Logo Przewdonik Katolicki

Bez mamy i taty

Kamila Tobolska

Nasze dziecko wyjeżdża na wakacje, samo. Takie doświadczenie prędzej czy później jest udziałem każdego z rodziców. Ze spokojem! To da się przeżyć.

Nie każdego rodzica takie zapewnienia jednak uspokajają. Z jednej strony chcemy dostarczyć dziecku wakacyjnych atrakcji i wysyłamy je w ciekawe turystycznie, a tym samym często bardzo oddalone od domu miejsce. Z drugiej, najchętniej zostawilibyśmy je w domu i mieli wszystko pod kontrolą. Zanim podejmiemy temat, warto uświadomić sobie jedną rzecz, najważniejszą. Najistotniejsze jest tutaj wychowywanie dziecka przez cały rok, codzienna, niekiedy żmudna praca, ciągłe dbanie o dobre z nim relacje i jego duchowy rozwój. Nie da się na chwilę przed wyjazdem „nawkładać” do małej głowy i tym samym zapewnić sobie spokój, że przygotowaliśmy dziecko do samodzielnego pobytu poza domem. Jak więc dać dziecku swobodę i nie zwariować?
 
Sprawdzona oferta
Zacznijmy od wyboru, gdzie poślemy dziecko na samodzielny wyjazd wakacyjny. Czy zgodnie z jego pasjami, chociażby dziennikarskimi, czy kontynuując całoroczne zaangażowanie, np. w harcerstwo? Czy może chcemy zadbać bardziej o sferę ducha i zapiszemy pociechę na rekolekcje?
Andrzej Stępka, tata trzech synów: Jana (18 lat), Ignacego (15) i Marcela (13) podkreśla, że poszukiwania atrakcyjnych ofert wakacyjnych trzeba zacząć już około lutego. – Na te naprawdę ciekawie przygotowane trudno się dostać, bo po prostu nie ma ich zbyt wiele – stwierdza Andrzej, zauważając przy okazji, że problemem jest to, iż niektórzy organizatorzy, zwłaszcza chrześcijańskich wyjazdów, dość późno biorą się za ich ogłaszanie. A takie właśnie formy wakacyjnego wypoczynku wybierają z żoną Mają dla swoich synów. Rozmawiam z Andrzejem przez telefon, na osobiste spotkanie nie było szans. Stępkowie z najmłodszym synem spędzają właśnie czas na chrześcijańskim obozie ekumenicznym „Poświęceni Panu” nad jeziorem Maróz koło Olsztynka organizowanym przez Fundację 24/7 (tworzy ona m.in. miejsca, w których trwa nieustanna modlitwa).
Justyna Pietrzak po znalezieniu interesującej ją oferty, dokładnie sprawdza organizatora. Wystarczyło, że raz się rozczarowała. Pasją jej córki, 17-letniej Julki, jest jeździectwo. Teraz jeździ już w stadninie, ale wcześniej szlifowała umiejętności także na obozach konnych. – Nacięłam się na pewien obóz do tego stopnia, że pojechałam i ją stamtąd odebrałam. Przyjrzałam się organizatorowi i okazało się, że obóz nie był zgłoszony do kuratorium. Oprócz godziny jazdy konnej czas nie był wcale zorganizowany, a do tego brakowało odpowiedniej opieki. Ostatecznie zwrócono nam połowę kosztów – wspomina Justyna dodając, że teraz wybiera wyjazdy tylko z polecenia, zasięgając opinii u rodziców dziecka, które już na nim było. Tak znalazła obóz żeglarski dla syna, 13-letniego Jasia, który lada dzień wyrusza po raz kolejny na Mazury. Dzieci Justyny i Grzegorza Pietrzaków wcześniej jeździły też na obozy taneczne, sportowe czy językowe. Co do tych ostatnich, Justyna podpowiada żeby np. sprawdzić czy native speaker jest przez cały czas trwania obozu, czy pojawia się tylko na jeden dzień, żeby go na nim obfotografować. A zna się na rzeczy, bo sama prowadzi w Nowym Tomyślu szkołę językową.
 
Problemy z telefonem
Kolejny element, który może zapewnić nam chwilę oddechu, podczas gdy nasze dziecko będzie na wakacjach, to jak najlepsze poznanie organizatora i miejsca wypoczynku. Im mniej rodzice o nim wiedzą, tym więcej czują niepokoju i... wydzwaniają do córki czy syna. I tak dochodzimy do bardzo istotnego wątku, telefonicznego. Iwona i Michał Tomaszewscy, rodzice 17-letniej Jadzi, 14-letniej Marysi, 12-letniego Ignacego, 10-letniej Tereski i 6-letniego Stefanka, trzymają się zasady, że kiedy dziecko jest na wakacjach, nie wydzwaniają do niego. Co więcej, młodszym dzieciom ze szkoły podstawowej nie dają na wyjazd telefonu. – Młodsze dzieci wiedzą, że jeśli na wakacjach zdarzy się sytuacja, kiedy poczują, że chcą z nami rozmawiać, mogą poprosić o użyczenie telefonu wychowawcę – zaznacza Iwona i przytacza zasłyszaną historię. Pewna nadopiekuńcza mama, która po raz pierwszy wysłała na samodzielne wakacje 12-letniego syna, wydzwaniała do niego co pół godziny. – Chciała go kontrolować i pytała: „Czy już zjadłeś śniadanie?”, „Czy założyłeś skarpetki?”. Chłopiec miał dość tych telefonów, a do tego wszyscy się z niego wyśmiewali. Było mu wstyd, że mama uważa go za takiego gapę.
Dobrze więc, jeśli organizatorzy ustalą, że można dzwonić do dziecka tylko w konkretnych godzinach. Warto też zastanowić się, czy dziecko po usłyszeniu w słuchawce głosu rodziców, przypadkiem „nie rozklei się”. Rodzic, który czuje niepokój, zawsze może przecież zadzwonić do wychowawcy, prosić go o relację i dopilnowanie swojego dziecka. Stąd przy przekazywaniu syna czy córki zapiszmy jego numer, jeśli nie został wcześniej podany. A tak najogólniej, w telefonicznych kontaktach z dziećmi na wakacjach należy się kierować zasadą, że „brak wiadomości to dobra wiadomość”.
 
Czy dziecko się odnajdzie?
Oczywiście trudne chwile zawsze mogą się pojawić i to niezależnie od tego, jaki kształt wakacyjnego wypoczynku wybraliśmy dla naszego dziecka. Tomaszewscy wysyłają starsze dzieci np. na obozy z rekolekcjami przygotowane przez Wspólnotę Świętej Rodziny, w której formują się od lat czy wyjazdy organizowane przez ich parafię w wielkopolskim Obrzycku.
– Wiemy, gdzie nasze dzieci jadą i jesteśmy spokojni o to, co będzie się tam działo. Ale mamy też świadomość, że co do towarzystwa to, na wyjazdach organizowanych nazwijmy to ogólnie przez podmioty kościelne, różnie bywa. Czasem okazuje się, że ktoś wysłał dziecko, bo jechali znajomi, a ono jest z „zupełnie innej bajki” – mówią małżonkowie. Na ten aspekt zwraca też uwagę Andrzej Stępka. – To tak jak w szkołach katolickich. Nie wszystkie rodziny posyłające tam dzieci, żyją wiarą. Spotykamy się też z różną motywacją wysyłania dzieci na określoną formę wakacji – dzieli się swoim doświadczeniem, bowiem sam do niedawna organizował obozy dla młodzieży w ramach Szkoły Nowej Ewangelizacji w Poznaniu.
Iwona kontynuując temat, dopowiada, że może się zdarzyć, iż pomimo tzw. dobrego towarzystwa na wakacjach, dziecko się nie odnajdzie. – Wystarczy, że trafi na grupy, które są zamknięte na innych, np. dzieci znające się ze szkoły lub podwórka – stwierdza. Swój sposób ma na to Justyna. Wysyła dzieci razem z koleżanką czy kolegą. – Nigdy nie pojechali zupełnie sami, tylko zawsze z bratnią duszą. Dawało im to poczucie pewności i nie musieli wypracowywać nowych kontaktów od początku.
 
Otwarta furtka
Budowanie relacji na wakacyjnym wyjeździe to niekiedy dla dzieci bardzo trudne wyzwanie. – Uczymy ich, że nie można nikogo mieć na własność i podpowiadamy, żeby nie trzymały się wyłącznie z jedną osobą. Tej może się przecież nagle coś odwidzieć... Przed wyjazdem zachęcamy dzieci, żeby aktywnie włączały się tam we wszystkie zajęcia, bo przy wspólnym działaniu łatwiej nawiązuje się kontakty. I uczymy, że warto być otwartym na innych i pozytywnie nastawionym do tego, co proponują wychowawcy – wymienia Iwona Tomaszewska. Jej wskazówki to nie tylko rady mamy, ale i wychowawcy. Jest bowiem nauczycielką i często jeździ na szkolne wycieczki. – To bardzo ważne, aby wychowawca wiedział o dziecku to, co jest istotne, czy np. ma trudności w nawiązywaniu kontaktów czy lęk wysokości. Miałam taką sytuację na wycieczce, że nagle, późnym wieczorem w jednym z pokoi usłyszałam straszny krzyk. Okazało się, że koledzy wiedząc, że chłopiec boi się ciemności, zanim zasnął specjalnie wyłączyli lampkę. Gdyby jego mama mnie o tym uprzedziła, wyglądałoby to inaczej... – wspomina Iwona, zauważając, że rodzice niekiedy ukrywają takie rzeczy, bojąc się, że ich dziecko będzie traktowane jako gorsze. Tymczasem, dla spokoju własnego i dziecka, należy przekazać wychowawcy jak najbardziej kompletny zestaw informacji o nim, a jemu samemu dać komunikat z rodzaju: „Nie martw się, pani wie o tym, o czym powinna wiedzieć. W razie czego idź do niej”.
Pozostaje jeszcze jedno „w razie czego”. Czy powiedzieć dziecku: „Jak ci będzie źle, to po ciebie przyjedziemy?”. Taka otwarta furtka w jednym przypadku dziecko uspokaja, w drugim sprawia, że przy pierwszych drobnych trudnościach rodzice zmuszeni będą je odebrać. Znając swoją pociechę, trzeba więc rozważyć, jak się z nią w tej kwestii umówić. Na pewno należy uświadamiać dziecku, że na każdym wyjeździe, tak jak w życiu, zdarzają się trudniejsze chwile i warto próbować sobie z nimi radzić.
 
 



 
Samodzielny wyjazd
Z Katarzyną Stachnik, psychologiem rozmawia Kamila Tobolska
 
Jak możemy przygotować dziecko do samodzielnego wyjazdu wakacyjnego?
Najistotniejsze jest to, aby na co dzień dziecko było uczone samodzielności. Dzięki temu będzie umiało sobie poradzić w różnych sytuacjach. Ważne, aby potrafiło zadbać o siebie, także w sferze higieny i umiało rozpoznawać swoje potrzeby. Uczmy dziecko, jak je zaspokajać i podpowiadajmy, do kogo ma się zwrócić, jeżeli będzie czegoś potrzebowało. Rozmawiajmy też z dzieckiem o różnych sytuacjach, uświadamiajmy mu, że są różni ludzie. Dobrze, jeśli będzie wiedziało, że może spotkać kogoś, kto będzie je wyśmiewał, ponieważ będzie się w ten sposób bronił przed czymś, czego nie zna lub czego się boi. Ważne, aby różnego rodzaju sytuacji społecznych i zachowań dziecko uczyło się na co dzień, a nie dopiero krótko przed wyjazdem. Planując wysłanie 8–10-letniego dziecka na wakacje powinniśmy starać się trenować z nim pewne umiejętności co najmniej cały rok. Dziecko niesamodzielne, które nie sprząta po sobie czy np. nie odstawia talerza prawdopodobnie będzie wyśmiewane przez rówieśników, ponieważ dzieci często tak właśnie reagują na czyjąś niezaradność. Z kolei dziecko zaradne, otwarte na ludzi zazwyczaj budzi u innych sympatię.
 
Warto zapewne oswajać dziecko z sytuacją, że nie ma przy nim rodziców?
Dobrze zafundować mu wcześniej taką sytuację, w której będzie miało okazję poczuć, jak to jest bez mamy i taty. Dobrym sprawdzianem może być wyjazd na „zieloną szkołę” czy noc spędzona u koleżanki. Zresztą wysyłając młodsze dzieci na wakacje, polecam znaleźć krótszy wyjazd, tygodniowy, maksymalnie 10-dniowy, a do tego zorganizowany w miejscowości znajdującej się w miarę blisko naszego domu. Oczywiście po to, aby w razie trudności móc do dziecka szybko przyjechać. Choć nie powinniśmy zakładać, że pojedziemy od razu, kiedy tylko zapłacze i przez chwilę będzie mu smutno. Często bowiem dziecko na kolonii czy obozie świetnie się bawi, natomiast zaczyna tęsknić wieczorem. Niekiedy ta tęsknota wyzwala się, bo okazuje ją inne dziecko, które płacze za rodzicami.
 
Czy to, jak nasze dziecko odnajduje się w grupie rówieśniczej na co dzień, w szkole, przekłada się na wakacyjny wyjazd?
Możemy przypuszczać, że jeśli dobrze odnajduje się wśród innych dzieci w szkole, to prawdopodobnie odnajdzie się także na wakacjach. Wartościowe informacje na temat tego, jak nasze dziecko funkcjonuje w grupie, możemy uzyskać od jego szkolnego wychowawcy. Musimy pamiętać o jeszcze jednym, że nawet jeśli nasze dziecko wie, jak się zachować, to w grupie rówieśników zawsze mamy do czynienia z presją, jaką ona wywiera. Trzeba więc przyjąć, że jego zachowanie może nieco odbiegać od codziennej normy. Tym bardziej powinniśmy uczyć dziecko, jak w różnych sytuacjach mówić „nie”. I jeszcze jedna ważna rzecz. Kiedy telefonicznie kontaktujemy się z dzieckiem w czasie jego wyjazdu czy też je odwiedzamy, nie powinniśmy pytać czy jest grzeczne, bo zapewne odpowie, że tak. Należy pytać, czy czuje się bezpieczne, co jest fajne, a co nie, co jest ciekawe i inne niż to, co zna. Tak stawiane pytania pozwolą nam zdecydowanie lepiej ocenić sytuację.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki