Logo Przewdonik Katolicki

Sądząc po okładce

Monika Białkowska

Jak się mają młotek i papier ścierny do książek? Wydaje się, że podobnie, jak piernik do wiatraka – czyli że zupełnie im ze sobą nie po drodze.

Idąc na spotkanie z Markiem Grajciakiem, jedynym – jak sam podkreśla z dumą – „prawdziwym introligatorem z papierami” w Gnieźnie, zabieram ze sobą starą książeczkę do nabożeństwa po dziadku. Pan Marek pracuje w Archiwum Archidiecezjalnym w Gnieźnie, ma więc ogromne doświadczenie w ratowaniu starych ksiąg. A swoją niewielką książeczkę dziadek ratował kiedyś samodzielnie, czarną nitką i niezdarnym krzyżykowym ściegiem zszywając okładkę. Mogę ją poświęcić, by dowiedzieć się o pracy pana Marka nieco więcej: nic już jej zaszkodzić nie może…
 
Warsztat
Warsztat introligatorski intryguje. Wielka gilotyna. Czarna maszyna z dokręcanym ciężarkiem, czyli prasa. Stare księgi rozłożone na czynniki pierwsze, karta po karcie. Różnokolorowe płótna. Kleje, nici, nawet ołówek, który zamiast rysika ma specjalną gumkę i służy do czyszczenia starych, pobrudzonych stron w księgach. I choć wydaje się, że ostatnią rzeczą potrzebną przy zabytkowych księgach jest woda, ona też tu się przydaje.
– To stara księga parafialna, przedwojenna, z gnieźnieńskiej parafii św. Michała – pokazuje pan Marek. – Ktoś nieudolnie ją ratował, sklejając strony ze sobą tak, że początki zapisów w każdej linii są nieczytelne. Trzeba delikatnie je namoczyć i powoli rozdzielać tak, żeby puścił klej, a nie rozlał się atrament. Zabrudzone strony czyści się specjalistyczną gumką, bardzo delikatnie, bo jeśli papier jest kwaśny (czyli zrobił się kruchy) lub miękki, bardzo łatwo jest zrobić dziurę. Na przedziurawienia też jest sposób: mamy taśmę, zupełnie inną niż znane wszystkim taśmy klejące. Taką z gwarancją na 100 lat, która nie zostawia w książce tłustych śladów. Nakleja się ją delikatnie na przykład na niewielkie rozdarcia.
Gilotyna przydaje się, kiedy trzeba obciąć cały brzeg książki, na przykład wówczas, gdy jest bardzo zabrudzony. – Nie wolno obcinać brzegów starych ksiąg, trzymamy się zasady, że tniemy tylko księgi powojenne. Te starsze pisane były często od brzegu do brzegu, gilotyna może uciąć cały fragment zapisu – tłumaczy pan Marek. – Zdarzyło mi się, że jakiś ksiądz przywiózł mi do uratowania taką właśnie księgę. Jakiś introligator nie chciał się męczyć z jej rozkładaniem, więc obciął cały brzeg, łącznie z zapisami i szyciem tak, że zostały luźne karty spięte w bloczek. Zdewastował w ten sposób wszystko.
Prasa, choć wygląda nobliwie, jest urządzeniem stosunkowo nowym. Kiedy okładka jest już sklejona i połączona z bloczkiem książki, całość wkłada się w prasę. Leży tam kilka godzin, żeby wszystko się trzymało i żeby nie było zagnieceń czy fałd. Przed wilgocią kleju z okładki chroni papier specjalny kawałek tektury.
 
Krok po kroku
Proszę pana Marka, żeby tak na szybko, na przykładzie pokazał, jak krok po kroku przywrócić blask starej książeczce do nabożeństwa. Pan Marek szybko ocenia, że z okładki nic nie będzie. Reszta ponoć zachowana jest całkiem nieźle. Czy chciałabym obcinać zabrudzone brzegi? Nie chciałabym, w końcu to pamiątka po dziadku. Po kolei, krok po kroku? Najpierw trzeba książkę rozebrać. Szyte złożone są ze składek ośmio-, szesnasto- lub trzydziestodwustronicowych. W każdej trzeba znaleźć łączący strony sznurek i delikatnie go przeciąć. Potem wprawnym ruchem odłączyć tak, żeby puścił klej, a stare kartki się nie rozdarły. Rozdzielone składki trzeba starannie odkładać, by nie pomyliła się ich kolejność. Często zdarzają się pomyłki w zapisie numeracji stron. Pół biedy, jeśli tekst jest po polsku, wtedy łatwo sprawdzić można, czy zachowana jest ciągłość tekstu. Przy tekście łacińskim rzecz nieco się komplikuje. 
Po rozdzieleniu z każdej składki trzeba zdjąć klej: jeśli warstwa jest cienka, to nożykiem; jeśli grubsza – delikatnie gąbką z wodą. Potem, znów niezwykle ostrożnie, każdą stronę oczyścić ze śladów, jakie przez lata zostawiały na kartach czyjeś dłonie. Wreszcie przychodzi czas na szycie. – Dawniej zszywano dratwą, dziś używamy już cieńszych nici – tłumaczy pan Marek. – Jeśli stare dziurki po sznurku nie są zniszczone, nie powinno się robić w papierze nowych otworów. W tym przypadku nie byłoby tu wcale dużo pracy.
 
Błędy mistrzów
Pan Marek oprócz ratowania ksiąg archiwalnych, zszywa również roczniki gazet. – „Przewodnik Katolicki” też zszywałem – przyznaje. – Dużo jest przy tym pracy, a prawdziwy problem pojawia się wtedy, kiedy zmienia się format. Najtrudniej jednak jest zszywać „L’Osservatore Romano”, które jest grube, na powlekanym papierze. Grzbiet ścierać muszę papierem ściernym, żeby potem móc wszystko przeszyć.
Po przeszyciu stron dokleja się je do podwójnej kartki, a potem zakleja grzbiet. Jeszcze okładka z odpowiednio ukształtowanym grzbietem (to robi się po prostu młotkiem!) – i już książka wędrować może do prasy.
Choć wszystko to brzmi banalnie prosto, praca nad jedną księgą trwać może od trzech tygodni do trzech miesięcy. Krócej, jeśli wystarczy tylko księgę rozebrać i oczyścić. Dłużej, jeśli trzeba na przykład uzupełnić papier. – Kiedy napisy są tuż przy krawędzi strony i nie da się ich zszyć tak, żeby nie stracić nic z tekstu, wtedy trzeba uzupełnić papier masą papierową, konsystencją przypominającą trochę  kaszkę – wyjaśnia pan Marek. – Jeśli takie uzupełnienie jest niemożliwe, bo rozpuszcza nam atrament, wtedy delikatnie podklejamy całość papierkiem bezkwasowym, podobnym kolorystycznie do oryginału.
Zrobienie okładki to również jest sztuka. Wzdycham głośno, że z zasady unikam książek w twardych oprawach, bo wprawdzie dobrze wyglądają, ale trudno jest je czytać. – Uczono mnie, że dobrze zrobiona książka powinna otwierać się tak, żeby okładka nie ciągnęła za sobą strony. Wiem, jak to zrobić: między grzbietówką a okładką musi zostać trochę przestrzeni. Jedynym mankamentem starych ksiąg jest właśnie to, że dawni mistrzowie tych odstępów nie zachowywali i księgi nie otwierały się tak swobodnie.
 
Skarby i niespodzianki
Zdecydowana większość pracy pana Marka to oprawianie ksiąg metrykalnych. Ale trudno tu mówić o nudzie, skoro wśród nich zdarzają się takie skarby jak księga z Lechlina. Dawny proboszcz wklejał bowiem do księgi współczesne sobie banknoty i znaczki pocztowe. Wśród banknotów znajdują się nawet takie unikaty jak będący w obiegu jedynie kilka miesięcy papierowy pieniądz z Wągrowca. – Zastanawiamy się, co teraz z tym zrobić – mówi pan Marek. – Odkleić i włożyć do klasera? Wyłączyć księgę z udostępniania i pokazywać tylko jako eksponat? Banknoty są ciężkie, niszczą się nawet przy odwracaniu strony. Na razie zrobiłem specjalny futerał, żeby stojąc na półce, księga nie otwierała się samoczynnie, żeby papier nie obsuwał się i nie zaginał pod ciężarem wklejonych pieniędzy.
Współczesne niespodzianki w księgach nie są już tak cenne, choć o nudzie nadal trudno mówić. – W latach 80. często przychodzili ludzie, żeby wycinać im w książkach otwory na pieniądze, których legalnie nie wolno było przewozić przez granicę – śmieje się pan Marek. – Dziś można o tym mówić, wtedy był strach, bo nie było wiadomo, z kim człowiek ma do czynienia.
 
My umrzemy
O współczesnych książkach pan Marek mówi z żalem. – Najczęściej są klejone, nie szyte. Dla mnie to nie książki, to bloczki z zapisanymi kartami. Wystarczy raz je otworzyć, żeby się wszystko rozsypało. Są piękne, kolorowe, na dobrym papierze, a po przeczytaniu nadają się już tylko do wyrzucenia.
Za to zarówno starym, jak i nowym książkom szkodzi to samo: człowiek. Brudne ręce i ślinione palce. Grube zakładki. Tasiemki, które są ostre i niszczą cienki papier. Zaginanie kartek. Używanie taśmy klejącej, która za kilka lat i tak odpadnie, zostawiając tłusty ślad. Odkładanie książki rozłożonej, grzbietem do góry.
– Książka to jest piękna rzecz, żeby tylko ludzie umieli o nią dbać – mówi pan Marek. – Bo my umrzemy, a zachowa się książka.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki