Logo Przewdonik Katolicki

Działamy TUTAJ dla dzieci TAM

Magdalena Guziak-Nowak
Fot.

Ile kilogramów makulatury trzeba zebrać, żeby sześcioro tanzańskich dzieci mogło pójść do szkoły? Prawie 10 tysięcy.

Na początku warto odeprzeć jeden z najbardziej przykrych zarzutów. – Czasem, a właściwie nawet często, ktoś mnie pyta, po co się włączać w pomoc afrykańskim dzieciom, skoro w polskich Bieszczadach jest taka bieda. Że lepiej pomagać swoim. A ja wtedy odpowiadam: „OK, to niech każdy robi to, do czego ma powołanie. Ja dalej będę się zajmować Afryką, ale przecież ty możesz zrobić coś dla dzieci w Bieszczadach!” – mówi Bożena Koczur, wolontariuszka Fundacji Kiabakari.

Krakus w dalekim kraju

Kiabakari to niewielka miejscowość w północno-zachodniej Tanzanii, w Afryce Wschodniej, między urokliwym Jeziorem Wiktorii a Parkiem Serengeti. Wśród 30 tys. Afrykańczyków od 1991 r. posługuje ksiądz z Krakowa. Jest kustoszem sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Ks. Wojciech Kościelniak pochodzi z parafii św. Kazimierza na Grzegórzkach. W 2008 r. wraz z lek. med. Gabrielą Majkut, która przez dwa lata uczestniczyła w tworzeniu ośrodka zdrowia w Kiabakari, powołali do życia Fundację Kiabakari. Wolontariusze fundacji rozsiani są po całej Polsce, ale jej serce bije w  Krakowie.
Niezliczone dzieła fundacji nastawione są na realizowanie konkretnych celów: wychowanie, edukację, zdrowie, pracę, kulturę i bezpieczeństwo żywnościowe. Bo żeby pomóc naprawdę, trzeba widzieć całego człowieka, a nie tylko to, że jest głodny albo tylko to, że nie umie czytać. Chodzi więc o to, żeby najpierw nauczyć, że są różne kultury i każdej należy się szacunek. O to, żeby walczyć z plagą analfabetyzmu i kiepską służbą zdrowia. Trudnościami są też brak pracy dla młodych Tanzańczyków oraz słabo rozwinięte rolnictwo prywatne.

Jedyna przepustka – nauka

Misjonarz i wolontariusze wiedzą, że nowe nawyki i zasady najłatwiej wpajać od małego. Dlatego Kiabakari ma przede wszystkim twarz dziecka.
– W 2010 r. udało się otworzyć pierwsze przedszkole – mówi Bożena Koczur. – Mamy 40-osobowe grupy maluchów, średniaków i starszaków. Kończymy także budować szkołę podstawową, w której na razie działają trzy klasy. W czwartej dzieci rozpoczną naukę w styczniu 2014 r., bo w Tanzanii rok szkolny pokrywa się z rokiem kalendarzowym. Zarówno w szkole, jak i w przedszkolu pracują siostry służebniczki Najświętszej Maryi Panny z prowincji w Zambii. Przedszkole i szkoła to realna pomoc dzieciom zwłaszcza z bardzo biednych rodzin. Od początku uczą się angielskiego. Szczególnie leży nam na sercu los małych dziewczynek, bo w Tanzanii panuje przekonanie, że kobieta powinna prowadzić dom i rodzić dzieci. Wiele dorosłych kobiet nie potrafi się nawet podpisać.
Wolontariuszka opowiada dla porównania, jak funkcjonuje szkoła państwowa. – W jednej klasie jest 150 dzieci. Metraż, jak ten pokój u pani w redakcji. Zdarza się, że nauczycielami są „absolwenci” VII klasy podstawówki. Nikt nie weryfikuje ich kwalifikacji ani nawet nie sprawdza, czy przychodzą do pracy. Zdarza się więc tak, że dzieci siedzą przez pół dnia na ziemi i czekają na lekcje, które i tak się nie odbędą. Efektem jest to, że podstawówkę kończą często dzieci, które wiedzą tyle samo, ile wiedziały, zanim poszły do szkoły.
Zdobycie wykształcenia jest dla tanzańskich dzieci jedyną szansą na lepsze jutro. Dlatego fundacja troszczy się o to, aby jak najwięcej dzieci tę szansę dostało i realizuje program Adopcji Edukacyjnej. Polega on na tym, że każdy z nas może zostać opiekunem jednego lub kilkorga dzieci. Zadaniem opiekuna jest opłacenie edukacji konkretnego malucha. Czesne kosztuje 240 tys. szylingów, czyli 120 euro. Bożena Koczur: – W przeliczeniu na złotówki, wychodzi ok. 500 zł rocznie. To niemało, ale też niedużo, bo dzięki tym pieniążkom każde dziecko ma zapewniony jeden gorący posiłek dziennie. Nie, nie jest to zupa i drugie danie, jak w polskich, szkolnych stołówkach, ale żółty kubek z grysikiem z mąki kukurydzianej na ciepło. Pamiętajmy, że tam są zupełnie inne realia. Dla niejednego dziecka jest to jedyne śniadanie w ciągu dnia. Gdy w rodzinie zachoruje dziecko, rodzice mają dylemat, czy kupić mu jedzenie czy leki. A gdy wybiorą to drugie, nie ma pewności, że wyzdrowieje. Wielkim problemem w Tanzanii są również podrabiane leki. Mama i tata za ciężkie pieniądze kupują tabletki na malarię, które de facto są na przykład proszkiem do prania.

Kilometry do dentysty

Dlatego w 2007 r. z pomocą Fundacji Redemptoris Missio oraz polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych powstał ośrodek zdrowia z prawdziwego zdarzenia. Fundacja stara się go unowocześniać i rozbudowywać. W 2011 r. wolontariuszka z Fundacji Kiabakari prowadziła w nim projekt diagnostyki chorób tropikalnych. Rok później dwie ratowniczki medyczne ze Szczecina uczyły mieszkańców udzielania pierwszej pomocy. Po powrocie opowiadały, że pierwszy raz widziały wenflony wielokrotnego użytku i musiały dzielić jeden bandaż między kilka osób.
Zadanie na dziś to rozbudowa ośrodka zdrowia i zapewnienie opieki okołoporodowej, bo umieralność rodzących i noworodków jest wysoka. Do najbliższego szpitala w Musomie jest 40 km, nie wspominając o stomatologu – jak z Krakowa do Opola.

Kiabakari łączy pokolenia

– Mimo że Tanzania jest tak bardzo daleko, wiele osób zdaje sobie sprawę, że nie da się nagle przywieźć tych dzieci do Polski i tu stworzyć im idealne warunki. One żyją tam, tam mają rodzinę i przyjaciół i tam trzeba zapewnić im rozwój – wyjaśnia wolontariuszka.
Ważne, żeby była to mądra pomoc. Dlatego zawsze warto zapytać specjalistów od Kiabakari, czego w danym momencie im potrzeba. – Rok temu zgłosiła się do mnie studentka z UJ i zaproponowała, że zrobi wśród znajomych zbiórkę zeszytów, które potem wyślemy dzieciom do Tanzanii. Piękna, szlachetna inicjatywa, ale… pięć zeszytów kosztuje 10 zł i waży kilogram. A za kilogramową paczkę trzeba zapłacić 70 zł. Tanzański rząd, zamiast przyjmować pomoc z wdzięcznością, wprowadził cło. Dlatego takie przedsięwzięcie nie ma sensu, lepiej zebrać pieniążki tu i przekazać misjonarzowi, który kupi zeszyty na miejscu - dodaje.
Datki mogą pochodzić np. z makulatury. Na osiedlu pani Bożeny mieszka emerytka, która razem z koleżankami zbiera niepotrzebne papiery. Za kilogram dostają w skupie tylko 20 gr, ale w ciągu dwóch lat uzbierały taką stertę, że opłaciły Adopcję Edukacyjną sześciorga dzieci.
Na niebanalny pomysł wpadł w zeszłe wakacje miłośnik rolek. Oplakatowany informacjami o fundacji, przejechał wzdłuż Odry 400 km. Taka żywa reklama.
A tak w ogóle to Kiabakari łączy pokolenia. – Koleżanka robi projekty naszych ulotek, jej mąż je drukuje, a nasi rodzice, którzy są już na emeryturze i siedzą w domu, wieczorami je wycinają. Fundacja prowadzi szereg cennych inicjatyw i stale się rozwija. Zgłasza się do nas wiele osób, które zarażają nas swoimi pomysłami na pomoc dla Afryki. Każde spotkanie to nowe, cenne kontakty i nowe serca bijące tu dla Kiabakari.

 


Fundacja Kiabakari poszukuje wolontariuszy, którzy chcieliby się włączyć w pomoc TUTAJ dla dzieci TAM. Szczegółowych informacji udziela Bożena Koczur pod numerem telefonu 606 206 838.
Więcej informacji o fundacji znajduje się na stronie internetowej www.kiabakari.org.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki