Logo Przewdonik Katolicki

Madonna po przejściach

Marzena Gursztyn
Fot. Cranach Digital Archive/Wikipedia.

Madonna pod jodłami to drugie co do wartości dzieło sztuki, które na skutek wojny opuściło terytorium Polski. Nie zrabowano go jednak w sposób, jaki kojarzy nam się z wojenną grabieżą. Losy obrazu są jak dobry kryminał. Z happy endem.

Madonnę pod jodłami namalował w 1510 r., jeszcze jako katolik, mistrz Lucas Cranach. Siedem lat później, pod wpływem przyjaźni z Marcinem Lutrem, zmienił wyznanie, jednak nadal, do końca swojego długiego, bo ponad osiemdziesięcioletniego życia, malował dla katolickich świątyń. Obraz jest tym cenniejszy, że jako jedno z niewielu dzieł jest namalowany przez samego Cranacha Starszego (Ojca) całkowicie. Pod wierzchnią warstwą farby zachował się szkic, nieco odbiegający od tego, co widzimy: artysta nie namalował jednego ze splotów włosów Maryi, zmienił nieco gestykulację postaci i zredukował krajobraz, który olśniewa detalami. Na powierzchni odpowiadającej dwóm znaczkom pocztowym widnieje bowiem w oddali renesansowe miasteczko zachwycające niuansami architektury - wieżyczkami, zdobieniami budynków, a nawet oknami.
Innymi słowy: unikat i rarytas na skalę światową.
Wizerunek Madonny zamówił Joachim von Lindlau, dziekan wrocławskiej kapituły katedralnej, który był również kanonikiem kapituły kolegiackiej głogowskiej. Kanonik obstalował u mistrza dwa obrazy: jeden do katedry we Wrocławiu, natomiast drugi do kościoła w Głogowie (ten niestety  nadal znajduje się w Muzeum Puszkina w Moskwie, choć władze miejskie i tamtejsze duchowieństwo zabiegają o zwrot swojej Madonny).
 
Fałszerstwo i mistyfikacja
W 1943 r. (a nie jak podaje internet: w 1942 r.) po klęsce stalingradzkiej, kiedy ruszył front,
„Madonnę pod jodłami” przewieziono do opactwa w Henrykowie, a później do Kłodzka. Obraz źle zniósł transport i pękł na dwie części. Istnieje również przekaz ustny, choć sądzę, że to raczej apokryf: z opowiadań księży w Henrykowie wynika, że dla zmylenia wojsk, Cranacha powieszono w zakrystii, na widoku. Gdy do klasztoru przyjechali sowieci, jeden z nich zobaczywszy  Madonnę..., zdjął ją ze ściany, przełamał na kolanie i rzucił w kąt. Duchowny, który był przy tym wydarzeniu, nie zareagował nerwowo. Poczekał tylko aż sołdat wyjdzie i dopiero wtedy podniósł połamanego Cranacha, a następnie go schował.
Faktem jest, że dzieło wymagało renowacji. Ks. Józef Pater, dyrektor Muzeum Archidiecezjalnego we Wrocławiu, tak opowiadał o tym w wywiadzie dla „Gazety Wrocławskiej”: – Mieszkał w tym czasie we Wrocławiu ks. Siegfried Zimmer, który znał się na malarstwie, mało tego - udzielał lekcji malowania m. in. swojemu parafianinowi Georgowi Kupke, wtedy bardzo młodemu człowiekowi. (...) Ks. Zimmer, któremu powierzono renowację dzieła, zlecił Georgowi Kupke, aby wykonał kopię obrazu. A dostęp do dzieła mieli, bo Zimmer miał przecież Madonnę… u siebie w domu, gdzie miał ją naprawić. Kupke opowiedział mi, że namalował Madonnę z Dzieciątkiem, ale obrazu nie dokończył, bo w międzyczasie został wysiedlony z rodziną do Niemiec. Ks. Zimmer sam kończył kopię, malując na niej całe tło, krajobraz. Wiele istotnych szczegółów pominął. Widać było, że to nie jest ta sama, delikatna, dokładna ręka Cranacha. Pewnie też do tego niedbalstwa doszedł sam pośpiech, bo ks. Zimmer też miał niebawem wyjechać.
Georg Kupke, który zresztą został malarzem, opowiadał po latach ks. Paterowi, że sporządzał kopię z kilku powodów. Po pierwsze z biedy - dostał za swoją pracę od ks. Zimmera honorarium, za które mógł kupić dla rodziny żywność. Po drugie - nie chciał odmawiać swojemu mentorowi. Po trzecie – ks. Zimmer przekonywał go, że warto ocalić dzieło niemieckiej kultury dla niemieckiego narodu. – Dzisiaj mówimy o kradzieży, choć ja aż tak ostro bym sprawy nie stawiał. Może rzeczywiście ks. Zimmer czuł się patriotą niemieckim – mówi dyrektor wrocławskiego Muzeum Archidiecezjalnego.
Kopię ks. Zimmer przekazał dwóm kanonikom o polskich korzeniach. Oni zaś ofiarowali obraz ks. Karolowi Milikowi, pierwszemu polskiemu administratorowi archidiecezji wrocławskiej. Kanonicy na odwrotnej stronie obrazu nakleili papier z łacińskim tekstem: „To jest niezwykle cenny dar, który kapituła przekazuje księdzu Milikowi”. Ten powiesił obraz w kaplicy biskupiej rezydencji.
 
Zakurzona tajemnica
Nikomu nawet nie przyszło na myśl, że to kopia. I do tego marna. Czy nikt nie widział nieudolności kopisty? Jak to możliwe, że wśród wykształconych bywalców kurii, nie znalazł się nikt, kto dostrzegłby mistyfikację? Przecież oryginał to przecież prawdziwa maestria: Madonna z Wrocławia uważana jest przez historyków sztuki za najpiękniejszą z Madonn mistrza.
Ks. Milik tłumaczył to po latach: „Ja miałem tyle na głowie ważnych spraw: organizacja poszczególnych instytucji kościelnych, poczynając od kurii wrocławskiej, odbudowa kościołów, ale przede wszystkim troska o ludzi. To nie był czas, żeby sprawdzać, co jest kopią, a co oryginałem. Zresztą obraz został oficjalnie przekazany jako cenny dar i nikt nie podejrzewał, że doszło do zamiany”.
W 1961 r., z okazji przygotowania monografii poświęconej Lucasowi Cranachowi, Francuzi zwrócili się do wrocławskiej kurii z prośbą o kolorową, bardzo dobrej jakości fotografię „Madonny…”. Padło też  pytanie o kwestię oryginalności dzieła, bo  identycznego „Cranacha” wystawiano właśnie na europejskim rynku sztuki. Dziś, w dobie internetu, taka informacja rozeszłaby się lotem błyskawicy. Wówczas nikt nie podejrzewał, że we Wrocławiu może znajdować się kopia. Przed zrobieniem fotografii, postanowiono poddać obraz kolejnej konserwacji.
Do pracowni, gdzie praktykowała Daniela Stankiewicz, przyszedł człowiek z kurii i przyniósł pakunek. – Obraz przyniesiono z wielką czcią i zastrzeżeniem, że trzeba szczególnie uważać na to arcydzieło, że przynoszą je do pracowni wyjątkowo. (...) Ale jak tylko na nie spojrzałam, wiedziałam, że to nie jest Cranach! I od razu powiedziałam to pracownikowi, który je przyniósł. Wyraził wielkie oburzenie ‒ opowiadała w reportażu TV Republika Daniela Stankiewicz. ‒ W tym obrazie pozornie wszystko było na miejscu. Ale przy zbliżeniu każdy fachowiec zaznajomiony ze starym malarstwem widziałby, że obraz wprawdzie spełniał wszelkie wymogi formalne i kolorystyczne, ale daleko mu było do XVI-wiecznego mistrza. Niczego mu nie brakowało, oprócz Cranacha! ‒ opowiadała Stankiewicz.
 
Konsternacja
W środowiskach i Kościoła, i historyków sztuki zapanowała konsternacja. Daniela Stankiewicz musiała udowodnić, że jej teoria jest prawdziwa. Udało jej się na szczęście zdobyć bardzo dobrej jakości przedwojenne zdjęcie arcydzieła. Potem badała podobrazie (oryginał malowano na drewnie lipowym, kopię ‒ na jodłowym fragmencie zniszczonej drewnianej kwatery z ołtarza gotyckiego). ‒  W tym momencie upewniłam się, że chodzi o fałszerstwo ‒ opowiadała Stankiewicz.
Obrazy były też malowane innymi technikami. Oryginał - techniką temperową, pozwalającą „z olbrzymią precyzją malować detale, frędzle, poszczególne włoski na główce dziecka, liście, perełki”. Tu można było przeprowadzić porównania z innymi obrazami Cranacha, który zafascynowany Dürerem, słynął z umiejętności odtwarzania detali. Zimmer i Kupke malowali farbami olejnymi, które, pomijając ich umiejętności, nie dawały takich możliwości. Wystarczyło choćby przeanalizować podpis mistrza, zawsze staranny, wycyzelowany - tu bardzo niedbały. Dodatkową wskazówkę stanowiła krakelura, czyli siatka spękań na falsyfikacie, charakterystyczna dla malarstwa XX-wiecznego. Ostatecznym potwierdzeniem były zdjęcia rentgenowskie obrazu.
W 1968 r. Daniela Stankiewicz opublikowała wyniki swoich badań w „Historii sztuki”,  piśmie na Zachodzie cenionym przez historyków, znawców i co ważne - marszandów: – Chodziło o to, by rozpowszechnić wiedzę o fałszerstwie i zapobiec próbom sprzedaży dzieła (...). To był strzał w dziesiątkę, bo później już nikt nie chciał tego obrazu kupować. Rozpoczęła się wielka wędrówka „Madonny…” po różnych aukcjach, ale nie było chętnych.
 
Pogoń po Europie
Wróćmy do 1947 r. Ks. Zimmer podmienia obraz, a oryginał wywozi ze sobą, bo zostaje wysiedlony. Podczas przekraczania granicy kładzie sobie zawiniętą w ceratę „Madonnę pod jodłami” na kolanach jako tackę. Na niej stawia szklankę z herbatą. Pogranicznicy kontrolując walizkę natykają się na celowo „podłożony” tam przez Zimmera woreczek ze srebrnymi i złotymi monetami. Zadowoleni z łupu konfiskują go i odchodzą.
Tak „Madonna…” trafiła na teren Niemiec: najpierw do NRD, a potem do RFN. Ks. Zimmer szybko okazał się człowiekiem, który ma olbrzymią słabość do antyków. Spieniężenie arcydzieła Cranacha pozwoliłoby mu na rozwinięcie pasji kolekcjonerskiej. Według niektórych źródeł udało mu się sprzedać „Madonnę…” w latach 60. Franzowi Waldnerowi. Być może jego losy były jednak bardziej tragiczne. – Znaleziono go martwego w jego mieszkaniu, obrazu przy nim nie było. Nie wiadomo do dzisiaj, czy zmarł śmiercią naturalną, czy ktoś się do tego przyczynił. Nie wiemy także, czy wtedy obraz został mu skradziony, czy też wcześniej był już w obcych rękach ‒ mówił na łamach „Gazety Wrocławskiej” ks. Pater.
Nadchodzi rok 1966, czas listu biskupów polskich do biskupów niemieckich. Wtedy sprawa obrazu też została poruszona. Niestety, jest to okres, w którym władze PRL są bardzo negatywnie nastawione do Kościoła. Wysuwają nawet oskarżenia, że to władze kościelne sprzedały obraz Lucasa Cranacha na Zachód. Kiedy w 1971 r. szwajcarski specjalista od malarstwa renesansowego, dr Koeplin, zobaczył na aukcji w Bazylei „Madonnę pod jodłami" stwierdził jej autentyczność i niezwłocznie powiadomił polskie władze konsularne w Kolonii, że należałoby zabezpieczyć obraz i go odzyskać. Niestety rząd PRL nie zareagował.
Polski Kościół nie dawał jednak za wygraną. Poprosił o pomoc nawet Watykan. Papież Paweł VI chciał, po pojawieniu się Cranacha na aukcji w Paryżu, zabezpieczyć go i przyjąć w depozyt do Muzeum Watykańskiego. Niestety nie zdążył. – To prawda, że papież Paweł VI był powiadomiony o tej sprawie, chciał się zaangażować w jego odzyskanie, ale wtedy obraz nagle znikał z rynku sztuki – opowiadał ks. Pater.
Obraz był też przedmiotem „handlu wymiennego” na czarnym rynku dzieł sztuki. Nie pojawiał się już jednak na aukcjach, bo był poszukiwany. Wśród osób zainteresowanych historią sztuki można usłyszeć opowieść o podwójnym oszustwie z Madonną w tle. Jeden z „miłośników sztuki” najpierw kupił dzieło Cranacha (wiedząc, że kupuje je od pasera), a potem zamienił z kimś innym na obraz innego mistrza, który okazał się fałszywką. Oczywiście sam nie mógł iść na policję, bo wcześniej wszedł w posiadanie dzieła nielegalnie.
 
W stronę happy endu
Episkopat Niemiec chciał uczynić gest pojednania w stronę Kościoła polskiego, wykupując dzieło. Paserzy zażądali za nie w 1981 r. 15 mln niemieckich marek, a ta kwota okazała się zbyt wygórowana nawet dla niemieckiego Episkopatu. Powiadomiono jednak o tym wrocławskiego arcybiskupa Henryka Gulbinowicza.
Śledztwo  dotyczące Cranacha przeprowadzili także w latach 80. dziennikarze niemieckich dzienników. Dotarli oni do skruszonego Georga Kupke, który ujawnił im prawdę o Zimmerze. Dopiero wówczas tak naprawdę udało się połączyć wszystkie fakty. ‒ Posiadacz „Madonny pod jodłami” próbował jej się pozbyć. Ale to nie oznacza, że Madonna była na rynku ‒ mówił w TV Republika prof. Wojciech Kowalski z zespołu ds. rewindykacji dóbr kultury MSZ. – Prof. Jan Białostocki, nieżyjący już historyk sztuki o świetnych międzynarodowych kontaktach, powiedział mi kiedyś, że miał wizytę antykwariuszy z Nowego Jorku, którzy złożyli mu propozycję: jeśli Polska zrezygnuje z praw do tego obrazu, to oni są gotowi ufundować dar za niebagatelną wtedy kwotę 200 tys. dolarów dla Muzeum Narodowego w Warszawie. Profesor powiedział mi, że pokazał im drzwi, bo takich rozmów nie chciał prowadzić. Ale to pokazuje, że chętni wiedzieli, iż nawet jeśli kupią obraz, to będą musieli go natychmiast oddać. Kuria wrocławska odświeżała jednak pamięć o obrazie, drukując pocztówki z „Madonną pod jodłami”, wydając kalendarze z tym obrazem i przypominając w mediach  jego historię. I stał się cud. – Nie trzeba było nic za niego płacić. Ani złotówki. To jest swego rodzaju cud. Nie wiemy, gdzie przez lata był przechowywany. Być może w jakimś sejfie w banku szwajcarskim. Nie mamy pewności. Jeden z wysoko postawionych dostojników kościelnych, który posiada liczne kontakty w Watykanie, zdradził mi, że prawdopodobnie przez ostatnie lata „Madonna pod jodłami” wisiała w pewnym zamku na północy Włoch – mówił po odzyskaniu obrazu dyrektor Muzeum Archidiecezjalnego. Tak oto w lipcu 2012 r. po 65 latach obraz wrócił do Wrocławia.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki