Logo Przewdonik Katolicki

Szczęście w małżeństwie

Bogna Białecka

Często myślimy, że już samo założenie obrączek sprawi, że będziemy szczęśliwi. Koncentrujemy się na sobie, tymczasem szczęście można odnaleźć, gdy przezwycięży się własny egoizm.

W poszukiwaniu drogi do małżeńskiego szczęścia wiele osób zagląda do różnorodnych poradników. Samo hasło „great marriage” wpisane w wyszukiwarkę internetową, wywołuje ponad tysiąc poradników na ten temat w języku angielskim. Niektóre składają kuriozalne obietnice, np. „Jak w 12 godzin sprawić, by nasze małżeństwo stało się wspaniałe” (12 hours to a Great Marriage). W ciągu ostatniego tygodnia przejrzałam kilkadziesiąt takich poradników. Większość z nich napisana jest z naciskiem na jeden cel: „Co robić, bym JA czuł się dobrze w małżeństwie”. Oczywiście natychmiastowa rada jest taka, że abym JA był szczęśliwy, to muszę zadbać o zaspokojenie potrzeb drugiej osoby, ale celem jest MOJE szczęście, MOJE potrzeby, JA.
 
Spółka akcyjna
Dlatego kluczowym dla tworzenia wspaniałego małżeństwa wydaje się odpowiedź na pytanie: jaki jest cel naszego małżeństwa? Jeżeli celem jest tylko moje poczucie szczęścia i zaspokojenie tylko moich potrzeb – relacji, intymności itp., to mam małżeństwo typu „spółka akcyjna”. Obie strony wnoszą pewien kapitał (emocjonalny, finansowy, relacyjny). Dzięki odpowiednim technikom, np. mówieniu sobie nawzajem komplementów, ofiarowywaniu czułości, sprawiedliwemu podziałowi obowiązków domowych i obciążeń finansowych na rzecz rodziny, otwartej komunikacji itp., kapitał pomnaża się, a zyski są sprawiedliwie dzielone między akcjonariuszy (męża, żonę). Można w ten sposób funkcjonować. Jest w tym nawet miejsce na dzieci, które spełniają ważną funkcję zaspokajania potrzeby rodzicielstwa. Jeżeli ktoś szuka porad, jak sprawnie funkcjonować w spółce akcyjnej małżeństwo, mogę polecić książkę 75 habits for a happy marriage. Poszukujący znajdzie tam 75 drobiazgów, dzięki którym może w niewymagający wysiłku sposób zarobić punkty u żony lub męża. A zatem – jaki jest cel waszego małżeństwa?
 
Małżeństwo nie jest dla ciebie
W 2013 r. ogromną popularność zdobył wpis pewnego młodego małżonka, zaczynający się od słów: „Półtora roku po ślubie doszedłem do konkluzji, że małżeństwo nie jest dla mnie”. Po przyciągającym uwagę wstępie autor – Adam – wyjaśnia, co konkretnie ma na myśli. Ze swoją żoną znał się i przyjaźnił od 15. roku życia. A potem przyjaźń przeszła w miłość. Młodzi zaręczyli się, jednak im bliżej było daty śluby, tym bardziej Adam czuł się sparaliżowany myślami: „Czy jestem gotowy na małżeństwo, czy podejmuję właściwy wybór, czy Kim (narzeczona) jest właściwą osobą, by stać się moją żoną, czy sprawi, że będę szczęśliwy?”.
Odpowiedź nadeszła ze strony ojca: „Jesteś samolubem. A odpowiedź jest prosta – małżeństwo nie jest dla ciebie. Nie bierzesz ślubu, by stać się szczęśliwym, lecz by uszczęśliwić drugą osobę. Co więcej, małżeństwo nie jest dla ciebie, jest dla rodziny, którą stworzycie” (www.sethadamsmith.com).
Tu dochodzimy do jednego z najważniejszych spostrzeżeń dotyczących małżeństwa. Małżeństwo nie jest gwarancją szczęścia. Badania naukowe, cytowane np. w książce autorstwa T. Parker-Pope For better, pokazują jednoznacznie, że poczucie szczęścia w życiu konkretnej osoby jest stosunkowo stałe. Duże wydarzenia, takie jak ślub, narodziny dziecka, sukces zawodowy lub wygrana pieniężna, dają człowiekowi chwilową zwyżkę poczucia szczęścia, jednak po jakimś czasie wraca ono do punktu wyjścia. W negatywnym ujęciu można to podsumować: „Jeśli jesteś nieszczęśliwy jako singiel, będziesz nieszczęśliwy w małżeństwie”.. W dalszej części wypowiedzi Adam opisuje pierwszy rok małżeństwa, gdy przytłoczony problemami doświadczył pełnej poświęcenia bezwarunkowej miłości swej żony i zdał sobie sprawę, że był przez ten rok samolubem.
Swoją refleksję podsumowuje: „Zdałem sobie sprawę, że zapomniałem o radzie taty. Podczas gdy Kim obdarzała mnie miłością, ja obdarzałem miłością tylko siebie. Moja uwaga skoncentrowała się na mnie. To straszne odkrycie doprowadziło mnie do łez i obiecałem żonie, że będę starał się być lepszym mężem. Dlatego chcę, byście wszyscy, którzy mnie czytacie, zdali sobie sprawę z jednej rzeczy: Małżeństwo nie jest dla Ciebie. W żadnej prawdziwej relacji miłości nie chodzi o Ciebie. W miłości chodzi o osobę, którą kochasz”.
 
Sukces czy porażka?
Wydaje się, że już znamy receptę na wspaniałe małżeństwo – czynić wszystko dla szczęścia i dobra żony, męża. A jednak jesteśmy tylko ludźmi, nie aniołami. Dlatego chciałabym wspomnieć o jednej rzeczy, która przewija się przez zadziwiającą liczbę poradników małżeńskich. Sprawdzianem miłości owszem jest zachowanie małżonków w kryzysie – czy potrafimy poświęcić swoje potrzeby na rzecz małżonka. Jednak można zapobiec jednej z najczęściej pojawiających się przyczyn kryzysów: sytuacji rywalizacji.
Poniższa historia została zaczerpnięta z książki 100 simple secrets of great relationships. Kathy i William jeszcze jako narzeczeni odkryli, że oboje uwielbiają bieganie. Niektóre z randek były niecodzienne: chodzili pobiegać. Po ślubie nadal dzielili wspólną pasję – bieganie, razem trenowali. Postanowili wziąć udział w marzeniu swego życia – wielkim maratonie bostońskim. Trenowali przez trzy lata, zanim się zgłosili i... Okazało się, że liczba zdobytych punktów zakwalifikowała Kathy do udziału w maratonie. William odpadł. Jakie są wyjścia z sytuacji? W świecie świętych – William przechodzi nad porażką do porządku dziennego i jedzie z żoną kibicować jej i zachęcać do biegu. Poświęca się na rzecz żony. To jest zresztą rozwiązanie podpowiadane przez autora.
Jednak realia psychologiczne są takie, że mężczyźni z reguły silniej niż kobiety przeżywają porażki. Dla kobiet sukces, potwierdzenie kompetencji zwykle jest mniej ważne niż relacja. Dla mężczyzny z reguły jest to uderzenie w centralny punkt tożsamości. Co w praktyce oznacza, że porażka męża w rywalizacji z żoną będzie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób zatruwać atmosferę. A żona w wyniku poświęcenia męża będzie odczuwać poczucie winy (chyba że funkcjonują jako „spółka akcyjna” i Kathy odnotuje inwestycję Williama i w odpowiedni sposób się zrewanżuje).
Dlatego warto zawczasu zapobiec problemowi i zastanowić się, czy nasza praca zawodowa lub pasja nie stawiają nas w sytuacji potencjalnych rywali, gdzie sukces żony będzie porażką męża (lub vice versa). Kathy i William, zauważywszy, do czego doprowadziły ich marzenia, mogliby zrezygnować z udziału w maratonach i znaleźć taki sport, w którym będą występować jako zespół, nie konkurenci.
Oznacza to, że w dobrym małżeństwie potrafimy pójść krok dalej. Nie tyle zrezygnować z czegoś na rzecz uszczęśliwienia osoby, którą kocham, ile oboje potrafić poświęcić coś dla dobra jedności małżeńskiej. Poświęcamy coś, co zagraża małżeństwu, jego stabilności, trwałości, poświęcamy to, co podważa poczucie zaufania, bezpieczeństwa. I nie chodzi o jakieś stawianie instytucji małżeństwa na ołtarzu. Chodzi o cel małżeństwa, jakim jest dobro obojga małżonków oraz zrodzenie i wychowanie dzieci. W tym drugim kontekście wracamy do tego, o czym wspomniał cytowany tata Adama: „Małżeństwo nie jest dla ciebie, jest dla rodziny, którą stworzycie”. Po to dbamy o jedność małżeńską, by z jednej strony uszczęśliwiać małżonka, a z drugiej stworzyć bezpieczny, pełen zaufania i miłości dom dla naszych dzieci.
Zdaję sobie sprawę, że traktowanie małżeństwa jako powołania jest mało atrakcyjne, ponieważ pojawia się akcent służby innym, poświęcania się na rzecz innych. A jak już wspomniałam, małżeństwo nie jest gwarancją szczęścia. Więc po co w ogóle brać ślub?
Badania nad poczuciem szczęścia (np. prowadzone przez Martina Seligmana) mówią, że możemy je rozwijać właśnie w małżeństwie, poprzez czerpanie bezinteresownej radości z dobra uczynionego innym (czyli właśnie postawy służby) oraz poczucie głębokiego sensu i celowości życia. Perspektywa bycia pomocą mężowi czy żonie i dzieciom w osiągnięciu nieba daje właśnie silne poczucie sensu i celowości życia.
Dla równowagi warto też pamiętać, że sytuacje, gdy potrzeby żony, męża i dzieci są w konflikcie i trzeba dokonać wyboru, nie są dominującym elementem życia rodzinnego. Codzienność obfituje w radości małżeńskie wspólne dla obojga małżonków. Badania pokazują, że w dobrych małżeństwach na każde negatywne wydarzenie przypada pięć pozytywnych (T. Parker-Pope). Pamiętajmy też, że małżeństwo jest jednym z zamysłów Boga: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam” (Rdz 2,18). Człowiek został stworzony z miłości i dla miłości, dlatego tam gdzie pojawiają się wyzwania pojawia się też pomoc.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    ania
    11.01.2018 r., godz. 20:36

    Niestety szukam pomocy już po 4latach małżeństwa i refleksje nad tekstem mam taką że za dużo już napomagałam i nasłużyłam, szczęścia mi to nie dało, mąż z radościa wziął wszystko i skupił na sobie. I teraz nie wiem jak wyjść z tej sytuacji... U nas na 1szczęśliwa chwile przypadają 2gorsze. Może mam pecha, chce to naprawić, ale ten tekst mi w tym nie pomoże.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki