Logo Przewdonik Katolicki

Zakonnik o spóźnionym powołaniu

Małgorzata Szewczyk
Fot.

Jacques Verlinde zapowiadał się znakomicie: młody, zdolny, zafascynowany badaniami z dziedziny chemii i fizyki jądrowej. Drzwi do kariery naukowej stały otworem. Nadszedł rok 1968, który zburzył całe jego dotychczasowe życie. Wyruszył na koniec świata, by odnaleźć Tego, który stał tuż za nim...

 

Trzy godziny, 44 minuty. Student przeliczy ten czas na dwa ćwiczenia „z hakiem”, kolejarz – na odcinek np. między Poznaniem a Szczecinem. To czas w sam raz odpowiedni na relaks: obejrzenie sztuki teatralnej albo dobrego filmu, choć może oba wydarzenia kulturalne były nieco za długie...

224 minuty jak na historię życia 65-letniego dziś mężczyzny, to zdecydowanie za krótko. Tyle, a w zasadzie tylko tyle, trwa świadectwo o. Josepha-Marii Verlinde’a, wygłoszone kilka lat temu podczas rekolekcji dla DA „Rotunda” w Rzeszowie, zawarte na płycie dołączonej do bieżącego numeru „Przewodnika Katolickiego”. 

Jego losy mogłyby posłużyć za kanwę kasowego hollywoodzkiego filmu, którego producenci zarobiliby miliony dolarów. Sukces – gwarantowany. Chwytliwy temat – hinduizm, buddyzm, joga, nirwana, wyrazisty bohater – młody belgijski naukowiec, fascynujący dziś wielu kraj z bogatą kulturą i modną, zwłaszcza wśród celebrytów, duchowością – Indie. Tyle że produkcja ta chyba nigdy nie powstanie, bo... jej zakończenie jest „niepoprawne politycznie”.

 

Ja, brahmaczarin

Opasłe tomy historii Kościoła znają niejeden spektakularny przypadek nawrócenia. Kilka z nich przytaczają sami ewangeliści. Losy św. Augustyna to też już swego rodzaju „klasyka” tematu. Papierkiem lakmusowym opowieści o. Verlinde’a jest sam sposób jej przedstawienia.

Jego słowa, wypowiadane notabene w jednym z najbardziej melodyjnych języków – po francusku, nie brzmią egzaltowanie. Ton opowieści ani przez moment nie jest fałszywy, nawet wtedy, gdy mówi: „Magów jest dziś coraz więcej. Władają wielkimi mocami (...) Wszyscy jesteśmy narażeni na magię, okultyzm, spirytualizm”, bo jak bodaj nikt zna wagę tych słów.

To nie jest lukrowana historia zagubionego, niedojrzałego młodzieńca, który dla rozrywki sięgnął po religię i filozofię Wschodu i poznał ją w teorii ani opowiastka filozoficzno-dramatyczna z tzw. happy endem.

To świadectwo człowieka, który przez wiele lat żył w aszramach, czyli tam, gdzie zazwyczaj nie mają dostępu Europejczycy, stał się uczniem hinduskiego guru – brahmaczarinem, poznawał fundamenty filozoficzne hinduizmu i buddyzmu, praktykował jogę, zagłębiał się w teozofię, antropozofię, medytował 24 godziny na dobę, bez snu, przy minimum jedzenia, osiągał stan nirwany. Był uzdrowicielem, miał nadprzyrodzoną władzę i jednocześnie... był zniewolony i nie czuł się szczęśliwy.

Mój lud Mnie opuścił, Mnie, który jestem źródłem żywej wody, żeby wykopać sobie cysterny, które są popękane i które nie mogą utrzymać wody (por. Jr 2, 13). Ten niezwykle wymowny fragment Księgi Jeremiasza stanowi kwintesencję losów o. Josepha-Marii Verlinde’a (takie imię przyjął w zakonie), dziś katolickiego kapłana w założonym przez siebie Zgromadzeniu Rodzina Świętego Józefa. 

 

Będziesz jak bóg

Jest rok 1968. Rewolucja kulturalna szerzy się na zachodzie Europy. Ta data, jak wspomina, stanowiła przełom w jego życiu. Szczęśliwy, wierzący i praktykujący dotąd młody Belg Jacques Verlinde, zafascynowany badaniami z dziedziny chemii i fizyki jądrowej, tuż przed obroną doktoratu, zostaje porwany przez wiatr mentalnych zmian. I choć odrzuca wyniesione z domu rodzinnego prawdy wiary, zafascynowany medytacją transcendentalną, to zaskakującym jest fakt, jak sam wspomina, „najpiękniejszym wspomnieniem dzieciństwa pozostają chwile spędzone przed Najświętszym Sakramentem. Kochałem Jezusa, a to była łaska, którą On sam nam daje, czego nie byłem świadomy”. Ta miłość była w nim głęboko zakorzeniona. Ona też później stała się kluczem, który otworzył duszną celę wschodniej religii i filozofii. „Miłość jest najpiękniejszą relacją między dwiema osobami” – dopowie. Zanim to jednak nastąpiło, dotarł do hinduskiego guru – Maharishi Mahesh Yogi, który był m.in. guru Beatlesów. Został jego uczniem i towarzyszył mu wszędzie tam, gdzie on przebywał, w niedostępnych dla zwykłych śmiertelników aszramach w wysokich Himalajach, pogłębiając religijną tradycję hinduizmu i buddyzmu. Oddawał się duchowym ćwiczeniom, osiągał stan moksa, czyli nirwany, doświadczył, do czego prowadzą praktyki jogi, na Zachodzie przedstawiane jako zupełnie niegroźne techniki medytacji i koncentracji umysłu, oddechy, recytowanie mantry. Po przebyciu wstępnych etapów wszedł w okultyzm. „Czakry zostały już otwarte, więc pozwoliło mi to dotrzeć bardzo daleko” – wspomina.

Mimo wszystko w aszramie czuł się rozdarty. Nie mógł pogodzić się z głoszoną przez buddyzm teorią, że miłość jest tylko iluzją, a nie czymś, co daje szczęście. Bóg, o którym mówi buddyzm, nie jest osobą, wobec której można stanąć, kochać ją, komunikować się z nią. Ten bóg to tylko całość stworzenia. Jakaś energia kosmiczna, pewna wibracja, w której, dzięki tym wszystkim technikom i ćwiczeniom, można się rozpłynąć – zaznacza w swoim świadectwie.

 

Jezus przyszedł odszukać mnie w Himalajach

Choć wysoko w Himalajach ze swoim guru spędził cztery lata, to decyzja o opuszczeniu aszramu zajęła mu zaledwie dobę. Krótka rozmowa z francuskim lekarzem, chrześcijaninem, przewartościowała dotychczasowy styl jego życia i wyznawaną filozofię. Wystarczyło jedno zadane przez niego pytanie, zawarte w Markowej Ewangelii. Pytanie Jezusa, które stoi w jej centrum: „za kogo uważają Mnie ludzie? (...) A za kogo ty Mnie uważasz?”. Słowa te podsyciły tlącą się w nim iskrę: „W jednym momencie poczułem, że Jezus jest obecny, że On jest obecny z całym swoim nieskończonym miłosierdziem. (...) Był za mną przez cały czas, ale się nie narzucał. Zobaczyłem spojrzenie pełne bólu i pełne miłości: jak długo jeszcze każesz Mi czekać?”.

Dwadzieścia cztery godziny później, zaledwie z jedną walizką dokumentów w rękach, był już w Europie. Miał wszystko, czego przez cały czas szukał: Jezusa. Nie był to jednak koniec jego przygody z tradycjami Wschodu. Nieświadomy zagrożeń zainteresował się bioenergoterapią, reiki i okultyzmem i znów pogrążył się w tych praktykach. Paradoksalnie, choć bardzo chciał wykorzenić to, co głęboko zapadło w nim podczas pobytu w Himalajach, to nowo poznane osoby i kolejne doświadczenia nie ułatwiały mu tego. Zanim został duchowo uzdrowiony, musiało upłynąć wiele lat. Tak naprawdę przeżył dwa nawrócenia. Jak sam się przyznaje: pomylił erem zakonny i mistrzów, ale wirus zakonny tkwił w nim głęboko.

Po dziesięciu latach studiów filozoficznych i teologicznych Jacques Verlinde przyjął święcenia kapłańskie w 1983 r. Założył Wspólnotę Rodziny Świętego Józefa i czekał na znak od Boga, czy powinien mówić o swojej przeszłości. Od ponad dwudziestu lat na całym świecie daje świadectwo swej historii i działania Boga w jego życiu.

Słuchając jego opowieści, ma się wrażenie, że 224 minuty to zbyt krótki czas, by zrozumieć, jakie zagrożenia niosą ze sobą duchowe zniewolenia. Zdecydowanie za krótki... 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki