Rozwód zło konieczne?

Internet skarbnica mądrości… Nawet takich: Wyślij SMS o treści takiej i takiej pod numer taki i taki, aby otrzymać hasło dostępu. Całkowity koszt wynosi 3,66 zł brutto. Co do zdobycia? E-poradnik rozwodowy ABC rozwodu. Szybko i tanio. I o to dzisiaj chodzi…
Czyta się kilka minut

Internet – skarbnica mądrości… Nawet takich: „Wyślij SMS o treści takiej i takiej pod numer taki i taki, aby otrzymać hasło dostępu. Całkowity koszt wynosi 3,66 zł brutto”. Co do zdobycia? E-poradnik rozwodowy – „ABC rozwodu”. Szybko i tanio. I o to dzisiaj chodzi…

 

 

Kiedy pięć lat temu – rozmawiając z pallotynem ks. Janem Pałygą (znanym duszpasterzem związków niesakramentalnych) – zadałam pytanie o główne przyczyny rozpadu małżeństw, usłyszałam: „Ciągle na pierwszym miejscu jest niewierność małżeńska. Równolegle – alkoholizm i brak pieniędzy. Duży procent małżeństw rozpada się, niestety, z powodu ingerencji matek i teściowych – zwłaszcza jeżeli w rolę męża wchodzi taki maminsynek. Niebagatelną rolę odgrywa wszechobecna presja seksu. Poza tym w dużym stopniu zakwestionowany został chrześcijański model małżeństwa. Z impetem szturmuje Polskę przeświadczenie, że małżeństwo jest niemodne. Stąd związki partnerskie – bez zobowiązań prawnych. Jesteśmy ze sobą tak długo, dopóki jest nam dobrze. Jak nie – to się rozchodzimy. I już”. Ewa Bem przed laty śpiewała Wyszłam za mąż, zaraz wracam

 

Mimo wszystko – optymistyczny początek

Ta odpowiedź z pewnością wpisuje się w dynamikę rosnących na potęgę słupków danych statystycznych. O ile w 1995 r. orzeczono nieco ponad 38 tys. rozwodów, o tyle już w 2006 r. takich wyroków było prawie 72 tys. W kolejnych dwóch latach liczba ta spadła do ok. 65–66 tys. Wciąż za najpowszechniej wskazywane przyczyny rozwodów podaje się: niezgodność charakterów, zdradę, alkoholizm, naganny stosunek do rodziny, problemy finansowe i całą (niemniej istotną) resztę ujętą w pojemnym określeniu „inne”. Prof. Mariusz Cichosz z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego obserwuje ten problem w nieco szerszym kontekście – przez pryzmat metamorfozy, jaką dzisiaj przechodzi polska rodzina. – Systematycznie maleje liczba zawieranych małżeństw, które – nota bene – są obecnie przesuwane w czasie (dawniej – średnio 19–24 lata, dziś 24–30 lat). Niepokojąco obniżył się wskaźnik dzietności, a coraz więcej związków ma charakter niesformalizowany. Nakłada się na to również osłabienie trwałości rodziny – na sto nowo zawartych małżeństw, aż trzydzieści się rozpada.

Kierownik Zakładu Myśli Społecznej i Edukacji Środowiskowej zbadał również oczekiwania młodzieży – wyniki badań przeprowadzonych na dużej populacji ok. 3 tys. młodych Polaków są (o dziwo!) krzepiące. Jak dowodzi prof. Cichosz, rodzina, małżeństwo i dzieci plasują się stosunkowo wysoko w hierarchii wartości. – Szczęśliwe życie w rodzinie uzyskało najwyższą rangę spośród innych wartości. Zdecydowana większość badanych chce w przyszłości mieć rodzinę i dzieci. Mimo wszystko młodzież preferuje rodzinę w tradycyjnym kształcie jako wspólnotę rodziców i dzieci, połączonych miłością, wzajemnym oddaniem i zrozumieniem. Co ciekawe, dziecko jawi się w świadomości młodych jako „wartość” odczuwana i pożądana. Zdecydowanie chce mieć dzieci aż 86 proc. respondentów. Młodzież nie jest też proaborcyjna. Za aborcją na żądanie opowiedziało się tylko 6 proc. badanych. Niemal trzy czwarte respondentów uważa, że małżeństwo ma dzisiaj i będzie miało w przyszłości duże znaczenie. Te badania – a jak powiedziałem, są one reprezentatywne – wskazują na to, że świadomość młodzieży jest obszarem nadziei – ale też wyzwaniem dla polityków, wychowawców, duszpasterzy…

 

W gąszczu paragrafów

Rozwody to jednak smutna rzeczywistość – i bolesna, i kosztowna. Warto zatem ratować małżeństwo – ale jak? I kiedy już tego nie robić? – Odpowiadając na to pytanie, należy przyjąć, że zawsze powinno małżonkom zależeć na tym, aby ratować małżeństwo. Z praktyki wiadomo, że wiele małżeństw być może by się nie rozpadło, gdyby znalazła się osoba trzecia, z którą można by było porozmawiać o przyczynach rozpadu związku i udzielić sobie odpowiedzi, czy faktycznie są to poważne kwestie – tłumaczy adwokat Edmund Dobecki. Jego zdaniem małżeństwa nie da się jednak ratować na siłę, gdy między małżonkami brakuje wspólnoty duchowej, fizycznej i gospodarczej oraz jeśli dalsze utrzymanie związku małżeńskiego ma zły wpływ na dzieci – z powodu kłótni, bijatyk i innych nagannych zachowań. – Do uznania, że nie istnieje wspólnota duchowa między małżonkami, nie jest konieczne stwierdzenie wrogiego lub choćby niechętnego stosunku do siebie. Chodzi bowiem nie o jakąkolwiek więź duchową pomiędzy dwojgiem ludzi, lecz o więź charakterystyczną dla duchowej wspólnoty małżeńskiej. Rozkład jest zupełny, gdy nie istnieje między małżonkami związek duchowy, fizyczny ani gospodarczy.

Kodeks rodzinny i opiekuńczy przyjmuje, że „istnienie zupełnego i trwałego rozkładu pożycia małżeńskiego stanowi pozytywną przesłankę rozwodową”. – Jeśli związek małżeński z ważnej przyczyny znajduje się w stanie trwałego i zupełnego rozkładu, jeśli małżonkowie nie wykonują obowiązków wspólnego pożycia, wierności, wzajemnej pomocy oraz współdziałania dla dobra rodziny i skutkiem tego małżeństwo nie spełnia swych funkcji społecznych, prawo polskie – nie rezygnując z ujemnej oceny społecznej tego zjawiska – dopuszcza możliwość rozwodu. Rozwód jest więc złem koniecznym wprowadzonym dla eliminacji zła społecznego, jakim byłoby utrzymywanie formalnego węzła małżeńskiego, gdy znika wspólnota małżeństwa, gdy małżeństwo faktycznie nie istnieje i nie ma szans na jego dalsze funkcjonowanie – podkreśla Dobecki. Ów „trwały rozkład pożycia małżeńskiego” nie przesądza o orzeczeniu, jeśli w grę wchodzi jedna z tzw. negatywnych przesłanek rozwodowych: gdy wskutek rozwodu miałoby ucierpieć dobro wspólnych małoletnich dzieci, gdy orzeczenie rozwodu byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego lub gdy rozwodu żąda małżonek wyłącznie winny powstania rozkładu pożycia.

Jakie są pierwsze kroki, które trzeba podjąć, by rozpocząć procedurę rozwodową? Adwokat Edmund Dobecki wylicza: – Do Sądu Okręgowego (właściwego do podjęcia sprawy rozwodowej) należy złożyć pozew rozwodowy. Musi być on opłacony wpisem sądowym w kwocie 600 zł. Istnieje możliwość wystąpienia z prośbą o zwolnienie z ponoszenia kosztów sądowych przy spełnieniu określonych warunków (jednym z nich jest udokumentowane ubóstwo). Do wyroku należy dołączyć skrócony odpis aktu małżeństwa oraz – jeśli są nieletnie dzieci – ich akty urodzenia. W pozwie rozwodowym należy wskazać, w jaki sposób ma zostać orzeczony rozwód – bez orzekania o winie, z winy obu stron czy z winy jednej osoby. Ponadto, jeśli są nieletnie dzieci, należy określić wysokość alimentów oraz wskazać, kto będzie nad nimi sprawował bezpośrednią opiekę i komu sąd ma ją przyznać.

Jak długo trwają sprawy rozwodowe? Poradnikowe portale internetowe podają, że od kilku miesięcy do roku, choć zależy to od wielu okoliczności i woli stron uczestniczących w postępowaniu. Zdaniem Edmunda Dobeckiego, proces może ułatwić wola jego zakończenia pochodząca od obu stron – np. zawarcie ugody w postępowaniu o dokonanie podziału majątku wspólnego. Natomiast w przypadku rozwodu jedyną przesłanką przyspieszenia sprawy jest rozwód bez orzekania o winie. – W każdym innym przypadku sprawy mogą trwać długo z uwagi na dużą liczbę świadków, czynione złośliwości zmierzające do przedłużania postępowania, niestawianie się na rozprawy oraz inne przyczyny formalne, które trudno wymienić. Poza tym należy również brać pod uwagę bardzo duże obciążenie sądów z uwagi na dużą liczbę wnoszonych spraw rozwodowych.

 

Katolickie koło ratunkowe?

Małżeństwo może przeżywać kryzys – i to na każdym etapie swego trwania. Przymiarki do rozwodu zdarzają się zarówno po kilku miesiącach, jak i po kilkudziesięciu latach wspólnego pożycia. Zanim jednak zrobi się ten „ostateczny krok”, może warto sięgnąć po koło ratunkowe – czyli separację.

Ks. Ireneusz Staniszewski – doktorant Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego – podkreśla, że sytuacje kryzysowe w małżeństwie występują często – wystarczy, że jedno z małżonków popada w jakieś trudności. – To wpływa na całą rodzinną wspólnotę. Czasem małżonkowie godzą się na to, by być krzywdzonym przez drugą osobę – dla czyjegoś dobra lub świętego spokoju. Z drugiej strony podejmują inny krok, jakim jest zupełny rozkład pożycia – podkreślił. Kapłan wskazał jednak i na to, że istnieje „rozwiązanie pośrednie”, które przynosi nadzieję. – Małżeństwo w sytuacji kryzysowej można ochronić. Służy temu instytucja separacji. W prawodawstwie kościelnym istnieje ona już od czasów apostolskich. W systemie prawa świeckiego została wprowadzona przez ustawę z 1999 r. Przez pięćdziesiąt lat, gdy instytucja separacji zniknęła z pola widzenia, łatwiej było rodzinę rozbijać. Z rodziną walczono i pozwalano na szybkie zakończenie etapu kryzysu – oczywiście w sądzie, na sprawie rozwodowej. Separacja nie jest krokiem w kierunku rozwodu, ona ma pomóc ocalić rodzinę – podsumował.

Z perspektywy ostatnich lat można zauważyć także zmianę optyki Kościoła – zwłaszcza jeśli chodzi o związki niesakramentalne. Przez długi czas wydawało się, że osoby po rozwodach żyją na marginesie wspólnoty. Jeden z duszpasterzy powiedział kiedyś, że „często najcenniejsi są ci z odzysku”. „Ci z odzysku” – nie znaczy przecież „ci gorsi”. Ks. Jan Pałyga: – Pewnie, że nie! Mój Boże, kto to wie, kto jest lepszy, a kto gorszy! To jest ładnie powiedziane – oni nie są z odzysku. Oni zawsze byli naszymi braćmi, zawsze byli w Kościele, tylko to uciekło z ich świadomości. Właściwie zawiniliśmy my – duszpasterze. Przychodzą do mnie ludzie i skarżą się, że kiedy ksiądz był na kolędzie, popatrzył w kartotekę i powiedział: „Nie macie ślubu? To ja nie mam tutaj nic do roboty!”. Prosili go, żeby chociaż poświęcił pokój dzieci. Nie, nie – szybko wyszedł. Pewna kobieta przyszła z taką skargą: „Proszę księdza, poszłam do konfesjonału. Nie chodziło mi o rozgrzeszenie, chciałam się poradzić w sprawach sumienia. I jak powiedziałam spowiednikowi, że jestem niesakramentalna, to on mnie wyrzucił”. „A ja się przecież modlę” – tłumaczyła. „Twoja modlitwa jest diabła warta!” – usłyszała. Amen. Tak bywa…

 

Niesakramentalni – nie gorsi!

Małżeństwo Marii trwało ponad 20 lat. Zawarte było przed ołtarzem, z ogromną pewnością (przynajmniej z jej strony), że będzie trwało aż po grób… Nie przeszło jej nawet przez myśl, że „jakby co, to przecież można się rozstać”. – Te wspólnie przeżyte lata, to pojawiające się z coraz większą siłą przekonanie, że nie można żyć obok siebie, że małżeństwo to nie tylko wspólne mieszkanie, samochód, domek na działce, ale przede wszystkim uczucie, które za najważniejsze stawia dobro drugiego człowieka, żony, dzieci, rodziców, teściów. Ledwo tląca się na początku miłość, zamiast rozkwitać, szybko zamieniła się w nieustanne pasmo stawianych przez męża wymagań w stosunku do mnie i do dzieci. Coraz trudniej było żyć pod presją jednostronnego spełniania potrzeb… I tak pod wpływem psychicznego „terroru”, braku chęci męża do pracy nad zmianą relacji, traktowania moich działań zawodowych w kategoriach zagrażającej mu konkurencji, powoli, lecz skutecznie, oddalaliśmy się od siebie, zmierzając najpierw do obcości, a później do wrogości… – wspomina kobieta.

Choć od rozwodu Marii minęło już dziesięć lat, nadal najtrudniejsze są powroty do tamtych przeżyć. – To ciągłe branie na siebie odpowiedzialności za swoje i nie swoje winy w tamtym małżeństwie. Nie umieliśmy już ze sobą rozmawiać o problemach, które się pojawiały, i do dziś nie jesteśmy w stanie rozmawiać o wybaczeniu, choć w sercu ja już tego dokonałam.

Maria jest w kolejnym związku małżeńskim – z wiadomych przyczyn – niesakramentalnym. Jednak jej terapia trwała bardzo długo. Jak wspomina, ciągle odzywały się irracjonalne lęki wynikające z „tamtych doświadczeń”. – Dużo pracy nad sobą, wspieranej cierpliwością i miłością obecnego małżonka, wymagało ode mnie wejście w tę nową rolę. I paradoksalnie ta nieprawidłowa sytuacja spowodowała pogłębienie wiary, uwierzenie w miłosierdzie Boga, a przede wszystkim w Jego wielką miłość do mnie. Odbieram to jako dar, który w poprzednim małżeństwie nie był mi dany…

„Powód rozpadu mojego małżeństwa?” – powtarza pytanie Jan. „To przede wszystkim brak wspólnych celów życiowych…”. Potem historia rozwija się sama: – Pierwsze dziecko, córka, pojawiło się pół roku po ślubie, następnie syn – po czterech latach i… rozwód po jedenastu. Życiowe aspiracje, oczekiwania materialne i do tego 1980 – rok ślubu. Potem stan wojenny i przemiany gospodarcze. Nie byłem w stanie, pracując na dwa, trzy etaty, spełniać wszystkich oczekiwań… Odeszła do innego, którego poznała w pracy, rok przed rozwodem – bo poszła pracować, żeby poszerzyć horyzonty i… kontakty. Był rozwód i trywialne pytanie: „To co, oblejemy to kieliszkiem szampana?”. Nie skorzystałem…

Jan ciężko przeżył rozłąkę, ograniczenie sądowe spotkań z dziećmi, tęsknotę. Nie mógł „przetrawić” tej pustki – poczucia krzywdy i zawodu. W końcu byli ze sobą tyle lat… – Wyjechałem na zagraniczny kontrakt, żeby zapomnieć i odizolować się od wspomnień. W międzyczasie poznałem obecną żonę – wówczas pannę. Najpierw akceptacja – dzieci i rodzin, później ślub cywilny i dziecko. Jesteśmy 17 lat po ślubie… Była żona po kilku romansach wyjechała do Ameryki, gdzie poznała obecnego męża. Dzieci zostały z nami, choć do dziś nie poznały prawdy, bo każda ze stron ma pewnie swoją – subiektywną odpowiedź.

Jan od ośmiu lat należy do duszpasterstwa związków niesakramentalnych i – jak dowodzi – nie czuje się obco w Kościele. – Nie interesuję się tym, czy ktoś mnie obserwuje, ocenia… Jestem członkiem Kościoła i myślę, że obecnie mam większą ochotę na pogłębianie mojej wiary, niż miało to miejsce w poprzednim związku, bo… wtedy to było jakby za darmo?

 

 

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2010