Wybory, jakich dokonywali młodzi ludzie w tym małym mieście leżącym na granicy województw wielkopolskiego i lubuskiego, miały proste wytłumaczenie: „Romeo”. Tak nazywały się nieistniejące już zakłady przemysłu odzieżowego, największy tutejszy pracodawca. W sąsiednim zaś miasteczku, Zbąszynku, które jest ważnym węzłem kolejowym na trasie Warszawa – Berlin, znajdowała się szkoła kolejowa. Posługując się więc gwarą, „kolejorz” i „szpula” to klasyczny model małżeństwa zbąszynian. Tak też jest w przypadku Gabrysi i Mirka Skubiszyńskich, małżeństwa z 21-letnim stażem. Jednak zdecydowanie nie można nazwać ich typową tutejszą rodziną. I to nie tylko dlatego, że Mirek urodził się w Poznaniu.
Z dworca pod pomnik
Do Zbąszynia, na spotkanie z rodziną Skubiszyńskich, wybieram się pociągiem. Przed spotkaniem z kolejarzem, i to z rodziny z kolejarskimi tradycjami, warto bowiem przyjrzeć się kolei z bliska. Wprawdzie pociąg, mimo mrozu, przyjeżdża punktualnie, ale kiepskiego stanu wagonów nie sposób przeoczyć. Wyjaśnia mi to Mirek, mówiąc, że to, czym przyjechałam, ma dobrze ponad 30 lat. Naszą rozmowę zdominują jednak zupełnie inne tematy. Jeszcze podczas drogi z dworca do mieszkania Gabrysi i Mirka zostaję zawieziona, tak jak wszyscy odwiedzający Skubiszyńskich, pod niezwykły pomnik znajdujący się nad rzeką, prawie w centrum miasta. − Jesteśmy z niego dumni – przyznaje Mirek, pokazując na zanurzoną w modlitwie postać z brązu siedzącą w kajaku wykonanym z tego samego materiału. Jej sylwetka i twarz wydają mi się znajome. − Według świadków, w 1960 r. bp Karol Wojtyła płynął naszą Obrą z grupą studentów. Zatrzymał się nawet w ogrodzie u jednej ze zbąszyńskich rodzin na biwak. Mieszkańcy naszego miasta chcieli więc uczcić tego największego z Polaków – opowiada Mirek, wyjaśniając historię unikatowego pomnika, stojącego w Zbąszyniu od 2 lat. – To przeurocze miejsce. Lubimy tutaj przychodzić, i to o każdej porze. Kiedy bowiem jest ciemno, pięknie prezentuje się podświetlona fontanna tryskająca od strony rzeki – dodaje.
Marzenia się spełniają
Gdy wchodzimy do mieszkania znajdującego się na parterze małej kamienicy, z dywanu na powitanie zrywają się dwie dorosłe osoby i jasnowłosa dziewczynka. Ania, studentka, i licealista Mateusz układali puzzle z najmłodszą siostrą. To ostatnio ulubione zajęcie 5-letniej Faustynki. Kiedy podziwiam przestronne wnętrza mieszkania, Gabrysia wspomina, jak przez 14 lat mieszkali na poddaszu, na 30 mkw. − Marzyliśmy o następnym dziecku, a starsze dzieci marzyły o rodzeństwie. Modliliśmy się więc o dziecko i o większe mieszkanie. Dość długo – przyznaje. – Siedem lat temu zagadnęła mnie na ulicy pani, która mieszkała w naszym obecnym mieszkaniu i podczas rozmowy okazało się, że chce je zamienić na mniejsze. Po zamianie mieliśmy więc już więcej miejsca i modliliśmy się dalej o poczęcie dziecka. Szybko pojawiła się Faustynka, która jest naszą wielką radością – mówi Gabrysia.
Jak nie na kolei, to gdzie?
Jeden z pokoi wspólnie zajmuje starsze rodzeństwo. – Mieszkamy w nim wspólnie tylko dlatego, że budynek jest zabytkowy i nie można wstawić dodatkowego okna, aby przedzielić pomieszczenie – wyjaśnia Mateusz. Nie spędza jednak z siostrą zbyt wiele czasu, bo Ania późno wraca z zajęć. − Codziennie dojeżdżam do Poznania. Jestem na pierwszym roku turystyki i rekreacji w Wielkopolskiej Wyższej Szkole Turystyki i Zarządzania. Może kiedyś otworzę biuro podróży – planuje dziewczyna. − Może kolejowe? − dodaje z uśmiechem jej tata. − Kiedy Ania nie mogła zdecydować się na studia, zaproponowałem, żeby przyszła na kolej, ale nie chciała – mówi Mirek. Niedługo przed wyborem dalszej drogi życiowej stanie też Mateusz. Póki co jest w drugiej klasie zbąszyńskiego Liceum Ogólnokształcącego na profilu bezpieczeństwo publiczne. – Mamy rozszerzone niektóre przedmioty, na przykład wiedzę o społeczeństwie i wychowanie fizyczne. Uczymy się też podstaw samoobrony i mamy wykłady przybliżające pracę policjanta. W szkole chodzimy w mundurach i jeździmy na szkolenia i obozy policyjne, ale szczerze, nie myślę o zawodzie policjanta. Raczej wybiorę się na politologię lub administrację, bo na kolei też nie chcę pracować – stwierdza Mateusz. – A może jednak w Straży Ochrony Kolei? – żartuje tata.
Została pod dobrą opieką
Nie ma się co dziwić, że ojciec chciałby, aby dzieci kontynuowały rodzinne tradycje. – Kolejarzem, a dokładnie toromistrzem był mój dziadek. Ojciec jeździł jako maszynista. Gdy byłem młodym chłopakiem, też nie chciałem być kolejarzem. Ale od ponad 20 lat jednak jestem i okazało się, że kolej jest moją wielką pasją – przyznaje Mirek z uśmiechem. − Zaczynałem jako dyżurny ruchu, a potem pracowałem już w administracji. Obecnie pełnię funkcję zastępcy dyrektora w Zakładzie Linii Kolejowych w Zielonej Górze. Terenem mojego działania jest całe województwo lubuskie i część wielkopolskiego, a zajmuję się głównie bezpieczeństwem ruchu kolejowego − wyjaśnia.
Mirek jako dziecko mieszkał w podpoznańskich Wirach, potem jego rodzina przeniosła się na drugą stronę miasta, do Kiekrza. − Do szkoły średniej chodziłem w Poznaniu. Gdy mój kolega z klasy pochodzący ze Zbąszynia wyprawiał w domu „osiemnastkę”, zaprosił także swoje koleżanki i kolegów ze szkoły podstawowej, a wśród nich moją obecną żonę – wspomina Mirek. − Na tych urodzinach zaiskrzyło między nami, poczuliśmy, że jesteśmy bratnimi duszami. Nie bawiliśmy się, ale przegadaliśmy całą imprezę. Do tego te urodziny rozpoczynały się Mszą św. i to podczas niej zobaczyliśmy się po raz pierwszy. Jak się zaczyna taki rozdział życia na Mszy św., to później musi być dobrze – stwierdza Gabrysia. − Kolega, dzięki któremu się poznaliśmy, wstąpił do zgromadzenia zmartwychwstańców. Żartowaliśmy, że może iść do klasztoru, bo zostawia Gabrysię pod dobrą opieką – dopowiada Mirek, który tak właśnie, za żoną, trafił do Zbąszynia.
Kropka nad „i”
Swoje zaangażowanie w życie Kościoła Skubiszyńscy zaczynali od parafialnej grupy Duszpasterstwa Rodzin, a kilka lat po ślubie dostali ofertę włączenia się we wprowadzenie katechez przedmałżeńskich i poradni rodzinnej. − Żona mnie tam wydelegowała, jako tego bardziej wygadanego. Przez wiele lat współprowadziłem więc katechezy i poradnię w Zbąszyniu. A 15 lat temu zaistniała potrzeba, żeby robić to samo w Nowym Tomyślu. Teraz prowadzę je tylko tam, bo nie dałbym rady ogarnąć obu tych miast – tłumaczy Mirek. Przyznaje, że zazwyczaj młodzi ludzie przychodzą na katechezy przedmałżeńskie z negatywnym nastawieniem, bo im kazano. – Widzę jednak, jak ze spotkania na spotkanie się ono zmienia. Chociaż nie ukrywam, że czasami nie jest prosto. Ale są też momenty, w których widzę, że warto to robić, na przykład wtedy, gdy ludzie przekonują się do naturalnego planowania rodziny lub gdy porzucają antykoncepcję − wyznaje.
Z czasem, w prowadzenie katechez w Nowym Tomyślu włączyła się też Gabrysia i dwa inne małżeństwa. − Na jednym ze spotkań robimy małżeńską Drogę Krzyżową, której formułę sami wypracowaliśmy. Teksty rozważań dotyczą 14 płaszczyzn konfliktów małżeńskich, a w czasie nabożeństwa księża czekają na młodych w konfesjonałach. Na koniec narzeczeni przyjmują Komunię św., do której podchodzą parami, trzymając się za ręce, często ze łzami w oczach − mówi Gabrysia. − Jak Jezus nie postawi „kropki nad i”, to całe to nasze gadulstwo na katechezach na nic – dodaje Mirek.
Kiedy pytam Anię i Mateusza, czy wybiorą się na katechezy przedmałżeńskie do taty, młodzi uśmiechają się i odpowiadają wymijająco: „Trudne pytanie”. – Ale lubimy rozmawiać z rodzicami na tematy damsko-męskie. Dzięki tym rozmowom jesteśmy mądrzejsi – przekonuje Mateusz, a jego tata dodaje, że wychowując dzieci, cały czas starają się przygotowywać je do małżeństwa.
Aby odkryć się na nowo
Przed laty, prowadząc katechezy przedmałżeńskie, Mirek miał kontakt z poznańskim duszpasterstwem rodzin. To tam, jak przyznaje, usłyszał o Instytucie Studiów nad Rodziną w Łomiankach pod Warszawą. − W 1993 r. podjąłem studia zaoczne, a pracę magisterską pisałem o odpowiedzialnym rodzicielstwie jako sposobie realizacji świętości małżeńskiej – wspomina, dodając, że wiedza zdobyta w Łomiankach bardzo pomaga mu w poradnictwie rodzinnym. − W Instytucie też, w jednej z gablot informacyjnych, zobaczyłem ogłoszenie o Spotkaniach Małżeńskich, nazywanych Dialogami Małżeńskimi. Gabrysia przestała wtedy karmić Mateusza piersią, więc po kilku latach małżeństwa postanowiliśmy gdzieś razem „wyskoczyć”. To były początki ośrodków rekolekcyjnych Spotkań Małżeńskich. Działało ich wtedy w Polsce zaledwie kilka. Wybraliśmy się więc do Rokitna, gdzie mieliśmy najbliżej – opowiada Mirek. − Pojechaliśmy jako porządne małżeństwo, tak nam się przynajmniej wydawało, a podczas przeżytego tam weekendu okazało się, że na tym naszym porządnym małżeństwie zalega „gruba warstwa kurzu” – przyznaje Gabrysia. − Tak zafascynowaliśmy się tą formą rekolekcji, która pozwala na pogłębienie więzi małżeńskiej i pomaga w lepszym zrozumieniu współmałżonka, że zostaliśmy animatorami Dialogów – dodaje.
Skubiszyńscy byli zaangażowani w ten ruch przez 9 lat, do momentu, kiedy urodziła im się Faustynka. − Ostatnio stwierdziliśmy jednak, że powinniśmy znowu pojechać na Dialogi jako ich uczestnicy. Brakuje nam tego, żeby zatrzymać się i popatrzeć na siebie. Zauważamy bowiem, że robiąc coś dla innych, o własnym małżeństwie pamiętamy coraz mniej – przyznają małżonkowie.
Szafarski marketing
Również w niedzielę plan dnia rodziny Skubiszyńskich uwzględnia potrzeby innych. Mirek jest bowiem nadzwyczajnym szafarzem Komunii św. i co tydzień, od rana do obiadu, roznosi Komunię św. chorym. Szafarzem został 11 lat temu, gdy ustanowiono tę posługę w archidiecezji poznańskiej. Wcześniej, od czwartego roku życia, przez całe lata był ministrantem. − Początkowo byliśmy szafarzami tylko we dwóch i odwiedzaliśmy w parafii zaledwie kilku chorych. Pojawiały się oczywiście ludzkie uprzedzenia, ale szanowaliśmy je. Gorzej, kiedy chory chciał, żebyśmy do niego przychodzili z Panem Jezusem, ale przeciwstawiała się temu rodzina – wyznaje. Obecnie w Zbąszyniu jest 8 szafarzy, którzy co niedzielę odwiedzają 55 osób. − Oprócz tego, że księża zachęcali chorych do tego, abyśmy do nich przychodzili, pomogła nam też w tym gazetka Liścik do chorych, którą zaczęliśmy przygotowywać w marcu 2001 r. Śmiejemy się z żoną, że to nasze „czwarte dziecko”. A zaczęło się od jednej karteczki zawierającej informacje dla chorych o tym, co się dzieje w parafii, rozprowadzanej w 8 egzemplarzach – wspomina Mirek.
Z czasem pismo zaczęło trafiać do wszystkich 100 chorych odwiedzanych przez księży, a potem rozprowadzano je także przy kościele. − Kiedy w 2005 r. przyszedł do parafii obecny proboszcz ks. Zbigniew Piotrowski, gazeta zmieniła szatę i tytuł. Obecnie jest to miesięcznik Zbąskie sanktuarium o nakładzie 1000 egzemplarzy, a nad jego formą i treścią pracuje zespół redakcyjny – tłumaczy Gabrysia, która bardzo angażuje się w jego tworzenie.
A ogłoszenia parafialne nadal co tydzień trafiają do chorych, roznoszone przez szafarzy, którzy sami je drukują. To, jak przyznaje Mirek, element „marketingu szafarskiego”, na który odwiedzane przez nich osoby bardzo czekają.
Krzyżyk na czole
Mirek jest zresztą osobą bardzo kreatywną. To także z jego inicjatywy, ale oczywiście przy pomocy innych szafarzy, chorzy ze Zbąszynia co roku na początku lipca udają się na odpust do sanktuarium maryjnego w Wieleniu Zaobrzańskim. Ania, Mateusz i Faustyna przyzwyczaili się już do kościelnego zaangażowania rodziców. – To dla nas naturalne, zresztą wszyscy obracamy się w tym środowisku – przyznaje Mateusz. − Jesteśmy dumni z rodziców, że w taki sposób działają – dodaje Ania. Ale ich tata nie ogranicza się jedynie do zaangażowania w Kościele. Przez dwie i pół kadencji był radnym, po czym wycofał się, bo, jak przyznaje, nie dało się połączyć tego zajęcia z pracą zawodową. Nadal jednak jest społecznym kuratorem sądowym, dzięki czemu, wspierając pracę sądu, ma możliwość pomagania ludziom w naprawdę trudnych sytuacjach. − To, co mąż robi dla innych, jest dla mnie bardzo cenne. Zresztą przyzwyczaiłam się już do jego dużego zaangażowania. Ale najbardziej jestem szczęśliwa, gdy wszyscy razem jesteśmy w domu – podkreśla Gabrysia. Zdaniem całej rodziny, to ona ma jednak najlepszą pracę. Prowadzi dom. – Mogę podołać tym wszystkim wyzwaniom tylko dlatego, że w domu „ładuję akumulatory”. Z tym, co tutaj dostaję, mogę iść na zewnątrz – wyznaje Mirek, dodając, że gdyby Gabrysia nie robiła mu krzyżyka na czole, kiedy wychodzi do pracy czy na spotkania z narzeczonymi, to po prostu nie dawałby rady.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













