Logo Przewdonik Katolicki

Przepis na zupę z żaby

Monika Białkowska
Fot.

Wie pani, jak ugotować żabę? Jeśli wrzucić ją do wrzątku, to odbije się od dna i wyskoczy. Trzeba wrzucić ją do zimnej wody i powoli podgrzewać, to nie zauważy, że coś się dzieje. Ta zasada dotyczy też człowieka i tego, jak wchodzi w grzech, słabość i uzależnienie.

Kapucyn o. Adam Michalski jest dyrektorem Ośrodka Apostolstwa Trzeźwości w Zakroczymiu. Pochodzi z Inowrocławia, a pod koniec sierpnia gościł w mogileńskim klasztorze, gdzie mówił o profilaktyce uzależnień.

 

Zaufani słudzy

– Ośrodek w Zakroczymiu powstawał jako ośrodek profilaktyczny – tłumaczy o. Michalski. – Ojciec Beningus Sosnowski, już w czasie II wojny w obozie przejęty ideą trzeźwości, chciał stworzyć miejsce, w którym byłaby przekazywana fachowa wiedza na ten temat. Kapucyni jeździli wówczas od parafii do parafii, mówiąc o problemie alkoholowym. Kiedy 40 lat temu w Polsce powstały pierwsze grupy AA, z zasady nie były związane z żadnym wyznaniem. Ale ludzie sami przyszli do ojca Beningusa, prosząc, by był ich przewodnikiem. To był dla Zakroczymia przewrót na miarę kopernikańskiego – odtąd pracować mieliśmy już nie tylko profilaktycznie, ale wprost z uzależnionymi. Dziś alkoholicy mówią o nas, że jesteśmy ich „zaufanymi sługami, którzy nimi nie rządzą”.

Do Zakroczymia przyjeżdżają osoby należące do AA, współuzależnione ze wspólnot Al-Anon czy DDA/DDD – dorosłe dzieci alkoholików i dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. Każde spotkanie organizowane jest przez jakąś grupę – ale grupy liczą od 10 do 40 osób, a w ośrodku jest 140 miejsc, więc zawsze można do spotkań dołączyć. Informacje o tym, co akurat dzieje się w Zakroczymiu, są zamieszczane na stronie internetowej Ośrodka.

– Oprócz konferencji, które głosimy, oprócz Drogi Krzyżowej, jesteśmy cały czas do dyspozycji – tłumaczy rolę kapucynów o. Michalski. – Od rana do wieczora mam na liście kolejne nazwiska, siedzę i spowiadam. Często są to spowiedzi trudne: kiedy ktoś wraca do Kościoła po 10 latach albo robi moralny obrachunek z całego piciorysu, to naprawdę jest się z czego spowiadać. Przychodzą też ci, którzy chcą poznać istotę swoich błędów, i ci, którzy chcą wrócić do rodzin. Obecnie jesteśmy po pierwszym kursie duszpasterskim: wysyłamy zaproszenia do wszystkich seminariów, bo chcemy przygotować duszpasterzy do pracy z osobami uzależnionymi, do mądrego pomagania, które nie będzie utwierdzaniem we współuzależnieniu ani nie będzie utwierdzało alkoholika w piciu. Niestety, nie we wszystkich seminariach rozumie się potrzebę takiego przygotowania i wtedy z całej diecezji nie ma nikogo… Przyjeżdżają za to siostry zakonne, szczególnie dużo jest kalkutanek, które pracują z bezdomnymi, zazwyczaj uzależnionymi.

 

Trzeźwy do obiadu

– Teoretycznie z nałogu można wyjść samemu, bez wspólnoty – mówi o. Michalski. – To są tak zwane cuda, zdarzają się może w pięciu procentach przypadków, a ja jestem księdzem i wierzę w cuda. Ale większość tych, którzy próbują poradzić sobie sami, jest abstynentami, jednak nie wchodzą w trzeźwość. Potrafią się zaprzeć: „Nie wypiję!”, ale nie rozwiązują swoich problemów, na zewnątrz są przykładni, a w domu trudno z nimi wytrzymać, przeżywają nieustannie wielki ból. Grupa pozwala nie tylko przestać pić – grupa pomaga żyć na trzeźwo.

Stereotypowy alkoholik to ten, który leży brudny pod ławką w parku. – Takie leżenie to już ostateczność – tłumaczy o. Adam. – Niebezpiecznie robi się wtedy, kiedy okazuje się, że wszystko w życiu kręci się wokół alkoholu. Żebym troszkę sobie wypił. Kiedy o alkoholu myśli się każdego dnia. Kiedy alkohol staje się antidotum na problemy czy na przeczekanie. To już jest picie ryzykowne. Potem pojawiają się straty. „Zrezygnowałem z wyjścia do przyjaciół, bo wypiłem”. „Nie wyjechałem, bo piłem”. Kiedy przez alkohol pojawiają się w życiu straty, to już jest wielki dzwon alarmowy, że wchodzę w uzależnienie. Potem już pojawia się przymus picia, już nie można powiedzieć sobie „nie”, bo to nie zadziała.

Przynależność do grup AA opiera się wyłącznie na jednym: na chęci zaprzestania picia. – Czego się można spodziewać po mityngach? Że nie ucieknie się od problemu – tłumaczy o. Michalski. – Tam już nie ma teorii, tam jest czysta praktyka. Nikt nie używa słowa „ty”. Mówią tylko o sobie. I kiedy ktoś usłyszy piciorys drugiego, sam zaczyna się porównywać. To jest niesienie nadziei, mówienie o tym, co zadziałało w życiu innych.

– Nie rozmawiamy z nietrzeźwymi – mówi o. Michalski. – Delikatnie, ale stanowczo mówimy: „Dziś z tobą nie rozmawiam”. Bardzo trudno jest przekonać do tego siostry zakonne, które prowadzą różne jadłodajnie, że mają nie dawać jeść nietrzeźwym. – Ale jak nie dać, jak on głodny!? Odpowiadam wtedy: „Ale to jest jego wybór. Siostry go przyzwyczajają, że zawsze dostanie jeść, więc się nie będzie starał. Nie musi powalczyć nawet o te trzy godziny trzeźwości, nie spróbuje być trzeźwy choćby do obiadu…”.

 

Ksiądz zepsuł mi żonę

Alkoholicy przyjeżdżają do Zakroczymia po abstynencję i trzeźwe życie. Inny natomiast jest cel programu dla współuzależnionych. Bliscy, najczęściej żony, nie sprawią, że mężowie przestaną pić. – Grupy Al-Anon uczą, jak wyznaczać granice i się z tych granic nie wycofywać – wyjaśnia o. Michalski. – Niekonsekwencja w wychowaniu zawsze jest szkodliwa, czy chodzi o dziecko, czy o alkoholika. Kiedy przychodzi do mnie żona alkoholika i prosi o jakiś przepis na to, żeby mąż przestał pić, odpowiadam: „Zajmij się sobą. Przestań kręcić się wokół niego, bo im bardziej jesteś dla niego mamusią, tym on więcej pije. Zostaw go, niech się obudzi gdzieś na podwórku… niech wszyscy widzą. Inaczej tracisz swoje życie”.

Niedawno przyszedł do mnie jeden alkoholik z pretensjami, że mu zepsułem żonę. Mieli jechać z dziećmi na wakacje, wszystko było zapłacone, ale on zapił się tak, że po raz kolejny wylądował na detoksie. Zwykle w takich przypadkach żona zostawała przy nim. Ale po pobycie u nas zostawiła męża na tym detoksie, nie nosiła mu zupek, tylko pojechała z dziećmi na wakacje. I teraz on mówi, że ma o to do mnie pretensje. Odpowiadam: „To wspaniale! Tylko te pretensje to miej do samego siebie, bo to ty się upiłeś i nie pojechałeś. Zobacz, że jak się nie poddasz terapii, to tracisz wakacje z ukochaną żoną i dziećmi!”.

Taki kryzys wykorzystujemy, żeby pokazać pewne mechanizmy. To trudne, łatwiej byłoby powiedzieć: „kochaj go”, „zostań z nim”, „nieś swój krzyż” – ale w ten sposób nie pomagamy alkoholikowi, a potęgujemy tylko krzywdę rodziny.

 

Tak wykuwa się charakter

Wielu jest takich, którzy od alkoholu się nie uzależnili. Są i tacy, którzy go po prostu nie lubią. Jaki jest wobec tego sens, by podejmowali oni abstynencję, by decydowali się na miesiąc czy pół roku bez alkoholu czy podpisywali oazową Krucjatę Wyzwolenia Człowieka? Po co podejmować wyrzeczenie, które tam mało ich kosztuje?

– Mówimy tu o dużo większej rzeczy: o walce duchowej – tłumaczy o. Michalski. – Prosty przykład: ilu ludzi nie przychodzi w niedzielę do kościoła, bo akurat przyjechali goście i niezręcznie było powiedzieć, że najpierw Msza św.? W takiej właśnie sytuacji kuje się i okazuje ludzki charakter: kiedy ktoś coś proponuje. Gwarantuję, że jeśli podejmie pani postanowienie niesięgania po żaden alkohol przez pół roku, co chwila będą pojawiać się okazje i częstujący. I nie będą rozumieć, będą się dziwić, bo dlaczego ktoś jest inny od nich, przecież lampka wina to nic złego, a Jezus też pił wino. Ale jeśli mamy siłę wejść w te małe dyskomforty, to później poradzimy sobie również z tymi większymi. Granice przekracza się stopniowo i możemy nie zauważyć, kiedy zrobi się niebezpiecznie…

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki