Logo Przewdonik Katolicki

Godne życie, godne umieranie

Magdalena Guziak-Nowak
Fot.

Towarzystwo Przyjaciół Chorych Hospicjum im. św. Łazarza ma już 30 lat. Wybudowało dom, którego ściany codziennie oglądają śmierć. Z nadzieją, że to pewien etap, po którym czeka nas coś lepszego.

 

 

– Choć jesteśmy organizacją świecką, wywodzimy się z Kościoła. Wszystko zaczęło się w 1972 r., kiedy kard. Karol Wojtyła przygotował, określił cele i zwołał synod w naszej archidiecezji – rozpoczyna swoją opowieść dr Jolanta Stokłosa, prezes zarządu Towarzystwa. – Synod miał przybliżyć prace Soboru Watykańskiego II. W jego ramach w każdej parafii powstał zespół synodalny. W jednej z takich grup, która „obradowała” przy nowohuckiej Arce Pana, narodziła się idea opieki hospicyjnej. Tak to się zaczęło.
 
Sługa Boży, stan wojenny i brak „wz”
Zespół synodalny nie chciał zakończyć swych prac na teoretycznych rozważaniach, ale zrealizować swój pomysł. Inicjatorzy opieki hospicyjnej przedstawili swój plan dr. Stanisławowi Kownackiemu, który dziś jest kandydatem na ołtarze, a wówczas kierował Oddziałem Zakaźnym w Szpitalu im. Stefana Żeromskiego. Dr Kownacki wydzielił na swym oddziale sześć łóżek dla osób ciężko chorych i przyjął pierwszych wolontariuszy.
Ważnym wydarzeniem w historii Hospicjum im. św. Łazarza było poświęcenie bieńczyckiej Arki Pana przez kard. Karola Wojtyłę w 1977 r. Ówczesnemu metropolicie powiedziano, że obok świątyni powstanie druga jej część – dom dla chorych w ostatnim okresie życia. Jak w kościele składa się ręce do modlitwy, tak tam ludzie będą otwierać swoje ręce do pomocy drugiemu człowiekowi. Cztery lata później we współpracy z kard. Franciszkiem Macharskim ustalono, że należy powołać organizację, która weźmie na swe barki budowę hospicjum. We wrześniu 1981 r. Towarzystwo Przyjaciół Chorych Hospicjum im. św. Łazarza otrzymało osobowość prawną.
Mimo stanu wojennego Towarzystwo przygotowywało projekt architektoniczny, uczyło się prowadzenia zespołu opieki domowej i zorganizowało pierwszy kurs dla wolontariuszy, który w niezmienionej formule odbywa się do dzisiaj. Chociaż działka, na której miał stanąć dom, została przekazana Towarzystwu w wieczyste użytkowanie, władze przez 5 lat szukały pretekstu, by nie zezwolić na budowę placówki. Wreszcie w 1989 r. Sąd Najwyższy uznał nieudzielanie pozwolenia na budowę za bezzasadne. Wbito pierwszą łopatę i wmurowano pierwszą cegłę.
– Od tamtego czasu opieka hospicyjna bardzo się rozwinęła. Dziś jest gałęzią medycyny, można zrobić z niej specjalizację. Prowadzi się zaawansowane badania na temat metod uśmierzania bólu – kończy historyczne wspomnienia Jolanta Stokłosa, która społeczną funkcję prezesa pełni od 1994 r. – Po modernizacji, która była możliwa dzięki projektowi współfinansowanemuprzez Unię Europejską w ramach Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007–2013 „Fundusze Europejskie dla Małopolski”, mamy w naszym domu 44 łóżka. Na oddział stacjonarny przyjmujemy ok. 440 chorych rocznie. Większość już nie wraca do domów. Przebywają u nas średnio ok. 20 dni.
 
Kompleksowa opieka
Oprócz oddziału stacjonarnego, lekarze, pielęgniarki, fizjoterapeuci, psychologowie i inni pracownicy niosą pomoc osobom terminalnie chorym przebywającym w domach. Hospicjum Domowe pozwala przebywać choremu w miejscu, które zna najlepiej i w którym dobrze się czuje. Funkcjonuje także Poradnia Medycyny Paliatywnej, która udziela porad osobom w zaawansowanym stadium nowotworu. Kobiety po amputacji piersi korzystają z Poradni Obrzęku Limfatycznego. W ubiegłym roku powstał Zespół Wsparcia Rodzin, który zapewnia opiekę psychologiczną i socjalną rodzinom chorych i pomaga im w przeżywaniu żałoby.
 
Dlaczego żonkil?
Mieszkańcy naszej archidiecezji znają Hospicjum im. św. Łazarza z żonkilowych akcji. Pola Nadzieito coroczna kampania społeczna szerząca ideę opieki hospicyjnej i uwrażliwiająca dzieci i młodzież na potrzeby osób chorych. Znakiem rozpoznawczym Pól Nadziei jest żonkil – międzynarodowy symbol nadziei. Pierwsze cebulki kwiatów hospicjum otrzymało od organizacji Marie Curie Cancer Care z Edynburga, miasta partnerskiego Krakowa i w 1997 r. zasadziło 350 tys. żonkili na krakowskich zieleńcach.
Wiosną, kiedy kwitną, wolontariusze zbierają fundusze na prowadzenie opieki hospicyjnej. Potrzeba 6 milionów zł rocznie, by pokryć koszty utrzymania i bezpłatnej opieki nad chorymi.
 
Mieć czy być
Służba w hospicjum to trudna praca. Mimo to wielu ludzi wybiera ją dobrowolnie – w hospicjum w opiece nad chorymi pomaga 80 wolontariuszy. – Dla współczesnego świata śmierć nie istnieje. Wszyscy mamy być młodzi, piękni i chodzić po górach. A przecież każdy z nas musi umrzeć. Pracownicy i wolontariusze przychodzą tutaj, pragnąc włączyć się w realizację idei hospicyjnej, która pozwala godnie żyć człowiekowi choremu, aż do naturalnej śmierci – mówi Jolanta Stokłosa. Po jakimś czasie okazuje się, że otrzymują tu więcej niż chorzy, którym służą – odkrywają sens swojego człowieczeństwa. – Przychodzi czas, gdy musimy przewartościować nasze wyobrażenie o życiu i śmierci. Praca tutaj zmienia wszystko. W hospicjum widać wyraźnie, co jest ważniejsze: być czy mieć.
 
Hospicjum to też życie
W pamięci pracowników pozostają konkretne obrazy: historie pacjentów, z których każda jest jedyna i niepowtarzalna, ich pożegnania z rodzinami, odejścia w gronie ukochanych ludzi i samotne. – Kilka lat opiekowaliśmy się pacjentem, który zachorował, gdy pisał książkę biograficzną. Pragnął ukończyć swoje dzieło, jego koledzy i pracownicy Hospicjum uczynili wszystko, aby mógł to uczynić. Zrealizował swoje marzenie. Pół roku po jego śmierci książka została wydana – wspomina pani prezes. – Wśród chorych są osoby, których życie było skomplikowane. Przed odejściem bardzo często pragną spotkać na przykład tych, których skrzywdzili, pragną przeprosić lub po prostu się pożegnać. Chorzy decydują się, często po 40, 50 latach na spowiedź, której wysłuchuje hospicyjny kapelan.
*
Takie historie mają wzruszać, ale przede wszystkim skłaniać do refleksji. I wdzięczności ludziom, których służba sprawia, że hospicjum, bardziej niż ze śmiercią, kojarzy się z życiem. Wiecznym życiem.
 
 

 
Być i żyć
Po filmie „Być” chce się żyć. Mam na myśli film dokumentalny, który dzięki kunsztowi jego twórcy i świadectwu bohaterów nie tylko jest kapitalnym obrazem pokazującym, na czym polega istota wolontariatu, ale także skutecznie wzbudza pragnienie bycia dla innych. Przedstawieni wolontariusze, opowiadając o motywach służby w Hospicjum św. Łazarza, zarażają widza szlachetnym pragnieniem oddania siebie, swego czasu i zdolności ludziom chorym. Film Mirosława Krzyszkowskiego trwa zaledwie 25 minut, ale jego przesłanie jest ponadczasowe. Warto sięgnąć po ten materiał. Z powodzeniem można go również wykorzystać podczas lekcji szkolnych lub na rozmaitych spotkaniach formacyjnych. Polecam z ręką na sercu.
Dystrybucja: MELES-DESIGN, tel. 12 262 70 59 lub 501 452 033
 
KS. PIOTR GĄSIOR

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki