Quo vadis, szkoło?

Prawdziwa rewolucja czeka 1 września uczniów i kadrę nauczycielską szkół ponadgimnazjalnych. Reformatorzy polskiej oświaty dołożyli wszelkich starań, by zapoczątkowany dwadzieścia lat temu ewidentnie szkodliwy proces zmian, w 2012 r. osiągnął swoiste apogeum bezmyślności i ignorancji.
Czyta się kilka minut

Prawdziwa rewolucja czeka 1 września uczniów i kadrę nauczycielską szkół ponadgimnazjalnych. Reformatorzy polskiej oświaty dołożyli wszelkich starań, by zapoczątkowany dwadzieścia lat temu ewidentnie szkodliwy proces zmian, w 2012 r. osiągnął swoiste apogeum bezmyślności i ignorancji.

Odkąd w 1992 r. rozpoczęto „konieczne” reformy w szkolnictwie, oświata przypominała bardziej „doświadczalnego królika” niż kompetentne, przemyślane i dalekowzroczne działania. Wszystkie oczywiście były motywowane potrzebą dostosowania nauczania do wymogów zmieniającego się świata i uczącego się kapitalizmu społeczeństwa. Nie twierdzę, że skostniały system polskiej edukacji nie wymagał zmian, ale wybrana droga reform zaprowadziła oświatę tak naprawdę w ślepy zaułek. Kolejne roczniki poddawane są eksperymentowi „oświata”. Efekty dotychczasowych reform nie napawają optymizmem.

Rewolucja wrześniowa

O niskim poziomie wiedzy tak ogólnej, jak i przedmiotowej uczniów wszystkich szczebli edukacji świadczą osiągane przez nich wyniki na egzaminach (notabene bardziej przypominające quizy czy konkursy audiotele niż egzaminy). Tylko w ubiegłym roku, jak podała Centralna Komisja Egzaminacyjna w Warszawie, matury nie zdała prawie jedna czwarta zdających, a siedem procent nie miało prawa jej powtarzać.

Wykładowcy akademiccy biją na alarm: obniżenie poziomu kandydatów na studia, nie wspominając już o kindersztubie, skutkuje coraz mniejszą kreatywnością, samodzielnością i pragnieniem zdobycia wiedzy i umiejętności wśród studentów, a w ostateczności obniżeniem poziomu najmłodszej kadry. Obecna reforma, zaprojektowana przez Katarzynę Hall, dla której zielone światło dała jej kontynuatorka, Krystyna Szumilas, uderza w samo jądro polskiej oświaty. 1 września uczniów i kadrę nauczycielską szkół ponadgimnazjalnych czeka prawdziwa rewolucja. Nowa podstawa programowa nauczania łącząca podstawy programowe gimnazjum i liceum, nowy system liczenia godzin przeznaczonych na realizację podstawy programowej kształcenia ogólnego, nowy system liczenia punktów na egzaminie wstępnym do szkoły średniej, podział na przedmioty obowiązkowe, w zakresie rozszerzonym i przedmioty uzupełniające, a także stopniowa likwidacja m.in. liceów profilowanych to tylko niektóre ze zmian. 

Oświatowa nowomowa

„Najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć, jest oczarowanie tajemnicą. Jest to uczucie, które stoi u kolebki prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki. Ten, kto go nie zna i nie potrafi się dziwić, nie potrafi doznawać zachwytu, jest martwy, niczym zdmuchnięta świeczka”, pisał Albert Einstein. Jeśli ktoś myśli, że rozporządzenie w sprawie ramowych planów nauczania w szkołach publicznych, wchodzące w życie z dniem 1 września, będzie iskrą, która ożywi polską oświatę, to się bardzo myli. Iskrę, owszem, dało się zauważyć, ale była to raczej iskra zapalna niczym oliwa dolana do ognia, która wywołała już niemały pożar. Reformatorzy polskiej oświaty dołożyli bowiem wszelkich starań, by zapoczątkowany 20 lat temu ewidentnie szkodliwy proces zmian, w 2012 r. osiągnął swoiste apogeum bezmyślności i ignorancji.

„Podstawowym zadaniem szkoły jest efektywne kształcenie i przygotowanie uczniów do dorosłego życia. Szkoła ponadgimnazjalna musi wyposażyć absolwenta w kanon wiedzy ogólnej i przygotować go do dalszej edukacji na wyższej uczelni lub do pracy w wybranym zawodzie. (...) Ważne jest nie tylko zachowanie ciągłości kształcenia, ale również taki wybór metod nauczania i sposobu przekazywania treści, aby nauczanie było efektywne, a poziom wiedzy i umiejętności absolwentów wzrasta” – napisała 22 marca w oświadczeniu Krystyna Szumilas, minister edukacji narodowej. Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale wystarczy prześledzić wydane rozporządzenie, by dojść do smutnej refleksji, że jak zwykle teoria rozmija się z praktyką, a społeczeństwo karmione jest papką oświatowej nowomowy.

Poplątanie z pomieszaniem – tak w skrócie można określić wrześniowe zmiany.

Wszystko nowe

Nowe rozporządzenie to kolejny etap wdrażania nowej podstawy programowej kształcenia ogólnego w szkołach ponadgimnazajalnych, czyli w zasadniczej szkole zawodowej, w liceum ogólnokształcącym i w technikum oraz w klasach IV–VI szkoły podstawowej. Połączenie podstaw programowych gimnazjum i liceum oznacza, że nauka w liceum ma być kontynuacją tej z gimnazjum, a nie powtarzaniem zdobytej wiedzy. W końcu po co uczeń ma cokolwiek powtarzać.

„Zadbano” też o dodatkowe obowiązki dla dyrektorów szkół. Od 1 września będą oni musieli śledzić proces kształcenia uczniów przez trzy lata i kontrolować, czy minimum programowe względem danego ucznia zostało zrealizowane. Zmieni się bowiem liczba godzin realizowanych w ramach tygodniowych planów nauczania. Dotychczas przydzielona była roczna pula godzin na dany przedmiot. Nauczyciel wiedział, ile godzin ma zrealizować. Według nowego rozporządzenia określono minimalne liczby godzin przeznaczone na obowiązkowe zajęcia edukacyjne w całym cyklu kształcenia (w liceum to trzy lata). Ponadto przydzielone są minimalne liczby godzin na przedmioty tzw. rozszerzone i uzupełniające oraz na kształcenie zawodowe.

Zmienią się zasady rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych. Gimnazjaliści będą zdawać nowy egzamin wstępny, sami obliczą też liczbę punktów. Test ma sprawdzać pięć obszarów wiedzy (język polski, historia wraz z wiedzą o społeczeństwie, matematyka i przedmioty przyrodnicze), a nie jak dotąd trzy. Będą też brane pod uwagę wyniki z egzaminu z języka obcego.

Jak nigdy wybór szkoły będzie warunkował ścieżkę zawodową. Nasuwa się pytanie, czy w wieku 16 lat można mieć sprecyzowane zainteresowania i wybrany przyszły zawód, determinujący całe przyszłe życie? Tymczasem gimnazjaliści muszą wiedzieć, jakie studia chcą wybrać i jakie przedmioty muszą zdawać na maturze, aby dostać się na wymarzone kierunki. I nie jest to żadna przesada, bo zmiana wyboru studiów pociągnie za sobą wiele trudności. Nadgonienie różnicy programowej nie będzie bowiem łatwe. W niektórych szkołach uczniowie będą musieli zadecydować o przedmiotach, które chcą zdawać na poziomie rozszerzonym już w trakcie rekrutacji. Chodzi niby o lepsze przygotowanie uczniów do studiowania na wymarzonym kierunku.

Reformatorzy pokusili się też o retusz nazw niektórych przedmiotów: w miejsce technologii informacyjnej wprowadzono informatykę, a dotychczasowe przysposobienie obronne szumnie nazwano edukacją dla bezpieczeństwa. Konia z rzędem temu, kto zrozumie intencje reformatorów odnośnie do podziału

przedmiotów w cyklu nauki w szkole średniej. W I klasie liceum uczniowie będą uczyć się wszystkich przedmiotów na poziomie podstawowym. W II i III

obowiązkowymi będą: język polski, matematyka, dwa języki obce oraz wf. Ponadto, każdy uczeń będzie musiał wybrać po 2–4 przedmioty, które będzie

zdawał na poziomie rozszerzonym. Ale to nie koniec: przedmioty obowiązkowe mogą być nauczane w zakresie podstawowym lub w zakresie rozszerzonym. W technikum uczeń będzie miał obowiązek wyboru dwóch przedmiotów spośród proponowanych przez szkołę a ujętych w podstawie programowej w zakresie rozszerzonym, związanych z kształceniem w określonym zawodzie. 

Do czego to wszystko zmierza?

 „Szkoła ma obowiązek zadbać o wszechstronny rozwój każdego ucznia (...)”. Tak więc jeśli uczeń nie wybierze na maturze historii w zakresie rozszerzonym, będzie miał zajęcia z historii społeczeństwa. Jeśli zdecyduje się nie zdawać na wyższym poziomie fizyki, chemii, biologii czy geografii, będzie musiał uczęszczać na lekcje biologii. Przyszli lekarze nie będą mieli dostatecznej wiedzy z historii, a historycy wiedzy z fizyki. Zwiększyć ma się też liczba zajęć praktycznych, np.: zajęcia terenowe z przyrody, geografii i biologii, dyskusje, debaty, dramy, wycieczki edukacyjne, uczestnictwo w wydarzeniach artystycznych. To wszystko bardzo szczytne, ale czy nie jest to rozmywanie fundamentalnej wiedzy?

Zgodnie z nowymi przepisami nauka w technikach i zasadniczych szkołach zawodowych ma być powiązana z nauką w gimnazjach. Na etapie I klasy liceum, technikum i zasadniczej szkoły zawodowej będzie obowiązywała ta sama podstawa programowa nauczania. Dzięki temu absolwenci zasadniczych szkół zawodowych będą mogli kontynuować naukę w liceach ogólnokształcących dla dorosłych od II klasy tego liceum. Jak wpłynie to na jakość wiedzy i umiejętności?

Z ustawy wynika, że naukę konkretnych zawodów zastąpi zdobywanie konkretnych kwalifikacji wymaganych w zawodach lub do wykonywania konkretnych prac. Egzaminy na poszczególne kwalifikacje będą przeprowadzane na różnych etapach nauki, a nie po zakończeniu nauki w szkole – jak w przypadku obecnego egzaminu zawodowego. Uczniowie będą uzyskiwać świadectwa potwierdzające poszczególne kwalifikacje w zawodzie, po zdaniu egzaminów przeprowadzanych przez okręgowe komisje egzaminacyjne. Wyjściem dla absolwentów szkoły zawodowej będą też kwalifikacyjne kursy zawodowe. Można je ukończyć już w 1,5 roku (sic!).

W rozporządzeniu nie przewidziano ramowych planów nauczania dla liceum profilowanego, zasadniczej szkoły zawodowej dla dorosłych, technikum dla dorosłych, dwuletniego uzupełniające liceum. Szkoły te będą stopniowo likwidowane lub przekształcane w liceum ogólnokształcące dla dorosłych.

Bardziej obiecujące są proponowane zmiany dotyczące matury z języka polskiego. Powszechnie krytykowana prezentacja, przypomnijmy: „mająca być sposobem na docenienie indywidualizmu ucznia”, od maja 2015 r. odejdzie do lamusa. W nowej formule matury uczeń będzie musiał udzielić „spontanicznej” odpowiedzi na wylosowane pytanie. Prace ekspertów dotyczące nowej matury mają być zaprezentowane w październiku lub listopadzie br.

*

Bezrefleksyjna, martwa, wypalona – oto polska szkoła. Reforma szeroko otwiera wrota dla uzupełnień demograficznych, byle tylko absolwenci szkół szybciej zasilali rynek pracy, a jakie będą ich rzeczywiste umiejętności, to mniej ważne. Świadomy plan niszczenia polskiej inteligencji, postępowanie przeciwko tożsamości narodowej i kondycji naszego narodu osiągnął apogeum. Czy pozbawieni rzetelnej wiedzy, odpowiednich kwalifikacji, odcięci od korzeni polskości, a więc historii i języka, pospiesznie wepchnięci w tryby wolnorynkowej machiny będą potrafili zadbać o swój kraj?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 15/2012