Logo Przewdonik Katolicki

Luki w pamięci

Natalia Budzyńska
Fot.

To nie jest zwykła wystawa: ta wystawa jest jak żywa rana. Mówi o człowieku, zbrodniarzu, jego ofiarach i kompletnym braku odpowiedzialności za popełnione mordy. Angażuje się w to polityka, psychologiczny mechanizm wyparcia, a może i zgoda na zło?

Jak zrozumieć Heinza Reinefartha? Jak zrozumieć Niemców, którzy po wojnie wybrali „kata Warszawy” na burmistrza swojego miasta? I wreszcie, jak zrozumieć tych mieszkańców, którzy nawet dziś nie sprzyjali publicznemu przyznaniu jego win? Jakie to winy? Według różnych szacunków wymordowanie od 3 do 6 tys. mieszkańców Woli, dzielnicy Warszawy. W pierwszych dniach powstania jego żołnierze na rozkaz zabijali wszystkich: matki, ojców, babcie, dziadków, dzieci, w każdym wieku. Na podwórkach stosy trupów sprzątały potem specjalne jednostki. Po wojnie w ramach ekshumacji wydobyto kilkadziesiąt tysięcy ciał, z których zostały szczątki… kości, zębów, a także skrawki ubrań. Na tej podstawie próbowano ustalić tożsamość zamordowanych. Wielu nigdy nie odnaleziono – po to przecież palono stosy trupów, by nigdy nie można było ich policzyć. W tym czasie generał SS Heinz Reinefarth, który wprawdzie wpadł w ręce Anglików i Amerykanów, został zwolniony z powodu… barku dowodów. Po 70 latach od sierpniowych wydarzeń na Woli prosiła Polaków o przebaczenie obecna burmistrz miasta Westerland na wyspie Sylt, w którym po wojnie prawomocnie rządził Reinefarth. W rocznicę rzezi w Muzeum Woli otwarta została wystawa „Reinefarth w Warszawie. Dowody zbrodni”. 

 

Rzeź

Heinz Reinefarth urodził się w Gnieźnie, był synem pruskiego sędziego. Swoją karierę w SS rozpoczął w 1932 roku, był już po ślubie i wkrótce urodziły mu się dzieci. Po wybuchu powstania dostał rozkaz sformowania oddziału wojskowego i przybycia do Warszawy. Był wówczas dowódcą policji i SS w Kraju Warty. Jego oddziały już 4 sierpnia rozpoczęły mordowanie mieszkańców Woli. W czasie porannej odprawy wydał instrukcje, dość ogólne, jednak nie na tyle, żeby nie zrozumieć ich sensu: ludność Warszawy należy traktować bezlitośnie. Dzień 5 sierpnia przeszedł do historii jako „czarna sobota”. Zginęło wtedy nie mniej niż 10 tys. cywilów. Najpierw mordowano chaotycznie, później według systemu. Stosy ciał miały po dwa metry wysokości i nawet trzydzieści metrów długości. Zdarzało się, że szeregowi żołnierze nie wytrzymywali napięcia. Dowództwo całkowicie zdawało sobie sprawę z rozmiaru zbrodni. Tego samego dnia Reinefarth podczas rozmowy telefonicznej z generałem von Vormannem powiedział, że ma więcej zatrzymanych niż amunicji (aby ich rozstrzelać). Po tej brutalnej akcji na Woli jego oddziały zostały przeniesione na Starówkę, a potem na Czerniaków i Powiśle. Wiadomo, że zajmowały się mordowaniem jeńców i likwidacją szpitali. Za te dziesiątki tysięcy ofiar otrzymał Liście Dębowe do Żelaznego Krzyża. Po zakończeniu wojny polskie władze zażądały od Brytyjczyków i Amerykanów jego ekstradycji, do której jednak nigdy nie doszło. Za zbrodnie popełnione na Woli podczas powstania warszawskiego nikt nie odpowiedział.

 

Przypominanie

Organizatorzy wystawy otwartej w 70. rocznicę „czarnej soboty” patrzą na rzeź na Woli jako na zbrodnię, za którą nikt nie został skazany. Stawiają tezę o możliwości zakwalifikowania tych strasznych wydarzeń jako zbrodni przeciwko ludzkości. Reinefarth po wojnie czuł się tak bezpiecznie, że nie uciekł nawet z Niemiec jak wielu byłych esesmanów. W końcu dziś nie jest tajemnicą, że w kraju pozostało ich jeszcze więcej. Związał się z partią Blok Ogólnoniemiecki – Związek Wypędzonych i Pozbawionych Praw i wygrał wybory na burmistrza miasteczka na wyspie Sylt. Był rok 1950. Nikt się wtedy nie zajmował powstaniem warszawskim, które nawet w latach 90. mylono z powstaniem w getcie warszawskim. Dopiero w tym roku wyszła w Niemczech książka poświęcona wydarzeniom sierpnia 1944 roku w Warszawie. Rozliczenia z nazizmem w RFN nabrały rozpędu w latach 60. Postepowanie wobec Reinefartha zostało umorzone ostatecznie w 1967 roku z powodu „braku dowodów winy”. Pracował jako adwokat, potem żył na emeryturze generalskiej i zmarł w 1979 roku (jego szef sztabu był po wojnie szefem policji w Kassel). Starsi mieszkańcy Sylt do dziś nie wierzą w jego winę, przecież sąd go uniewinnił.

Na wystawie można zapoznać się z aktami pozyskanymi przez Muzeum Powstania Warszawskiego z Centrali Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu w Niemczech. Są to m.in. zeznania żołnierzy i oficerów niemieckich z lat 60. XX wieku i odnoszą się do udziału w masowych mordach. To nieprawdopodobny pokaz psychicznych możliwości pamięci: jej zamazywania i wypierania, co prowadzi do odrzucania odpowiedzialności. Oto, jak dochodzi do powstania luki w zbiorowej „pamięci politycznej”. W pierwszej części wystawa podsumowuje przebieg i zamknięcie śledztwa w sprawie Reinefartha: relacje świadków, wizja lokalna, współczesna ekspertyza historyczna i prawna, nieznane w Polsce niemieckie fotografie dowódców SS i scen rozgrywających się na Woli. Druga część ekspozycji odnosi się do kontrowersji wokół powojennych losów Heinza Reinefartha – deputowanego do Landtagu, burmistrza Westerlandu, szanowanego adwokata i obywatela. To rzeczywiście polsko-niemieckie otwieranie historii na nowo. Przybyła na otwarcie wystawy obecna burmistrz Westerlandu Petra Reiber przyznała, że oczy mieszkańcom Sylt otworzyła dopiero co wydana książka szwajcarskiego autora i historyka Philipsa Martiego Der Fall Reinefarth.

 

 

Wystawa czynna do 21 grudnia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki