Idea listu kard. Bolesława Kominka do biskupów niemieckich była planem rozpoczęcia realnego dialogu, wbrew społecznym oczekiwaniom i ówczesnej sytuacji politycznej. Była także odważną wizją Kościoła, który proponuje rozwiązania trudnych spraw, zachęca, by iść do przodu w kierunku pojednania, a na pewno zatrzymania tępej nienawiści, którą wobec Niemców podsycali komuniści, oraz zachęcenia Niemców do przełamania nieczułości na polskie krzywdy. Nienawiść do niczego dobrego nie prowadzi, krzywdy należy przepracować – tak można by streścić ówczesną propozycję biskupów.
Znaczenie listu
Odpowiedź niemiecka na list była jednak rozczarowująca, strona niemiecka nie podzielała intencji polskich biskupów. Jednak pomijamy fakt, że w społeczeństwie niemieckim było utrwalone, że to Polacy są winni utraty ich ziem wschodnich, przez co ich własne winy się zrównały, jakkolwiek brzmi to dla nas absurdalnie nawet i dzisiaj. W muzeum Domu Historii Niemiec w Bonn znajduje się eksponat – ankieta z „Der Spiegel”, zrobiona zaraz po geście Willy’ego Brandta w Warszawie, z pytaniem, czy kanclerz słusznie zrobił, klęcząc na Umschlagplatz. Większość pytanych odpowiedziało, że „przesadził”, a to było sześć lat po liście biskupów i prawie trzydzieści lat po wojnie. Warto tę ankietę przytoczyć, bo przeczy ona narracji pokazującej Niemców jako tych, co przepracowali temat wojny lepiej niż my, traktując nasze roszczenia jako formę awanturnictwa, a list z 1965 roku jakoby miał te relacje szczególnie współkształtować. Tymczasem poza domniemaniami nie ma danych, by miał on jakikolwiek wpływ na zmianę postaw w społeczeństwie niemieckim, rzeczywistość wyglądała jak z ankiety Spiegla.
List jednak stał się punktem odniesienia do wezwania do budowania dobrych relacji. Jeśli obecnie papież Leon XIV cytuje go, to pokazuje, że jest droga do pojednania poprzez – nazwijmy to – gesty wyprzedzające, i że nawet przy braku ogólnego pozytywnego podejścia wobec idei pojednania jest celem, z jakiego nie powinno się rezygnować. Kościół powinien mieć odwagę domagać się czegoś więcej, niż aktualnie się oczekuje. To część jego siły i misji.
Unikamy tematów trudnych
W składzie mówców, towarzyszącej rocznicy listu wrocławskiej konferencji, dominowali Polacy, co jest dowodem słabego wydźwięku tego listu po latach. Poza prof. Zimmerem, mieszkającym skądinąd od lat w Polsce, i udziałem urzędników z Niemiec, w konferencji występują niemalże sami Polacy. Dlaczego? Bo albo temat nie istnieje, albo Niemcy czują, że to pojednanie nie do końca wyszło. Fatalnie wygląda, kiedy jedna strona sama chwali dialog, bez równego udziału strony drugiej. Fakt, że nie zaproszono nikogo z Instytutu Pileckiego z Berlina, gdzie prowadzi się realne działania dialogu historycznego, świadczy o lęku przed stawianiem trudnych pytań o teraźniejszość.
W trakcie obchodów rocznicy zręcznie pominięto aktualne bolączki dialogu polsko-niemieckiego. Polscy biskupi nie upomnieli się o wiedzę o Polsce okupowanej, która w Niemczech jest obecnie zerowa, funkcjonując jedynie w środowiskach specjalistów. I właśnie z tego powodu rodzą się kolejne przekłamania i mity. W narracji niemieckiej Polacy wpierw byli postrzegani jako ofiary, później próbowano przypisać im współpracę w mordowaniu Żydów, by teraz włączać narracje o współudziale w działaniach wojennych. W przestrzeni niemieckiej debaty pojawiają się nowe, skandaliczne sformułowania, jak „rząd krakowski” na terrorystyczne i krwawe władztwo Hansa Franka. Co będzie kolejnym etapem? Ratowanie Polaków przez nazistów? Polscy biskupi na spotkaniu we Wrocławiu powinni to poruszyć i zaproponować na przykład projekt edukacyjny, jednak nic takiego nie miało miejsca. Nie wspomniano również o niebezpiecznych wypowiedziach polityków AfD, łącznie z podnoszonym tonem rewizjonistycznym w stosunku do polskich ziem zachodnich, o których przynależności nie decydowano przecież nad Wisłą czy Sprewą. Niepodjęcie tych tematów, a one rodzą napięcia, jest paradoksem, bo właśnie analogiczne napięcia i niedomówienia były pobudką do napisania listu w 1965…
Wygrał lęk
Biskupi niemieccy natomiast ulegli lękowi i nie potrafili powiedzieć, że w naszych, polskich emocjonalnych odniesieniach, często na poziomie politycznym, z łatwością wypowiada się inwektywy czy sprowadza się napięcia we współpracy sąsiedzkiej do argumentu ad hitlerum. Jeszcze kilka lat temu takie narracje były traktowane jako skrajne i niepoważne, jednak obecnie można je zauważyć niemalże w każdym komentarzu w tematyce niemieckiej w mediach społecznościowych, co prowadzi jeśli nie do germanofobii, to w sposób intencjonalny buduje niechęć wobec sąsiadów. W ostatnich trzydziestu latach Kościół niemiecki materialnie bardzo polskiemu pomógł, nie sposób zatem użyć argumentu, że pozostał tylko w sferze deklaracji – to również na tym spotkaniu nie wybrzmiało.
Wielkim tematem tabu była sprawa polskich start wojennych, a temat ten leży na politycznym stole. Łatwo można policzyć, że uznanie ziem odzyskanych nie wyrównuje rachunku strat wojennych, utraconych ziem, zniszczeń, łącznie z obróceniem Warszawy w ruinę, a przede wszystkim wymordowanie milionów ludzi. Raportu polskich strat wojennych nie sposób ignorować. Wobec faktów czynienie z Polaków współsprawców lub tych, co na wojnie zyskali, jest nie do przyjęcia. Nie ma powodów, by ten temat omijać, ale też nie ma powodów, by robić to w stylu uwłaczającym drugiej stronie, jak często ma to miejsce. Trzeba mieć na uwadze, że kolejne powojenne pokolenie Niemców i prawie 20 proc. obywateli Niemiec z pochodzenia nieniemieckiego faktycznie nie czuje już tej odpowiedzialności za wojnę, co nie oznacza, że stoi ono po stronie sprawców. Należy o tym rozmawiać, zwłaszcza przy takich okazjach, bo ostatecznie jakie inne okoliczności byłyby lepsze?
Relacje polsko-niemieckie nie są złe
Dla pewnej, niestety małej, grupy katolików i ludzi dobrej woli w Niemczech ten list jest świadectwem jednego z nielicznych punktów odniesienia do pozytywnych, wzajemnych relacji po wojnie, to jest pewien wspólny kapitał. W społeczeństwie niemieckim stosunek wobec Polaków jest obojętno-pozytywny, wcale nie negatywny, wcale nie nienawistny, jak u nas czasem się podaje. Niemcy przybywający do Polski są nią zachwyceni, chcą wracać, współpraca między ludźmi jest całkiem niezła, wymiana gospodarcza również. Oba państwa są sojusznikami w NATO. Jest więc kanwa do dobrego dialogu. Jednak na poziomie eklezjalnym ta podstawa jest bardzo słaba, polscy biskupi wyrażają przeciwny wektor zmian obyczajowych, za jakimi optuje większość biskupów niemieckich. Być może to jest klucz do zrozumienia dystansu, jaki wyraził się we Wrocławiu, po obu stronach, i może właśnie z tej racji nie chciano wejść mocniej w tematy historyczne?
Kilka miesięcy temu prof. Andrzej Nowak, na zaproszenie posłów AfD, partii, której prominentni politycy publicznie krytykują Polskę, miał w Berlinie interesujący wykład o perspektywach tego, co dzieli, ale i tego, co łączy Niemców i Polaków – wykład jest do odsłuchania na YouTubie. Warto jednak zauważyć, że zapraszający zupełnie nie odnieśli się w dyskusji do tez profesora, co więcej, właśnie po nim następuje eskalacja ich antypolskich wypowiedzi. Tymczasem prof. Nowak zarysował paletę tematów do nowego otwarcia, także historycznych, które Niemców i Polaków łączą setki lat, o czym często się zapomina. Jeśli mamy zrestartować nasze relacje, to trzeba wyznaczyć punkty odniesienia – niestety we Wrocławiu nic takiego się nie pojawiło. Zasadnicza większość prelegentów była tak dobrana, że wiadomo było, co powiedzą.
Wydaje się, że wrocławskie obchody pozostają niewykorzystaną szansą nowego otwarcia w relacjach polsko-niemieckich, zwłaszcza w kontekście coraz częściej pojawiających się głosów próbujących oba narody antagonizować.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













