Logo Przewdonik Katolicki

Kościół ubogi – czyli jaki?

Cezary Kościelniak

Bieda to nie tylko sprawa portfela, ale także głowy. Podobnie jest z pomaganiem: działaniom musi towarzyszyć nie tylko serce, ale także głowa

Ubóstwo niesie ze sobą kilka znaczeń. W chrześcijaństwie jest świadomym zdystansowaniem się od spraw materialnych. W innym znaczeniu to duchowa pustka. Jednak w najbardziej powszechnym będzie to materialna nędza. Cnota ubóstwa jest świadomym i wolnym wyborem. Ubóstwo ekonomiczne jest przymusowym i niechcianym balastem, często przyczyną wielu nieszczęść. Pojęcie Kościoła ubogiego nie ma jednoznacznych kryteriów. Niekiedy podaje się, że jego wyznacznikiem ma być poziom życia zbliżony do uśrednionej zamożności. Problem w tym, że są w świecie takie miejsca, w których miara ta przestaje coś znaczyć. Księża pracujący na peryferiach Ukrainy opowiadają o miejscowościach, gdzie średnia zamożności to permanentny niedostatek z deficytami pożywienia łącznie, gdzie filiżanka kawy jest luksusem. Natomiast Kościół w Europie Zachodniej, na przykład w Niemczech, ma się bardzo dobrze, za co raz po raz spada na niego krytyka, że jego poziom nie odpowiada standardom ubogich. Dla przypomnienia, niemiecki Kościół utrzymuje się głównie z Kirchensteuer, podatku przekazywanego przez państwo związkom wyznaniowym i pomimo odpływu wiernych nadal pozostaje jednym z najbogatszych na świecie. Zanim weźmiemy się za krytykę tego systemu, powinniśmy pamiętać, że potężne środki przekładają się jednak na sprawnie działające kościelne instytucje, pozwalają utrzymać szkoły, szpitale, hospicja, wydawnictwa, wydziały teologiczne, ale i kosztowne dzieła misyjne. Znalezienie właściwej miary w tej ocenie wcale nie jest takie proste.
Mam poważne wątpliwości, czy dosłowne rozumienie Kościoła ubogiego jest poprawne. Solidarność z potrzebującymi nie oznacza dążenia do życia w niegodnych warunkach. Bieda i ubóstwo same w sobie są czymś destrukcyjnym, zwykle pozbawiającym człowieka godności i domagają się one przezwyciężenia. W takich sytuacjach rola Kościoła jest często pojmowana w kategoriach interwencyjnych. Walka z biedą składa się nie tylko z doraźnej pomocy. Poza poziomem interwencyjnym jest jeszcze poziom o wiele ważniejszy, pozwalający na wykaraskanie się z ubóstwa. Mam na myśli długotrwałe programy wspierające na przykład edukację, przedsiębiorczość, usługi medyczne itp. Warto w tym miejscu powrócić do doświadczenia poznańskich pozytywistów, wśród których nie brakowało księży, choćby ks. Piotra Wawrzyniaka, tworzącego kasy pożyczkowe. W okresie zaborów wielkopolski Kościół  angażował się w aktywizację spółdzielczości i rozwój kultury przedsiębiorczości, gdyż prowadziła ona do zamożności i niezależności. Wielkopolskim pozytywistom towarzyszyło przekonanie, że oprócz rozwiązania konkretnego problemu ekonomicznego potrzebna jest wizja rozwoju, łączącego ekonomię z kulturą.
Aktualni komentatorzy życia Kościoła zajmujący się tematem walki z ubóstwem bardzo rzadko patrzą na temat w kategoriach długofalowego rozwoju, a wręcz przeciwnie –skupiają się na rozwijaniu pomocy doraźnej. Czy rzeczywiście o to chodzi w walce z ubóstwem? Pomoc w wyjściu z biedy musi zakładać, że człowiek któremu niesie się pomoc, ma szansę stanąć na nogi i zacząć żyć godnie. Nie osiągnie się tego bez długofalowych programów wsparcia, ale także zaangażowania ludzi bogatych, potrafiących hojnie sponsorować tego typu projekty. Być może znacznie ważniejsze od udziału w okolicznościowej akcji charytatywnej będzie na przykład regularne wspieranie funduszu stypendialnego. Pomoc w wyjściu z ubóstwa wymaga pokazania sposobu inteligentnego życia, a nie tylko organizacji doraźnej pomocy. Bieda to nie tylko sprawa portfela, ale także głowy. Podobnie jest z pomaganiem: działaniom musi towarzyszyć nie tylko serce, ale także głowa.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki