Logo Przewdonik Katolicki

Wakacje z dziadkami

Michał Bondyra
Dla dzieciaków dwa miesiące wakacji to czas beztroski. Dokładnie odwrotnie podchodzą do tego wiecznie zagonieni rodzice / fot. Fotolia

Wakacje dzieci z dziadkami stają się często dla zapracowanych rodziców ostatnią deską ratunku. By wnuki u dziadków nie czuły się jak w przechowalni, a jakość wspólnie spędzonego czasu wzmocniła międzypokoleniowe więzi, trzeba się trochę natrudzić.

Dla dzieciaków dwa miesiące wakacji to czas beztroski. Dokładnie odwrotnie podchodzą do tego wiecznie zagonieni rodzice. To oni muszą kombinować, jak zapewnić dobrą opiekę swoim pociechom przez długich 60 dni. Pierwsza myśl: dziadkowie jest oczywista i trafna. By jednak wcielić ją w życie, trzeba się trochę natrudzić i postępować według niepisanych reguł. Dziadkowie mają bowiem swoje prawa, przyzwyczajenia, no i… plany.
 
Déjà vu
Pani Teresa i pan Jan od kilku miesięcy są na emeryturze. To dla nich nowa sytuacja. Przez całe życie przecież pracowali. Oboje w wymagającej pracy w komercyjnych bankach. Po 40 latach wreszcie czasu mają więcej. Na wspólny wyjazd, ale i na to, by wreszcie w większym wymiarze zająć się dwójką wnuków: Kacprem i Michałem. – W latach 90. sami bardzo dużo korzystaliśmy z pomocy moich rodziców – zaczyna pani Teresa. – Nasz syn u babci spędzał cały miesiąc wakacji – dodaje. Ich syn – pan Piotr też pamięta tamten czas. – Do dziś z nostalgią wspominam przepyszne kotlety w beszamelowym sosie i galaretki z bitą śmietaną, jakie serwowała babcia. Pamiętam też wypady nad jezioro, na ogród, no i grę w piłkę – wymienia. Dziś sam ma dwójkę dzieci i co roku staje przed dylematem, jak im zorganizować wakacje. Dwa tygodnie wspólnego urlopu, dyżur w przedszkolu, półkolonie mogą zapewnić dwójce jego synów atrakcyjny czas na miesiąc, pięć tygodni. A co z pozostałym czasem? – Zostają dziadkowie, którzy teraz tego czasu mają więcej niż jeszcze dwa lata temu – mówi z nadzieją, która w tym roku znalazła pokrycie w rzeczywistości.
 
Bez wegetacji
Gdy pani Teresa i pan Jan pracowali, swojemu synowi Piotrowi pomagali w znacznie mniejszym wymiarze. – Sami mieliśmy tylko trzy tygodnie urlopu, a czasem trudno było nam zgrać terminy, by spędzić go razem – tłumaczy pani Teresa. Wtedy starszego, dziś 11-letniego Michała brali na tydzień. Z jego rodzicami panem Piotrem i panią Martą dogadywali się dużo wcześniej. – Pół roku przed wakacjami pytałam syna, kiedy planują swój urlop i proponowałam, że możemy wziąć naszego starszego wnuka na tydzień do siebie – mówi. Dlaczego nie obu? – pytam. – Bo między nimi jest duża różnica wieku, każdy z nich ma inne zainteresowania, jest na innym poziomie emocjonalnym i trudno byłoby poświęcić obu tyle samo uwagi – dodaje pan Jan. Trzyletni Kacper uwielbia militaria, 8 lat starszy Michał to z kolei miłośnik przyrody i kolei. Ich dziadkowie to ludzie aktywni i bardzo przejmujący się swoją rolą. Dlatego mówią wprost, że nie chcą, by dzieci u nich „wegetowały”. – W zeszłym roku Michał pływał z nami statkiem, odwiedził park dinozaurów, chodził po lasach i jeździł zabytkową kolejką. Na większość tych atrakcji Kacper byłby za mały – przyznaje pan Jan. Tak samo jak na góry, w które w tym roku wraz z Michałem pojechali wspólnie. – Dziennie robiliśmy trasy po kilka, a nawet kilkanaście kilometrów, Kacper nie dałby rady – zapewnia pani Teresa. No dobrze, ale co, gdy z dziadkami wypoczywa jeden wnuk, mają zrobić rodzice z drugim dzieckiem? – Na dwa tygodnie do Kacpra przyjechała druga babcia, tydzień spędziła z nim u nas w domu kuzynka żony – wylicza pan Piotr. – Proponowaliśmy już, że weźmiemy na tydzień też Kacperka, ale jego rodzice boją się, że nie podoła on emocjonalnej rozłące – przyznaje pani Teresa.
 
Baza danych
Szczerze, spokojnie, bez agresji, do tego konstruktywnie, z przekazaniem możliwie wielu informacji – tak na moje pytanie, jak rozmawiać z dziadkami o tym, by zajęli się dziećmi, odpowiada pani Teresa. – Inicjatywa powinna wychodzić od samych rodziców, by potem nie było zarzutów, że dziadkowie znów się wtrącają – dodaje. Teraz kiedy pani Teresa i pan Jan są na emeryturze, takie rozmowy o wakacjach z wnukami mieli ze swoim synem i synową na dwa tygodnie przed terminem ich realizacji. – Nie pracujemy, więc tak wiele czasu na poukładanie spraw nie potrzebujemy – wyjaśnia pan Jan. Taka rozmowa jest jak baza danych. Dziadek Kacpra i Michała zwraca uwagę, jak ważne podczas niej jest doprecyzowanie kilku spraw: – Rodzice muszą koniecznie powiedzieć, co dziecko lubi, a czego nie lubi jeść, że na przykład Michał woli na śniadanie płatki niż chleb z szynką.
Dziadkowie muszą też mieć świadomość, że ich wnuk na przykład szybciej się męczy. – Michał ma astmę, więc dzięki jego rodzicom wiemy, co i kiedy mu podawać i jak dozować wysiłek, żeby mu nie zaszkodzić – dodaje pani Teresa. Pan Jan zauważa z kolei, że choć wakacje są głównie po to, by wypoczywać, nie mogą być też wolne od pewnych obowiązków. – Nasz syn mówił nam, że Michał musi dużo czytać i pisać, bo robi błędy ortograficzne, dlatego co drugi dzień na przemian to czytał książkę, to pisał dyktando – mówi. Pan Jan zwraca też uwagę, że wakacje z dziadkami to dobry czas na to, aby skorygować u dziecka to, czego w codziennym zabieganiu nie zauważają rodzice. – Gdy Michał pisał, zauważyliśmy, że źle trzyma długopis, przez co niewyraźnie i z większym wysiłkiem szło mu stawianie liter. Skorygowaliśmy to, bo mieliśmy na to czas – przyznaje.
 
Nie-przechowalnia
Panią Teresę i pana Jana od wnuków dzieli blisko 100 km. – Wiem, że na co dzień, gdy trzeba zająć się szybko dziećmi syn i synowa muszą szukać niani albo pani babci. Wtedy dziecko oddawane jest jak do przechowalni. Nam zależy, by jeśli któryś z chłopców spędza czas z nami, czuł się tu jak w domu – chciany i kochany – zauważa babcia Kacpra i Michała. Dlatego oboje z mężem największą wagę przykładają do jakości czasu, jaki spędzają z wnukami. – Przy tej rozpiętości wieku naszych wnuków i moim zdrowiu nie bylibyśmy w stanie zapewnić takiej jakości, jaką byśmy chcieli – przyznaje. Dziadek chłopców zauważa, że cenniejszy jest wspólny spacer po lesie, kiedy opowiada Michałowi o roślinach, które mijają i zwierzętach, które tam żyją, niż np. kupno kolejnego modelu z klocków Lego. Tym bardziej że to ostatnie wiąże się z kosztami, a oni po przejściu na emeryturę pieniędzy mają zwyczajnie mniej. – Gdy synowa dała mi 200 zł na wyjazd, to naprawdę się ucieszyłam. Jeszcze dwa lata temu w ogóle bym od niej tych pieniędzy nie wzięła, ale dziś przydały się na benzynę – tłumaczy. Zupełnie inną funkcję spełnia kieszonkowe. – Ono uczy odpowiedzialności, gospodarności, ale też… emocjonalnego przywiązania do bliskich – mówi tajemniczo pani Teresa. – Jak Michał kupował za nie prezenty, to myślał nie tylko o rodzicach, ale i bracie – uzupełnia.
 
 
Imiona zostały zmienione. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki