Logo Przewdonik Katolicki

Polska energia nad przepaścią

Michał Bondyra
Fot.

W polityce energetycznej panuje chaos, który może doprowadzić do dramatu polskich rodzin i bankructw krajowych firm. By nie skończyło się katastrofą, potrzebne są nie tylko pieniądze, konieczne jest przede wszystkim potraktowanie energetyki jak interesu narodowego. Tylko kto dziś ma to zrobić?

W polityce energetycznej panuje chaos, który może doprowadzić do dramatu polskich rodzin i bankructw krajowych firm. By nie skończyło się katastrofą, potrzebne są nie tylko pieniądze, konieczne jest przede wszystkim potraktowanie energetyki jak interesu narodowego. Tylko kto dziś ma to zrobić?

  

„Skończyło się gadanie o bezpieczeństwie energetycznym i dywersyfikacji. Dzięki staraniom rządu Polska jest dziś bezpieczna energetycznie” – mówił z dumą premier Donald Tusk w swoim exposé w listopadzie dwa lata temu, wyliczając planowane inwestycje w tym strategicznym dla kraju sektorze. Słowa premiera brzmią dziś jednak jak cyniczny żart. W ostatnim czasie media ujawniły dwie bardzo groźne, na pozór niezwiązane ze sobą informacje. Na pozór, bo jak się okazuje, obie są kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego Polski.

Rosyjski skandal

O braku wiedzy premiera Tuska i ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego na temat memorandum w sprawie budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego, podpisanego między EuRoPol Gazem i Gazpromem media rozpisywały się obszernie. W wyniku skandalu kompetencyjnego poleciały głowy ministra Budzanowskiego, ale i Grażyny Piotrowskiej-Oliwy, prezesa państwowego PGNiG – 48-procentowego udziałowca EuRoPol Gazu. Przypomnijmy tylko, że chodziło o gazociąg Jamał II, który w zamierzeniu ma dostarczać niebieskie paliwo do Polski z terenu Białorusi, omijając przy tym Ukrainę. Takie rozwiązanie, delikatnie rzecz ujmując, nie wpływa korzystnie na stosunki z Kijowem, do tego utrwala monopol gazowy Gazpromu na polskim rynku. – Przy okazji memorandum wyszły na jaw utrzymujące się od dekady patologie w sprawach kompetencji i raportowania – potwierdza Paweł Nierada, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego Instytutu Sobieskiego. Uważa on, jak wielu niezależnych ekonomistów, że fakt, iż aż 65 proc. paliwa gazowego zużywanego w Polsce pochodzi od jednego dostawcy (Gazpromu) to prosty dowód na to, że nasze bezpieczeństwo energetyczne dalekie jest od ideału. Z jego twierdzeniem zgadza się także inny niezależny ekspert bezpieczeństwa energetycznego i polityki energetycznej Andrzej Szczęśniak. – To bezpieczeństwo ustawicznie się pogarsza. Ale nie jest to wina Rosji, bo sami je psujemy – zaznacza.

Opolska wolta

Dowodów na słuszność twierdzenia obu panów daleko szukać nie trzeba. Druga informacja mniej eksploatowana przez media jest tego doskonałym przykładem. PGE, spółka należąca do Skarbu Państwa, ogłosiła rezygnację z budowy dwóch nowych bloków na węgiel kamienny w Elektrowni Opole, choć wcześniej nawet rządzący w osobach ministra Budzanowskiego i samego premiera Tuska zgodnie podkreślali strategiczne znaczenie wartej ponad 11,5 mld zł brutto inwestycji. Bloki nr 5 i nr 6 o mocy 900 MW każdy – gwarant bezpieczeństwa południowo-zachodniego regionu kraju – nie powstaną, bo jak podała w komunikacie PGE „zmiany na rynku energetycznym oraz w otoczeniu makroekonomicznym ograniczały efektywność ekonomiczną tej inwestycji”. Suchej nitki na decyzji państwowego koncernu nie zostawia ekspert Instytutu Sobieskiego: „To kolejny przykład na chaos, jaki panuje w polskiej energetyce. Z jednej strony PGE mówi, że budowanie bloków energetycznych na węgiel kamienny jest czymś kompletnie nieopłacalnym, a z drugiej Tauron – porównywalna spółka, stwierdza, że węglowe bloki energetyczne są przyszłością energetyki w Polsce”. Nierada przy tej okazji przypomina, że PGE, Tauron czy Enea i Energa, choć powstały, by przynosić zyski, to poprzez inwestycje miały odnowić cały nasz sektor energetyczny. – Dwie skrajnie różne  opinie spółek należących do Skarbu Państwa na ten sam temat to sytuacja niedopuszczalna, w której winny tak naprawdę jest właściciel, niemający na ten temat żadnego zdania – mówi ekonomista.

Wrócić do węgla

Przykłady można by mnożyć, ale przyjrzyjmy się polskiej energetyce. Jeszcze pięć lat temu aż w 96 proc. była ona oparta na węglu, dziś wciąż węgiel kamienny i brunatny stanowią 90 proc. produkowanej w naszym kraju energii. – Jeszcze w roku 1995 byliśmy krajem samowystarczalnym energetycznie. Od tamtej pory stan ten tylko się pogarsza, ale nie poprzez gaz czy ropę, a węgiel, którego wydobycie zaniedbujemy – mówi Szczęśniak. Ekspert przytacza zatrważające dane, wykazując, że wydobycie węgla w Polsce spadło z 200 mln ton rocznie, do ledwie 70 mln ton w roku ubiegłym. – Staliśmy się importerem netto węgla. Taka sytuacja była niewyobrażalna jeszcze dekadę temu – z niedowierzaniem kręci głową Szczęśniak. A wszystko poprzez nie tylko brak wizji kolejnych rządzących ekip, ale też komunały kryjące się pod pojęciami „ochrona klimatu” i „ekologia”. Mit o dużej szkodliwości produkcji węgla obala ekspert z Instytutu Sobieskiego. – Polska powinna być zainteresowana, by utrzymać politykę węglową, tym bardziej że nowe technologie spalania nie są dramatycznie szkodliwe. To nie są lata 70. XX w., kiedy w Katowicach wychodziło się rano do pracy, a wieczorem wracało się z czarnym kołnierzem – tłumaczy Paweł Nierada. Wtóruje mu Andrzej Szczęśniak, dając przykład USA, które nadwyżki węgla kamiennego na rynku wewnętrznym eksportują. – Rezygnowanie z węgla to samobójstwo fundowane nam przez kolejne władze – puentuje.

„Nie” dla Europejskiego Rynku Energetycznego

Powrót do węgla w naszym kraju utrudniają jednak dwie rzeczy – kompletny brak wizji co do strategii średnio- i długoterminowej w sektorze energetyki, ale i sama Unia Europejska. Zgodnie ze zobowiązaniami Polska ma do 2020 r. zwiększyć z 5,8 do aż 15 proc. udział odnawialnych źródeł energii w końcowym zużyciu energii. Ustalenia te to znów dobrodziejstwo kolejnych rządów, podobnie jak pakiety klimatyczne redukujące emisję CO2 do atmosfery, które poprzez trudne do zrealizowania dla Polski limity mogą narazić nasz kraj na olbrzymie kary. Mimo tylu już zepsutych kwestii, obecny rząd nie chce pozostać w tyle i dąży do wspólnej polityki energetycznej. – Jest oczywiste, że Europa potrzebuje wspólnej polityki energetycznej, patrząc na otaczające nas kwestie bezpieczeństwa energetycznego oraz kwestie geopolityczne – przekonywał na konferencji klimatycznej w Warszawie przed rokiem europoseł PO Jacek Saryusz-Wolski. Andrzej Szczęśniak przestrzega jednak, że obecna ekipa rządząca nie analizuje zagrożeń i kosztów związanych ze wstąpieniem do Europejskiego Rynku Energetycznego. – Koszt energii powinien być dostosowany do zamożności społeczeństwa i efektywności gospodarki. Jeśli według tych dwóch parametrów koszty są za wysokie, to mamy zjawiska przenoszenia tych kosztów na podatnika – mówi niezależny ekspert polityki energetycznej i przypomina, że dziś Anglik na ogrzewanie i elektryczność wydaje ledwie 3 proc. swojego miesięcznego dochodu, a Niemiec tylko 4,5 proc. Polak za ciepło i prąd płaci 10 proc. tego, co w miesiącu zarobi. Ogromne są także koszty energii, które ponoszą polscy przedsiębiorcy, choć nominalnie są niższe niż te na Zachodzie.  Zrównanie tych kosztów do poziomu europejskiego dla naszych przedsiębiorstw byłoby jednak zabójcze, bo koszty energii w Polsce są dla nich jedną z ostatnich przewag konkurencyjnych. Jeśli odbierzemy im i tę przewagę, to oni nie zainwestują w nowe technologie.

Potrzebne miliardy i wizja

W mające już blisko 30 lat bloki energetyczne w najbliższej dekadzie trzeba zainwestować 33 mld euro (raport PMR z 2012 r.), a w najstarsze rurociągi gazowe kolejne 3,5 mld euro (konferencja „Rynek gazu ziemnego w Polsce. Stan obecny i perspektywy” z marca 2013 r.).

Nadal jednak nie ma odpowiedzi na pytanie, jak ma wyglądać polski sektor energetyczny za 15 lat. Można – jak mówi ekonomista Paweł Nierada – utrzymać turbiny węglowe i dobudować wzorem niemieckim mniejsze turbiny gazowe. A jeśli rezygnujemy z węgla trzeba postawić na atom. Na to jednak trzeba dekad. Andrzej Szczęśniak podkreśla przy tym, że o energetyce w końcu trzeba zacząć myśleć w kategorii interesu narodowego. – I musimy robić to w wymiarze gospodarczym, a nie udawać paniska, które nie interesuje się pieniędzmi i kupuje z Kataru o połowę droższy gaz (umowa realizowana przez Gazoport w Świnoujściu – przyp. MB) – wyjaśnia. By za kilka lat nie groziły nam mroźne i ciemne zimy albo

protesty podobne do tych lutowych w Bułgarii, gdzie tysiące zdesperowanych ludzi darło dwukrotnie wyższe rachunki za ogrzewanie i prąd.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki