaw żywności od „chorujących” Polaków, zaczęli mniej zarabiać. Doniesiono więc na doktora, a Niemcy zorganizowali specjalną komisję, która miała zbadać podejrzaną epidemię. Młodzi lekarze zostali jednak ostrzeżeni i mieli czas, żeby się przygotować. W tym czasie na wsiach leczono ból głowy, stawiając bańki na czole chorego – powodowało to, że pacjent wyglądał makabrycznie. To nasunęło im pewien pomysł. Wybrali najstarszych, najbardziej wychudzonych i zastosowali tę metodę przy oprowadzaniu komisji. Ponadto wójt gminy urządził wystawne, suto zakrapiane przyjęcie na cześć komisji. Starszy lekarz będący jej przewodniczącym wydał rozkaz godny wodza: on idzie na przyjęcie do gminy, a dwaj młodzi lekarze z „uradowanym z pomocy w zwalczaniu epidemii” doktorem Łazowskim. Widok tragicznie wyglądających staruszków i groźba polskich wszy zrobiły swoje – pobieżna kontrola potwierdziła epidemię.

Przychodzi Niemiec do lekarza
Łazowski jako Polak nie mógł leczyć Niemców, a jednak Niemcy często sami łamali tę zasadę i zwracali się do niego o pomoc. Nie odmawiał nigdy. Kiedyś zawitał do niego podoficer żandarmerii z pytaniem, czy to prawda, że zastrzykiem może wyleczyć „kawalerską chorobę”. Doktor potwierdził, bo na rynku pojawiło się rzeczywiście nowe lekarstwo, które likwidowało zakażenie kiłą. Wywiązała się dość ostra rozmowa: lekarz zapytany o jego cenę odpowiedział, że normalnie bierze 20 zł, ale od tego pacjenta 100 zł. Dlaczego tak? Bo Polacy muszą ciężko pracować, żeby przeżyć, a Niemcy biorą, co chcą. Czy nie bał się tak mówić do Niemca? Nie, skoro Niemiec nie bał się u niego leczyć. Podczas wkraplania leku volksdeutsch Nowak (okazało się, że jednak nie był Niemcem) popatrzył na Łazowskiego i powiedział: „Gdyby doktor wiedział, co robiłem we wrześniu, to by mnie teraz zabił”.
Pewnego dnia do ambulatorium weszło dwóch żandarmów, niosąc w pieluszkach dziecko. Zażądali aby doktor zdiagnozował pochodzenie noworodka. Na szczęście była to dziewczynka; żydowski chłopiec byłby obrzezany i nic nie uchroniłoby go przed śmiercią. Doktor wiedział, że Niemcy „diagnozują” aryjskie lub semickie pochodzenie ze względu na parametry czaszki, ale nie miał o  dokonywaniu takich pomiarów bladego pojęcia. Rozpoczął wielką improwizację: za pomocą miednicomierza, który jest sprzętem ginekologicznym. „Z powagą i namaszczeniem zacząłem układać kolumny cyfr i liczb moich pomiarów w jakieś idiotyczne wzory. Niemcy lubią dokładną robotę i mają szacunek dla nauki. Zaimponowałem im moją abrakadabrą. Obliczałem i obliczałem, aż wyszła mi liczba 23 (urodziłem się 23 grudnia i liczbę tę uważam za szczęśliwą)”. Zażądali dokumentu, który Łazowski oczywiście wystawił. Jako czystej krwi Aryjkę żandarmi zanieśli dziewczynkę do burmistrza, żeby zrobił z nią, co zechce. Z jego inicjatywy małą zajęło się bezdzietne katolickie małżeństwo, a ojcem chrzestnym został znajomy, który podarował dziecku na chrzciny złoty krzyżyk, a potem zapewnił opiekę u swojej bogobojnej rodziny pod Krakowem. Po sześciu latach po „Tereskę” zgłosili się jej rodzice, którzy przyjechali z Izraela i urządzono wielkie „odchrzciny”, jak ze śmiechem wspominali bohaterowie wydarzeń.
21 lipca 1942 r. w Rozwadowie doszło do „rozwiązania problemu żydowskiego”. „Zgrają katów kierował mój były pacjent z «kawalerską chorobą». (...) Spostrzegł młodą Żydówkę z dzieckiem w wózku. Dobiegł do niej, kopnął wózek, dziecko wypadło na bruk. Obcasem zmiażdżył główkę dziecka. Wypatrywał w tłumie stare kobiety i starych mężczyzn, szukał także małych dzieci, aby je zabić”. Ostatni strzał doktorostwo usłyszeli tuż za swoim ogrodem. Sędziwy patriarcha, z którym doktor prowadził niekończące się rozmowy o kulturze, religii i człowieczeństwie, został bestialsko zamordowany w swoim łóżku.
 
Na liście Gestapo
W lipcu 1944 r. Niemcy z okolic Rozwadowa ewakuują się na zachód: volksdeutsche, ludność cywilna, nawet policja. Na stacji kolejowej mnóstwo pociągów z cywilami, także Rosjanami, którzy przeszli na stronę Niemców. Doktor ma pełne ręce roboty, w ambulatorium tłok: owrzodzenia, gorączki, choroby dziecięce, porody. Zza Sanu słychać sowiecką artylerię. Po kilku dniach pojawiają się regularne niemieckie oddziały, a Gestapo na ostatnią chwilę wymierza kary niesubordynowanym obywatelom. Pod ambulatorium podjeżdża wojskowy motocykl z przyczepą. Niemiecki żandarm w pełnym rynsztunku polowym wpada do środka, krzycząc: „Doktorze, uciekaj! Jest pan na liście Gestapo, mają pana zlikwidować”.
 
60 lat później Eugeniusz Łazowski przyjechał do Rozwadowa razem z amerykańską ekipą filmową realizującą film o jego bohaterstwie w czasie wojny, którego nikt do tej pory nie nagłaśniał. Na odświeżonym  specjalnie z tej okazji rynku zbliżył się do niego mężczyzna i dziękował za cudowne wyleczenie: – Jak pan to zrobił, że kuracja trwała tylko cztery dni? – Miał pan szczęście. Przebieg choroby był wyjątkowo łagodny – bez mrugnięcia okiem odpowiedział 89-letni wówczas doktor.
Nawet jego żona w czasie trwania „epidemii” nie miała pojęcia, że szalejący w okolicy tyfus to zasługa podstępu jej męża. Dzięki „prywatnej wojnie” lekarzy Łazowskiego i Matulewicza uratowano przed śmiercią i wywózką do Niemiec na pewno kilka, a być może nawet kilkanaście tysięcy osób.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki