Logo Przewdonik Katolicki

Polska jak Grecja? Nie czy, a kiedy!

Michał Bondyra
Fot.

Jeśli nie uwolnimy potencjału gospodarczego i nie ograniczymy wydatków rządowych już niedługo możemy być w sytuacji pogrążonej w kryzysie Grecji. Jedyną niewiadomą pozostanie wtedy to nie czy, a kiedy to się stanie alarmuje Robert Gwiazdowski, szef Centrum im. A. Smitha.

Jeśli nie uwolnimy potencjału gospodarczego i nie ograniczymy wydatków rządowych już niedługo możemy być w sytuacji pogrążonej w kryzysie Grecji. Jedyną niewiadomą pozostanie wtedy to nie czy, a kiedy to się stanie – alarmuje Robert Gwiazdowski, szef Centrum im. A. Smitha.


Przy akompaniamencie krzyczących ulic Aten i Pireusu wypełnionych zdesperowanymi sytuacją w kraju Greków socjalistyczny rząd Jeorjosa Papandreu większością 155 głosów w 300-osobowym parlamencie przyjął pierwszą, a potem i drugą ustawę oszczędnościową. Rządowy program cięcia wydatków, wzrostu podatków, redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym, ale i sprzedaży państwowych aktywów ma przynieść w latach 2011–2015 oszczędności w wysokości 78 mld euro. 50 mld euro z nich ma pochodzić z prywatyzacji a pozostałe 28 z oszczędności budżetowych. To tak naprawdę kropla w morzu potrzeb, bo jak wyliczyła BBC zadłużenie Grecji wynosi 340 mld euro. Oznacza to, że dług publiczny sięga 150 proc. PKB, a każdy Grek zadłużony jest na 30 tys. euro. Dlaczego więc uchwalenie tych ustawy było tak niezbędne? Dlatego że był to warunek konieczny do tego, by mieszkańcy Hellady otrzymali piątą, wartą 12 mld euro, transzę pomocową z obiecanej przez Unię Europejską (UE) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) pomocy. Ta ostatnia warta jest już 110 mld euro. Najwięcej w historii zachodniego świata. A już wiadomo, że nieunikniony będzie następny pakiet pomocowy, który według specjalistów ma pochłonąć kolejne 100 do nawet 120 mld euro. Skąd więc wziął się dramatyczny stan finansów Grecji?

 

Pic i fotomontaż

Grecja na obecną sytuację pracowała latami. Kraj zadłużał się szybko i bankrutował często. Przyjęcie Grecji do EWG nie poprawiło jej finansów publicznych. Sytuacja zaczęła zmieniać się w momencie, gdy Grecja została zaproszona do strefy euro. Jednym z podstawowych wymogów było zbicie deficytu poniżej 3 proc. PKB. Inwestorzy uwierzyli w to, że to się uda i zaczęli chętnie pożyczać Grecji pieniądze. Dzięki temu koszt zadłużania się, czyli rentowność greckich obligacji skarbowych, spadł o połowę. Wkrótce wyszło jednak na jaw, że dobre wyniki finansowe to tylko pic i fotomontaż. Państwo zawyżało swoje przychody, zaniżając wydatki. Kamyczka do ogródka dołożył kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 r. Rok później nowy rząd ujawnił, że zamiast deklarowanego przez poprzednią władzę deficytu na poziomie 5,8 proc. faktycznie wynosi on aż 15 proc, a publiczny dług sięga 100 proc. Brak reform i manipulowanie statystykami sprawiły, że nikt już nie chciał pożyczać Grecji pieniędzy, a ci nieliczni, robili to na niebotyczny procent. Aż w końcu pomocną dłoń ze wspomnianymi 110 mld euro wyciągnęła UE i MFW.

– Ponad stan wcale nie żyło całe społeczeństwo – mówi Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. A. Smitha. – Jak jeździmy do Grecji to widzimy, że w tych hotelach na wyspach ci Grecy ciężko pracują. Ponad stan żyła grecka administracja i ci, którzy pracowali w państwowych spółkach: w miejscowych firmach telekomunikacyjnych czy bankach – wyjaśnia. Budżetówka grecka faktycznie żyła jak pączki w maśle. Na porządku dziennym były rozdęte do granic socjalne osłony, a „13.” i „14.” pensje były standardem. Nic więc dziwnego, że ta finansowa bańka musiała w końcu pęknąć, a ludzie, których standard życia ma się obniżyć wyszli na ulicę.

 

Pomoc dla banków, nie dla Grecji

Tu nasuwa się jednak zasadnicze pytanie: czy za oszustwa i życie ponad stan muszą płacić europejscy podatnicy? – Oczywiście, że nie. Zwróćmy jednak uwagę, że tak naprawdę podatnicy krajów europejskich płacą nie po to, by ratować Grecję, a banki francuskie, niemieckie, być może też amerykańskie, które kupiły greckie obligacje. Bo o ile widać, które banki i ile kupiły, to nie wiadomo, jak te obligacje ubezpieczyły i gdzie. Pieniądze, które Grecja dostanie od europejskich podatników tak naprawdę zostały więc przeznaczone na spłatę bankowych wierzytelności – tłumaczy Gwiazdowski.

Czy zatem mimo setek miliardów wpompowanych przez UE i MFW Grecja uniknie bankructwa? – Ależ skąd. Tego nie da się zrobić. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnie obligacje, które Grecja sprzedała na 17,6 proc. (obligacje niemieckie były swego czasu oprocentowane na 3 proc. – przyp. MB) pozwolą na spłatę być może zaledwie odsetek z nich płynących. A gdzie kapitał, gdzie wydatki socjalne, które w Grecji trzeba ponieść? – pozbawia złudzeń szef Centrum A. Smitha. W uratowanie Grecji przed bankructwem wierzy za to Wiktor Wojciechowski, członek zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR). – Niezbędnym warunkiem są jednak reformy w samej Grecji. Bez nich nawet wielokrotnie większy pakiet pomocowy z innych krajów, międzynarodowych instytucji czy prywatnych banków nic nie pomoże – zauważa. Wojciechowski dodaje, że uzdrowić finanse publiczne Greków można przez ograniczenie rozdętych wydatków socjalnych, które były główną przyczyną psucia tych pierwszych od momentu rządów Papandreu seniora.

Skoro jednak do tego bankructwa prędzej czy później dojdzie to skąd ta dramatyczna przed nim obrona ze strony UE i MFW? – Chodzi o obronę krajów Unii w strefie euro, ale i wszystkich zaangażowanych w to banków – mówi wprost Gwiazdowski. Niezrozumiałe w związku z tym staje się stanowisko premiera Donalda Tuska, który zadeklarował, że Polska włączy się w plan pomocowy; oferując 250 mln euro. – W momencie gdy nie ma zgody instytucji prywatnych w partycypowaniu w kosztach pomocy, nie widzę uzasadnienia, byśmy wychodzili przed szereg i ratowali Grecję. Na tym etapie powinniśmy przykręcić śrubę i nie dawać tych pieniędzy – podkreśla Wojciechowski.

 

Polska podąża ścieżką Hellady

Pytanie o Polskę w kontekście Grecji jest jednak jeszcze bardziej zasadne z innego punktu widzenia: Czy za kilka lat nasz kraj nie zajmie miejsca Hellady? – Jeśli nie uwolnimy potencjału gospodarczego i nie ograniczymy wydatków rządowych już niedługo możemy być w sytuacji pogrążonej w kryzysie Grecji. Jedyną niewiadomą pozostanie wtedy to, kiedy to się stanie – alarmuje szef Centrum A. Smitha. Rząd ostrzegają też Pracodawcy RP, którzy w specjalnym oświadczeniu przestrzegają przed nieznoszeniem trzymających w ryzach nasze finanse publiczne progów ostrożnościowych. – Mamy nadzieję, że grecka lekcja raz na zawsze zakończy takie pomysły. Rząd nie może czynić sobie alibi z faktu, że według prognoz dług publiczny na koniec 2011 r. wyniesie 54 proc. PKB (zamiast planowanych 54,9 proc.), a deficyt budżetowy 30 mld zł (zamiast planowanych 40,2 mld zł). Taki stan rzeczy jest podyktowany tylko dwoma faktami – wyższą stawką VAT i zdrowym rynkiem wewnętrznym wspartym dobrą koniunkturą u naszych głównych partnerów handlowych (przede wszystkim Niemiec) – mówi Piotr Rogowiecki, ekspert Pracodawców RP. W wyciąganie wniosków z greckiej lekcji nie wierzy za to Robert Gwiazdowski. – Historia jest najlepszą nauczycielką życia, bo wszystkich uczy, że jeszcze nikogo nigdy nie nauczyła. My nawet nie potrafimy się uczyć na własnych błędach. Bardzo szybko zapominamy, jak bolało i wychodzimy z założenia, że teraz już nie będzie. A rządy państw, które uprawiają interwencjonizm zachowują się jak żona alkoholika, która wierzy, że on tym razem już nie będzie pił – tłumaczy obrazowo.

 

Odchudzić administrację i zwiększyć zatrudnienie

Co więc zrobić, by nie stać się za rok, dwa, pięć drugą Grecją? Wiktor Wojciechowski mówi o ograniczaniu wydatków socjalnych i o zwiększaniu dochodów. – Tych ostatnich nie mamy osiągać przez zwiększanie podatków, ale przez zwiększanie liczby osób, które pracują, bo ten odsetek jest niski – na poziomie 60 proc., czyli o 6 pkt. mniej niż średnio w Unii, a o wiele mniej niż w krajach choćby skandynawskich, które nie odczuły skutków kryzysu – mówi, zauważając, że są to naczynia połączone, bo „wiele wydatków zniechęca do podejmowania pracy”. – Ograniczając te wydatki wzmacniamy dążenie większej liczby ludzi do podjęcia pracy, a to automatycznie generuje większe przychody podatkowe – wyjaśnia ekspert FOR. Gwiazdowski idzie dalej. – Trzeba przede wszystkim odciążyć pracę, która chociaż tworzy bogactwo, to w naszym kraju jest najbardziej opodatkowana. Nie może być tak, że 80 proc. płacy netto w Polsce stanowią różnego rodzaju podatki – mówi szef Centrum A. Smitha. Gwiazdowski dodaje jeszcze dwa niezbędne czynniki: zmniejszenie administracji rządowej i samorządowej oraz podniesienie wieku emerytalnego. – To niestety konieczność – zapewnia. Czy jednak zrozumie to dryfujący od wyborów do wyborów rząd?

 

  

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki