Logo Przewdonik Katolicki

Kryzysy małżeńskie

Bogna Białecka
Fot.

Coraz więcej małżeństw przeżywa kryzys, coraz więcej się rozpada. W rozmowie ze znajomymi terapeutami zebrałam kilka myśli o tym, co może popychać nas do niepotrzebnego rozwodu.

„Jako terapeuta jestem pełen empatii, zrozumienia, jestem wsparciem dla klientów. Jednak są dwa zdania, które słyszę wciąż, które mnie naprawdę irytują” – mówi znajomy psychoterapeuta par małżeńskich. Cóż to są za zdania?

 

„Nie chciałem romansu, po prostu mi się wydarzył”

To jest fałsz. To jakby powiedzieć: „Nie chciałem mieć zepsutych zębów, to mi się po prostu wydarzyło”. Romans, a zatem i zdrada, nie jest rzeczą spontaniczną. Wymaga planowania i podejmowania szeregu decyzji. Może zacząć się od niewinnego wyskakiwania na małego drinka z koleżanką z pracy czy rozmów na internetowym czacie, wymiany zdań i komplementów na portalu społecznościowym czy zwierzania się z problemów. Jednak jeden drink wiedzie do drugiego, a wymiana e-maili staje się coraz bardziej osobista i podejmuje się w jej trakcie coraz bardziej intymne tematy. Zaczyna dawać o sobie znać poczucie braku satysfakcji w małżeństwie, pojawia się empatyczny słuchacz, który „naprawdę rozumie” twoje problemy. Ludzie minimalizują ryzyko związane z takimi przyjacielskimi rozmowami, tłumaczą: „Potrzebowałem po prostu z kimś porozmawiać, potrzebowałem opinii osoby płci przeciwnej, spojrzenia na moje problemy małżeńskie z perspektywy, która pozwoliłaby mi lepiej zrozumieć mojego męża/ moją żonę”.

A jednak, jeśli ktoś narzeka na swoje małżeństwo, nie trzeba być magistrem psychologii, by zrozumieć przesłanie: „Jestem nieszczęśliwy w małżeństwie, pocieszysz mnie?”. Niby nie ma w tym nic złego, ale to równia pochyła. Zdrada następuje przy którejś kolejnej okazji. Bardzo często dzieje się to na zakrapianej alkoholem imprezie. Alkohol rozluźnia hamulce moralne, ale jednak to też nie jest „po prostu zdarzyło mi się zdradzić żonę, bo byłem pijany”. To był szereg decyzji – iść na imprezę z atrakcyjną koleżanką, wypić z nią kieliszek, drugi, trzeci...

Oczywiście, że poczucie samotności w małżeństwie, poczucie, że druga osoba nie wiadomo kiedy stała się nam obca, a my poświęcamy się, bo wiążą nas kredyty czy odpowiedzialność za dzieci, nie jest dobrym sposobem przeżywania życia. Jednak są o wiele lepsze sposoby rozwiązywania tego problemu niż zdrada.

To nawet nie jest kwestia poszukiwania usprawiedliwienia dla swojej zdrady, najczęściej ludzie naprawdę wierzą, że romans im się „po prostu przydarzył”. Ale jest to nieprawdą.

Kościół w swojej mądrości mówi o unikaniu okazji do grzechu. To także doradzają terapeuci. Moment, w którym zauważasz, że zaczynasz się zwierzać komuś z problemów małżeńskich, zamiast próbować je rozwiązać wewnątrz małżeństwa, jest pierwszym sygnałem ostrzegawczym. Wiele osób to ignoruje, uważając, że widzenie problemu w „przyjaźni” to robienie wideł z igły. Jednak to najłatwiejszy moment na zerwanie takiej przyjaźni. Niewiele osób ma taką odwagę i siłę, by przerwać romans w stadium, gdy przechodzi z przyjaźni do czegoś więcej. Osobiście znam tylko jedną kobietę, która zauważywszy, że zakochuje się (z wzajemnością) w żonatym koledze z pracy, tkwiącym w ewidentnie nieszczęśliwym związku, miała na tyle siły, by zmienić pracę. Wiedziała, że na tym etapie zwykłe unikanie obecności w sytuacji, gdy pracują wspólnie w niewielkiej firmie, nic nie zmieni. Macie na tyle siły, by podjąć tak drastyczny krok dla ratowania swojego (lub cudzego) małżeństwa?

Dodatkowym problemem pojawiającym się w sytuacji zwierzania się „przyjaciółce” czy „przyjacielowi” z problemów małżeńskich jest autoperswazja. Z jednej strony, czasem w celu uzyskania większej dawki empatii, zaczynamy z lekka przerysowywać pewne problemy, z drugiej zaczynamy w swoją udramatyzowaną wersję wydarzeń wierzyć. Co gorsza, zaczynamy neutralne wydarzenia z życia małżeńskiego interpretować jako negatywne.

Trzeba zauważać tę negatywną autoperswazję i skupić się na odbudowywaniu dobrych relacji, zanim zaczniemy wierzyć we własne „tak naprawdę nigdy jej nie kochałem, ona zawsze mną manipulowała”.

 

„Jemu/jej po prostu znienacka odbiło”

To druga z fraz często przewijających się w wypowiedziach małżonków przechodzących kryzys. Wszystko było dobrze do pewnego momentu, aż nagle jedna osoba kompletnie się zmieniła i zdradziła. Jedyny przypadek, kiedy to jest prawdą, to uaktywnienie się choroby psychicznej. W każdym innym przypadku obie strony pracują na kryzys małżeński. Przykład, który podał mi znajomy, był następujący. Kobieta żali się na zdradę męża i opowiada, że byłaby skłonna mu wybaczyć, gdyby tylko zrobił cokolwiek dla ratowania związku, ale jest to niemożliwe, ponieważ np. potrafił przynieść jej kwiaty, zapewniając, że już nigdy jej nie zdradzi, a zaraz potem iść do kochanki.

Gdy terapeuta przeanalizował konkretną sytuację, okazało się, że mąż przyniósł bukiet kwiatów, przepraszając, na co ona odpowiedziała mu: „Myślisz, że wiecheć badyli załatwi sprawę?”, po czym nawet ich nie przyjęła. A zatem jedną z rzeczy, które często robią ofiary zdrady małżeńskiej, jest szukanie okazji do zemsty, zranienia małżonka w sytuacji, gdy podejmuje próby naprawy sytuacji. Pamiętajmy też, że już wcześniej musiało w związku coś nie grać. Reagowanie zdradą na kryzys nie jest dobrym rozwiązaniem, jednak z drugiej strony osoby w szczęśliwym związku nie dokonują znienacka „skoków w bok”.

Kluczowa lekcja z opowieści psychoterapeuty jest następująca: rozwiązuj problemy, zanim dojdzie do zdrady, a jeśli do niej dojdzie, pracuj nad wybaczeniem. To jest trudne, ale lepsze niż napędzanie koła wzajemnych zranień.

 

Problem z terapią małżeństw w kryzysie

W kryzysie małżeńskim warto szukać pomocy specjalisty. Jednak nie każdy (nawet skądinąd doskonały) psychoterapeuta potrafi pomóc. Podstawową pułapką, w jaką wpada wielu terapeutów, jest podkreślanie praw indywidualnych i prawa do szczęścia klienta. W psychoterapii indywidualnej, czyli podstawowym typie terapii, jakiej uczą się psychologowie, celem jest usunięcie przeszkód w osiągnięciu osobistego pokoju i wzrostu. Dla wielu klientów taka eksploracja swojego „ja” może pomóc w uzyskaniu wewnętrznej wolności. Problem polega na tym, że w małżeństwie celem nie jest samorealizacja dwóch oddzielnych indywiduów. Nie chodzi w nim o przezwyciężanie traum z dzieciństwa czy zaspokojenie własnych potrzeb. Nastawienie na samorealizację, prawo do zaspokojenia własnych potrzeb niejednokrotnie powoduje, że klient zaczyna spostrzegać małżonka jako przeszkodę w rozwoju własnym. Gdy jedna z osób zaczyna myśleć „ja i moje potrzeby” zamiast „my” czy „nasze”, często popycha ją to na drogę na skróty do zaspokojenia własnych potrzeb, czyli do rozwodu. Unika trudniejszej i pełnej wyrzeczeń drogi do ocalenia małżeństwa.

 

A przecież wiele badań pokazuje, że dobre małżeństwo prowadzi do lepszego zdrowia fizycznego i psychicznego niż życie samotne. Daje też większe poczucie sensu życia i spełnienia.

Małżeństwo może rzeczywiście popychać nas do rozwoju. Uczy umiejętności komunikacyjnych, zmusza do nauki, rozwija zaangażowanie, wytrwałość, cierpliwość, troskliwość. Jak dowodzą terapeuci małżeńscy, inwestowanie w budowanie lepszego małżeństwa, dokonywanie dobra na rzecz nas jako wspólnoty małżeńskiej zamiast koncentracji na zaspokajaniu własnych potrzeb bardziej przyczynia się na dłuższą metę do osobistego poczucia szczęścia i samorealizacji.

 

Inny błąd, który mogą popełniać terapeuci, to traktowanie małżeństw i konkubinatów, jakby nie różniły się istotnie. Proponują ogólną „terapię par”. A istnieją liczne badania pokazujące, że małżonkowie są bardziej wytrwali, zdeterminowani i podejmują większe wyzwania, by ocalić swój związek niż konkubenci. W samą naturę konkubinatu jest wpisana potencjalna nietrwałość tego związku. Dla małżonków uroczyste złożenie przysięgi: „i nie opuszczę cię aż do śmierci” naprawdę oznacza twarde postanowienie. Dobry terapeuta będzie to rozumiał i szanował. Zamiast mówić: „Zobaczmy, czy jesteście kompatybilni”, mówi: „Wiem, że jesteście kompatybilni, dlatego wzięliście ślub. Odnajdźmy zatem silne strony waszego związku, to na czym możemy zacząć budować”.

 

 

Dlatego wszystkim poszukującym pomocy ze strony terapeuty polecam, by już na początku ustalić, z jakiego założenia wychodzi wasz terapeuta. Gdy znajoma w kryzysie małżeńskim poszła do terapeutki, usłyszała: „Z tego, co pani mówi, państwa przypadek nadaje się do stwierdzenia nieważności małżeństwa”. Gdy wróciła do domu, pomyślała: „Jak właściwie można wydać taki wyrok po godzinie rozmowy? Czyli co, przez 16 lat żyłam w konkubinacie?”. A zatem warto zapytać terapeutę na początku, jakie widzi realne cele terapii. Jeśli koncentruje się na kwestii rozwoju indywidualnego, zaspokojenia potrzeb lub z góry zakłada, że „nie wiem, czy ocalenie tego małżeństwa może być realnym celem terapii”, warto poszukać kogoś innego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki