Logo Przewdonik Katolicki

Piątka bez plusa

Piotr Wójcik
fot. Sebastian/Fotolia

Trzynasta emerytura jest kiełbasą wyborczą. Dużo lepiej byłoby podnieść emeryturę minimalną i dofinansować usługi opiekuńcze dla seniorów oraz służbę zdrowia.

Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do zerwania z modelem liberalnej polityki społecznej, co jest dużą zasługą tej partii. Problem w tym, że w tej dziedzinie coraz częściej pojawiają się postulaty mało przemyślane i nastawione głównie na zdobycie głosów wyborców.

Tak zwana piątka Kaczyńskiego, zawierająca nowe postulaty socjalne partii rządzącej, pokazuje wyraźnie, że Prawo i Sprawiedliwość odczarowało nad Wisłą pojęcie redystrybucji i polityki społecznej. Wcześniej, przez prawie 30 lat istnienia III RP, oba pojęcia były niemalże skompromitowane, kojarzyły się z ustrojem słusznie minionym i wypowiadane były w debacie publicznej co najwyżej półgębkiem. Prym wiodły takie pojęcia jak rozwój, wzrost czy modernizacja. Systematyczny wzrost PKB miał automatycznie zapewnić dobrobyt w Polsce, a rynek miał jego owoce podzielić odpowiednio w stosunku do zasług.
W drugiej kadencji rządów Platformy Obywatelskiej zaczęło wychodzić jednak na jaw, że te owoce nie są dzielone sprawiedliwie, a duże grupy społeczeństwa są w różny sposób poszkodowane. W 2015 r. PiS dobrze odczytało nastroje społeczne i w efekcie wygrało podwójne wybory pod hasłami socjalnymi i ekonomicznie równościowymi. Od tamtej pory partie z głównego nurtu nie boją się podnosić haseł redystrybucji, a kolejne pomysły na politykę społeczną pojawiają się jak króliki z kapelusza.
Problem w tym, że coraz częściej pojawiają się postulaty mało przemyślane i nastawione głównie na zdobycie głosów wyborczych, a nie na rozwiązywanie problemów społecznych. „Piątka Kaczyńskiego” również takie nietrafione pomysły zawiera. Ze szkodą dla samej redystrybucji.
 
Trzy modele polityki społecznej
Redystrybucja jest jednym z najważniejszych zadań współczesnego państwa, przynajmniej w świecie rozwiniętym, do którego od kilku już lat należymy. Rynek okazał się bardzo skuteczny w dostarczaniu produktów konsumentom, jednak niezbyt sprawny w sprawiedliwym dzieleniu owoców wytwarzanego bogactwa. Zamożniejsi mają przewagę negocjacyjną nad uboższymi, z której ochoczo korzystają, co sprawia, że ich dochody bywają nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich wkładu.
Polityka społeczna ma więc dostarczać tym słabszym dobra, usługi oraz środki pieniężne potrzebne na zaspokojenie potrzeb. Ma ona również przeciwdziałać tworzącym się na wolnym rynku patologiom społecznym, takim jak alkoholizm czy przestępczość, które są bezpośrednio związane z ubóstwem. A finalnie, dzięki redystrybucji, państwa zmniejszają nierówności ekonomiczne, które zbyt wysokie są złe same w sobie, gdyż zawężają chociażby dostęp do władzy.
Wyróżnia się trzy główne modele polityki społecznej. Model liberalny jest oczywiście zdecydowanie najwęższy. W najmniejszym stopniu ingeruje on w rynek, jego programy są bardzo selektywne, kierując wsparcie do wąskiego grona beneficjentów, a wśród wielu instrumentów redystrybucji w modelu tym zdecydowanie dominuje pomoc socjalna, czyli wsparcie najuboższych. W modelu konserwatywnym polityka społeczna skierowana jest głównie do rodzin, a nie jednostek. Ważny w tym modelu jest też aspekt ubezpieczeniowy: beneficjentami różnorakich zasiłków są głównie ci, którzy płacą składki. Natomiast najbardziej szczodrym jest model socjaldemokratyczny. Zaspokaja on także te potrzeby, które można zdobyć na rynku. Jest on dużo bardziej powszechny. Większość oferowanych świadczeń i usług jest skierowanych do całego społeczeństwa, a nie tylko najbardziej potrzebujących czy płacących składki. Głównym kryterium przyznawania świadczeń nie jest więc dochód, tylko konkretna potrzeba. Dzięki temu nie stygmatyzuje on odbiorców, a bogatsi nie czują się wykluczeni z programów społecznych.
 
Zaciskanie pasa
W Polsce przez lata funkcjonowało połączenie modeli liberalnego oraz konserwatywnego, i to w bardzo wąskim zakresie. Zdecydowanie najważniejszym z wydatków społecznych od początku III RP były emerytury i renty. U początków transformacji stały się sposobem rozładowywania bezrobocia, które w latach 90. wręcz eksplodowało i utrzymywało się na poziomie około 20 proc. aż do pierwszej dekady XXI w. Dlatego też dość długo utrzymywano wiele uprawnień emerytalnych niektórych grup zawodowych, a także lekką ręką posyłano Polki i Polaków na renty.
Jednak pozostałe świadczenia były już koszmarnie niskie i ograniczone do bardzo wąskich grup. Próg dochodowy uprawniający do skorzystania z pomocy społecznej był niezwykle niski, a świadczenia do dziś wynoszą po kilkaset złotych. Jeszcze bardziej dobitnym przykładem jest zasiłek dla bezrobotnych, który wbrew nazwie ma w Polsce charakter ubezpieczeniowy, tzn. beneficjenci muszą najpierw odprowadzać odpowiednie składki na Fundusz Pracy. Prawo do niego ma około 15 proc. bezrobotnych, a wydatki na świadczenia dla osób bez zatrudnienia są niemal najniższe w Europie i wynoszą 0,2 proc. PKB.
Nieco zmieniło się jeszcze w drugiej kadencji rządów PO, gdy coraz głośniej mówiono o nieciekawej sytuacji ekonomiczno-społecznej nad Wisłą. Wprowadzono wtedy m.in. ulgi podatkowe dla rodziców, które w ubiegłym roku wyniosły niecałe 100 zł miesięcznie na jedno dziecko, a także „Kosiniakowe”, czyli zasiłek dla matek na macierzyńskim, które wcześniej pozostawały bez pracy. Szybko rosła także liczba miejsc w przedszkolach, a dodatkowo wprowadzono obowiązkowe miejsca w przedszkolach dla dzieci od lat czterech. Za PO wprowadzono także program „Maluch”, który dofinansowywał tworzenie miejsc w gminnych żłobkach. Z drugiej strony jednak podniesiono wtedy wiek emerytalny, co oczywiście miało ograniczyć wydatki na świadczenia emerytalne. Słusznie zostało to gremialnie skrytykowane przez związki zawodowe, które zauważały, że wiele grup zawodowych nie jest w stanie pracować do 67. roku życia.
 
Przykre skutki oszczędzania
Już na początku drugiej dekady XXI w. coraz bardziej widoczne było, że bardzo ograniczony charakter redystrybucji w Polsce ma fatalne konsekwencje. Wycofanie się państwa i samorządów ze świadczenia usług mieszkaniowych (mieszkania komunalne to zaledwie 6 proc. lokali w Polsce) sprawiło, że wielu młodych nie miało jak zdobyć dachu nad głową – najem był zbyt drogi, a do zakupu potrzebna była zdolność kredytowa, której z powodu „uśmieciowienia” rynku pracy bardzo wiele osób nie miało. To zaś sprawiało, że mnóstwo osób odkładało decyzję o założeniu rodziny, co przełożyło się na jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie – w 2013 r. sięgnął on nad Wisłą dna i wyniósł 1,29 (gorzej było tylko na Półwyspie Iberyjskim). Coraz częściej wskazywano również, że fatalna sytuacja w służbie zdrowia jest wynikiem przede wszystkim jej niedofinansowania – wydatki na publiczną służbę zdrowia w Polsce w stosunku do PKB są jednymi z najniższych w Europie.
Z powodu możliwości omijania wymogu płacy minimalnej, „dzięki” stosowaniu umów cywilno-prawnych, fatalnie wyglądała też sytuacja części pracowników. Odsetek pracowników zagrożonych ubóstwem sięgał w pewnym momencie 12 proc. (dla porównania: w sąsiednich Czechach było ich trzy razy mniej). Wskaźnik zagrożenia ubóstwem całego społeczeństwa sięgał 18 proc., będąc wyraźnie wyższym od średniej unijnej, choć było to w czasie, gdy strefa euro przechodziła ciężki kryzys, podczas którego my byliśmy „zieloną wyspą”. W III RP szybko rosły również nierówności dochodowe – w 2009 r. wskaźnik Giniego (im wyższy tym większe nierówności) wyniósł 31,4, przy średniej UE 30,6, choć przecież z PRL-u wychodziliśmy z jednymi z najniższych nierówności w Europie.
 
Dobry początek
Pomysły społeczne PiS, dzięki którym partia ta wygrała wybory, w większości były przemyślane i dobrze odpowiadały na problemy społeczne. „500 plus” było najszybszym do uruchomienia programem prorodzinnym, co było niezbędne z powodu załamania się dzietności w naszym kraju. Był on też powszechny, to znaczy nie wykluczał najzamożniejszych, tak więc wprowadzał elementy socjaldemokratyczne do polskiej polityki społecznej. Powszechna jest również 300-złotowa wyprawka szkolna. „Mieszkanie plus” to na papierze niezwykle ciekawy i kompleksowy program publiczny zapewniający dach nad głową Polakom, także tym średnio zarabiającym. Problem z nim jest taki, że jak na razie pozostaje on niewypałem – obiecano setki tysięcy mieszkań, a jak na razie jest co najwyżej kilka tysięcy (co nie zmienia faktu, że koncepcyjnie to bardzo dobry pomysł). Świetnym ruchem było także wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, która uniemożliwiła płacenie kilku złotych na godzinę na umowach zlecenie. Dzięki zdecydowanemu, bo trzykrotnemu, podniesieniu nakładów na program „Maluch plus” szybko rośnie też liczba miejsc w żłobkach nad Wisłą.
Ta prosocjalna i redystrybucyjna ofensywa PiS przyniosła realne efekty. Wskaźnik dzietności wzrósł w zaledwie dwa lata z 1,32 w 2015 r. do 1,48 w 2017 r., dzięki czemu Polska wskoczyła pod tym względem z przedostatniego miejsca do drugiej dziesiątki. Wskaźnik nierówności Giniego spadł w 2017 r. do 29,2, co jest już wyraźnie niższe niż średnia UE i nie tak znowu wyższe od szwedzkiego (28,0). Odsetek pracujących zagrożonych ubóstwem spadł poniżej 10 proc., a zagrożenie ubóstwem całego społeczeństwa spadło do 15 proc., co było największą krajową redukcją ubóstwa w całej UE. Oczywiście część tej poprawy należy zaliczyć też na konto bardzo dobrej koniunktury, ale programy redystrybucyjne bez wątpienia odegrały tu ważną rolę. Nie udało się zmniejszyć problemów mieszkaniowych Polaków „Mieszkaniem plus”, a także nie zwiększono nakładów na służbę zdrowia, jednak można było mieć nadzieję, że w kolejnych krokach PiS zajmie się także tymi problemami.
 
Nietrafiona piątka
Niestety „piątka Kaczyńskiego” rozwiała te nadzieje. Kolejne zaproponowane przez PiS pomysły na politykę społeczną nie sprawiają wrażenia przemyślanych, a jedynie nakierowanych na zdobycie głosów. Wskazuje na to szczególnie termin ich wprowadzenia – trzynasta emerytura zostanie przekazana w miesiącu wyborów europejskich, a „500 plus” na pierwsze dziecko kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi. Rozszerzenie „500 plus” można uznać jeszcze za dobry pomysł – jest on logicznym rozszerzeniem tego programu. Choć należałoby to raczej wprowadzać stopniowo, poprzez wyraźne podwyższanie progu dochodowego uprawniającego do świadczenia już od pierwszego dziecka, dzięki czemu budżet państwa nie byłby narażony na nagły wzrost kosztów. Ale sama idea jest uzasadniona – na pewno zwiększy to u Polaków gotowość do posiadania dzieci, za to zmniejszy „mechanizm dezaktywacyjny”. Próg dochodowy mógł działać na niektóre kobiety zniechęcająco do pracy, bo jego przekroczenie powodowało odebranie świadczenia na pierwsze dziecko.
Podwyższenie kosztów uzyskania przychodu dla pracowników również jest uzasadnione – nie były one podwyższane od lat. Jednak już trzynasta emerytura jest zwyczajną kiełbasą wyborczą i to dosyć kosztowną (około 7–8 mld zł). Nie rozwiąże ona problemów emerytów, które tkwią gdzie indziej. Poza tym jest jednorazowa, a więc nie jest rozwiązaniem systemowym. Dużo lepiej byłoby podnieść emeryturę minimalną, która jest obecnie poniżej minimum socjalnego, a także dofinansować usługi opiekuńcze dla seniorów oraz służbę zdrowia, z której emeryci korzystają częściej niż młodzi. Te trzy rozwiązania dużo lepiej wsparłyby emerytów i to nie tylko w roku wyborczym, ale także w przyszłości. A ich koszt mógłby być taki sam.
Kompletnie irracjonalne jest też zniesienie podatku PIT dla osób do 26. roku życia. Obecnie młodzi pracownicy nie mają większych problemów ze znalezieniem pracy, a część z nich zarabia więcej niż ich starsi koledzy. Dlaczego oni mają nie płacić podatku, a zarabiający mniej 30-latkowie będą musieli? Tymczasem w Polsce jest wciąż duża grupa długotrwale bezrobotnych oraz biernych zawodowo, szczególnie wśród osób starszych. I to ich aktywizacją należałoby się zająć, co kosztowałoby ułamek kwoty, którą budżet straci na zniesieniu PIT dla 26-latków. Co gorsza, rozwiązanie to wprowadzi kolejną furtkę do unikania podatku dochodowego. A zamiast obniżyć główną stawkę PIT do 17 proc., czego większość pracujących nawet nie odczuje, należałoby wprowadzić dodatkową obniżoną stawkę 12 proc. (przy utrzymaniu 18-procentowej) dla najmniej zarabiających.

PiS bez wątpienia doprowadził do zerwania z modelem liberalnej polityki społecznej, co jest jego dużą zasługą. Niestety jego najnowsze propozycje zmierzają ku nieracjonalnej polityce społecznej. Tymczasem wciąż wiele kwestii społecznych leży odłogiem. A przy takim podejściu partii rządzącej, której głównym motywem działania stały się głosy wyborcze, wciąż będą one czekać na rozwiązanie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki