Logo Przewdonik Katolicki

500 na duży plus

Piotr Wójcik
Fot. kpg_ivary/fotolia

Po prawie pięciu miesiącach działania programu „Rodzina 500 plus” widać, że może on przynieść więcej pożytku, niż się na początku wydawało.

Chyba jeszcze żaden program społeczny w naszym kraju nie spotkał się z tak intensywnym atakiem, jaki w ostatnim czasie dotknął „Rodzinę 500 plus”. Pojawiające się wobec niego zarzuty mają bardzo różny charakter i rozciągają się od marnotrawstwa publicznych pieniędzy, przez negatywne efekty na rynku pracy, po degenerujący wpływ, jaki 500 zł na dziecko miałoby mieć na posiadających dzieci Polaków, szczególnie tych mniej zarabiających i posiadających rodziny wielodzietne. Z wszystkich tych wyrażanych w różnych okolicznościach zarzutów przebija słabo skrywana niechęć i lekceważenie polskich obywateli z dolnych grup dochodowych. Jednak nawet po wydestylowaniu z nich merytorycznych argumentów, także one okazują się mocno wątpliwe.
 
Na podstawowe potrzeby
Najczęściej pojawiającym się zarzutem wobec „500 plus” jest rzekome zmarnotrawienie tych środków przez beneficjentów. Słyszeliśmy, że „500 plus” zamiast zwiększyć komfort życia dzieci i zasilić polską gospodarkę, miałoby wzmocnić przede wszystkim przemysł spirytusowy. Inaczej mówiąc, Polacy wydadzą zasiłki na wódkę, a nie na dzieci. Pierwsze badania i dane zupełnie tych obaw nie potwierdzają. Dane o sprzedaży detalicznej pokazują, że ruszyła przede wszystkim sprzedaż odzieży, mebli oraz sprzętu RTV i AGD. Natomiast badania SGH pokazują, że Polacy pożytkują „500 plus” głównie na żywność, ubrania oraz edukację swych pociech. Wszystkie z wymienionych wydatków bez wątpienia podwyższą komfort życia dzieci oraz całych rodzin. Widać też, że środki te trafią w pierwszej kolejności właśnie do polskich firm. W końcu w branży spożywczej jesteśmy potentatami, a również w branży odzieżowej mamy sporo liczących się marek. Natomiast jeśli chodzi o nieco bardziej skomplikowaną produkcję, to nasze rodzime firmy obecne są przede wszystkim właśnie w... meblarstwie oraz produkcji AGD.
Oczywiście nie ma co się oszukiwać – w Polsce istnieją też rodziny patologiczne. Tak więc drobna część środków zostanie spożytkowana na wydatki, których lepiej, gdyby nie było. Jednak chociażby nagłośnione trzy przypadki pijaństwa za „500 plus” ze 115-tysięcznego Włocławka pokazują, że takie przypadki będą marginalne. Tymczasem politykę społeczną należy projektować z perspektywy większości społeczeństwa, a nie dostosowywać ją do wąskiego marginesu. Czy fakt, że drobna część środków rzeczywiście zostanie zmarnotrawiona, oznacza, że powinniśmy zrezygnować z pomocy tysiącom rodzin? 
Faktem jest, że odnotowano również wzrost liczby sprowadzanych używanych aut, co niektórzy komentatorzy także uznali za dowód złego wydawania tych środków i negatywny efekt programu. Na nasze ulice miałyby wyjechać kolejne „rzęchy z Niemiec”, a środki z „500 plus” zamiast działać stymulująco na gospodarkę Polski, miałyby zasilić rynek używanych aut w Niemczech. Jednak zakup auta, nawet używanego, dla wielu rodzin to zupełnie rozsądny wydatek. Przecież możliwość podwiezienia dziecka na zajęcia pozalekcyjne lub zorganizowania szybkiego wypadu za miasto bez wątpienia będzie dla najmłodszych korzystna. Podobnie zresztą dla całej gospodarki. W końcu doprowadzi to do zwiększenia mobilności polskiej siły roboczej, szczególnie na prowincji, gdzie transport zbiorowy zupełnie niedomaga. A wzrost mobilności znacznie poprawia sytuację na rynku pracy. Dzięki temu pracownik może podejmować zatrudnienie także z dala od miejsca zamieszkania, o czym bez auta mógł jedynie pomarzyć. A ma to niebagatelne znaczenie w kraju, w którym są tak duże różnice między powiatami w płacach, produktywności i stopie bezrobocia. Inaczej mówiąc, zakup auta, nawet używanego, może być zupełnie podstawową inwestycją dla rodziców oraz całej rodziny.
 
Spadek aktywności? Niekoniecznie
Eksperci krytykujący program „500 plus” zwracają uwagę na szereg rzekomych zagrożeń, które sprowadza on na gospodarkę naszego kraju. Zasiłek na dzieci miałby obniżyć aktywność zawodową Polaków z dolnych grup dochodowych, którym przestanie się opłacać pracować, co z kolei zmniejszy dynamikę gospodarki oraz zwiększy kłopoty pracodawców ze znalezieniem rąk do pracy. Symbolem tego stali się już polscy plantatorzy truskawek, którzy w tym sezonie mają wyjątkowe problemy z zatrudnieniem pracowników, gdyż Polacy już nie tak ochoczo chcą zbierać owoce za 1,50 zł od koszyka. Dodatkowo, powstanie w Polsce ubezwłasnowolniona podklasa ludzi uzależnionych od zasiłków, którzy nie będą się garnąć do żadnej aktywności, poza płodzeniem dzieci. 
Fakt, że 500-złotowy zasiłek na dziecko może być dla wielu Polaków konkurencyjny wobec podejmowania zatrudnienia, jest wielce wymowny. Tylko że zarzut ten powinien odnosić się do polskiego rynku pracy, a w szczególności płac w Polsce, które są niskie. Wskaźnikiem, który pozwala określić poziom zarobków, uwzględniając poziom rozwoju, jest udział płac w PKB. W Polsce wynosi on zaledwie 36,6 proc. PKB, przy średniej unijnej 47,5 proc. Jest on znacznie wyższy nawet w krajach naszego regionu – w Czechach wynosi 39,9 proc., na Słowacji 38,4, na Węgrzech 42,3, a w Estonii nawet 48,1. Nie mówiąc o krajach zachodniej UE: w Niemczech to 50,8 proc., a w Danii 52,9 proc. Co więcej, polskie płace są szczególnie niskie na dolnych szczeblach drabiny dochodowej. Pokazuje to odsetek „biednych pracujących”. Pracownicy zagrożeni ubóstwem stanowią w naszym kraju 10,6 proc. ogółu zatrudnionych. To niemal dwukrotnie więcej niż na Słowacji (5,7 proc.). Na Węgrzech jest 6,4 proc. pracujących, a w Czechach tylko 3,6 proc.
Tak więc, jeśli część nisko zarabiających Polaków rzeczywiście odejdzie z rynku pracy, to uczyni to nie z wrodzonego lenistwa, ale dlatego, że dostępne dla nich oferty pracy zapewniają bardzo niskie wynagrodzenie. A w sytuacji posiadania innego źródła dochodu, podejmowanie pracy za półdarmo po prostu się nie kalkuluje. W końcu każda praca łączy się z kosztami transakcyjnymi, takimi jak poświęcony czas, który w tej sytuacji będzie można spożytkować na coś innego, np. na szukanie lepszej pracy albo dokształcenie się. Każdy człowiek ma wrodzone dążenie do poprawy swego bytu i dotyczy to także osób z dolnych warstw dochodowych. Dlaczego nikt nie obawia się, że menedżerka mająca czwórkę dzieci nie odejdzie z pracy po otrzymaniu „500 plus”? Ponieważ rezygnacja z wysokiej pensji z powodu 1,5 tys. zł zasiłku byłaby zupełnie nierozsądna. Możemy być więc pewni, że także ci, którzy obecnie zrezygnowali z harówki przy zbieraniu owoców za tysiąc złotych miesięcznie, chętnie podejmą pracę, która zapewni im lepsze warunki. A jeśli w wyniku „500 plus” takie oferty się pojawią, aktywność zawodowa w Polsce może nawet wzrosnąć.
 
Wzrost płac to wzrost popytu
Finalnie więc program „500 plus” powinien spowodować przede wszystkim wzrost najniższych płac. Co już się zresztą dzieje. Świeżo po wprowadzeniu programu podwyżki ogłoszono w Biedronce i Lidlu. Motywowane były one głównie obawą przed odejściem z pracy części kasjerek. Tymczasem wzrost najniższych płac będzie miał zbawienny wpływ na gospodarkę, gdyż podwyższy popyt wewnętrzny. Wielu polskich przedsiębiorców cierpi z powodu bariery popytowej, czyli z powodu braku dostatecznej liczby klientów. Pełne włączenie do wymiany gospodarczej nisko zarabiających Polaków może napędzić popyt wielu polskim firmom, które produkują najczęściej towary pierwszej potrzeby i tańsze. A to głównie takie kupują mniej zamożni. Tak więc na finalnym efekcie „500 plus” skorzystają także ci, którzy obecnie załamują ręce. Owszem, będą musieli nieco więcej zapłacić pracownikom, ale odbiją to sobie dzięki zwiększeniu liczby klientów i usług. Po prostu wielu Polaków po raz pierwszy stać będzie na regularne kupowanie owoców albo wyjazd na wakacje. Na czym zresztą już korzystają polskie miejscowości wypoczynkowe, co niechętni „500+” komentatorzy z właściwą sobie swadą określili „najazdem Hunów”.
Istnieje jedna mocno rozwijająca się w Polsce branża, która może spodziewać się mniejszych dochodów w wyniku „500+”. Mowa o pożyczkach pozabankowych. Niektóre firmy pożyczkowe już teraz notują spadek popytu na ich produkty o jedną trzecią. Tylko że trudno się martwić kłopotami tej akurat branży. Jeśli Polacy będą w mniejszym stopniu zmuszeni do brania bardzo wysoko oprocentowanych pożyczek, które często prowadzą ich do wpadnięcia w spiralę długu, to wyjdzie to dla nich tylko na dobre.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki