Logo Przewdonik Katolicki

Wyspiarze z wyboru?

Michał Bondyra
Fot.

Są dobrze wykształceni, łączy ich podobny wiek i to, że wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie i do Irlandii. Tu jednak podobieństwa między nimi się kończą, bo emigracyjna droga każdego z nich była i jest inna. Gosia i Tytus: inwestycja w siebie i lepszy start Mają po 28 lat. Ona to ekonomistka z Elbląga, on politolog z Grudziądza. Do Anglii wyemigrowali ponad dwa lata temu już jako małżeństwo....

Są dobrze wykształceni, łączy ich podobny wiek i to, że wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie i do Irlandii. Tu jednak podobieństwa między nimi się kończą, bo emigracyjna droga każdego z nich była i jest inna.

Gosia i Tytus: inwestycja w siebie i lepszy start
Mają po 28 lat. Ona to ekonomistka z Elbląga, on politolog z Grudziądza. Do Anglii wyemigrowali ponad dwa lata temu już jako małżeństwo. – Wyjazd od początku traktowaliśmy jako inwestycję, nie było w tym żadnej ideologii ani obrażenia się na Polskę. Głęboko wierzyliśmy, że w ten sposób zwiększamy swoje szanse na trudnym w tym okresie polskim rynku pracy. Jechaliśmy po doświadczenie, język i... fundusze na dobry start w naszym kraju – przekonuje Tytus.

Pierwsze pół roku w ich przypadku to adaptacja do nowej rzeczywistości. Wtedy to Gosia i Tytus w Playmouth znaleźli pracę w kasynie. – Tamten czas poświęciliśmy na doszkolenie języka, bo z racji kiepskiej sytuacji w mieście wiele szkół oferowało darmowe kursy. Chodziłam na konwersacje, wspólnie zrobiliśmy też CAE – wspomina tamten okres Gosia.

Później przyszedł etap drugi – dwa miasteczka pod Londynem. Ponad półtora roku spędzone w Langley i Burnham oboje komentują krótko: wykorzystaliśmy go maksymalnie – cytryna została wyciśnięta. To tam wyrobili sobie świetną renomę u swoich angielskich pracodawców.

Gosia pracując na lotnisku Heathrow dla spedytora i agenta celnego, specjalizującego się w przewozie żywych zwierząt, współpracowała z DEFRA - odpowiednikiem Ministerstwa Rolnictwa. Składała deklaracje celne, pomagała wypełniać dokumenty, tłumaczyła całe procedury wwozu zwierząt na Wyspy. Jak wspomina, praca ta wymagała precyzji i szybkiego podejmowania decyzji, przez co była bardzo stresująca. Pracodawca bardzo ją cenił, płacił jak Anglikom i często pytał: Czy nie mógłbym mieć 20 takich Małgoś?

Tytus, 28 lat, politolog: Od początku nasz wyjazd traktowaliśmy jako inwestycję, nie było w tym żadnej ideologii ani obrażenia się na Polskę. Jechaliśmy po doświadczenie, język i... fundusze na dobry start w naszym kraju


Tytus z kolei okres ten przepracował jako sales administrator w największej w Anglii firmie brokerskiej Bussines Training Partnership – pośredniku w sprzedaży i organizacji szkoleń na terenie całego kraju. Zajmował się m.in. wyszukiwaniem najlepszych ofert na rynku, negocjowaniem cen szkoleń oraz organizacją konferencji w imieniu klientów. – Byłem całkowicie niezależny, a pod koniec pracy byłem odpowiedzialny za ponad połowę zysku naszego zespołu – wyjaśnia młody politolog.

Mimo świetnych perspektyw kariery i życia przed kilkoma miesiącami wrócili do Polski. – W Anglii przeszkadzała nam obłuda, zanik wartości i co najdziwniejsze w kraju z taką historią – brak szacunku dla tradycji – wyjaśnia Tytus. – Do tego dorzuciłabym brak ambicji i nastawienie na ciągłą zabawę – dodaje Gosia. Oboje są zgodni, że choć na Wyspach zarabiali krocie, a pracodawcy nawet po ich przyjeździe do kraju jeszcze wielokrotnie namawiali ich do powrotu, wrócili bo, jak podkreśla Tytus „kapitał finansowy i ten w naszych głowach pomoże nam na lepsze życie w Polsce”.

Dziś mieszkają w Sopocie. Ona zarabia porównywalne pieniądze w firmie spedycyjnej w Trójmieście, on inwestuje w nieruchomości. Powrotu nie żałują, ale czy wyjazd na emigrację był dla nich niezbędny? – Jeszcze raz zrobilibyśmy dokładnie to samo, bo wyjazd pozwolił docenić nam wiele wydawałoby się oczywistych rzeczy i związanych z nimi wartości takich, jak: ojczyzna, rodzina czy wiara – dodają.

Asia i Lidka: brytyjskie połowy
Do 30-tki też brakuje im po dwa lata. Asia to tłumacz pochodzący z opolskiej wioski Niemysłowice, Lidka – magister ekonomii poznańskiej Akademii Rolniczej z Myszkowa. Choć diametralnie się różnią, łączy ich to, że żyją niedaleko Londynu, a wybrankami ich serc są obywatele brytyjscy.

Asia w stolicy Anglii jest już od czterech i pół roku, a jak wspomina, przyjechała tu tylko na studia. – Właśnie otrzymałam dyplom z wyróżnieniem na Westminister Uniwersity w Londynie – mówi z dumą. Na początku studiując pracowała na pół etatu w sklepie, dziś od poniedziałku do piątku jest zatrudniona w firmie, rekrutującej wysoko wykształconych inżynierów.

Asia, 28 lat, tłumacz: Pracuję w branży, gdzie wykształceni Polacy są bardzo cenieni, szczególnie ci po studiach inżynierskich. Tu nie jest ważne, skąd jesteś, ale jaką masz osobowość i siłę przebicia


- Mam brytyjskie wykształcenie, więc na angielskim rynku pracy nie czuję się dyskryminowana, choć gdybym kształciła się w Polsce, byłoby tak samo, bo pracuję w branży, gdzie wykształceni Polacy są bardzo cenieni, szczególnie ci po studiach inżynierskich. Tu nie jest ważne, skąd jesteś, ale jaką masz osobowość i siłę przebicia – wyjaśnia. Nie czuje się jak emigrant. - Radzę sobie jak każdy inny, chodzę do pracy, płacę podatki i rachunki, tak samo jak byłoby to w Polsce. Nie czuję się gorsza od Anglików ani też bardziej od nich poszkodowana – mówi. Jak sama przyznaje, większość dnia pochłania jej właśnie praca, ale po niej znajduje czas dla przyjaciół, znajomych, no i oczywiście Jonja – narzeczonego Brytyjczyka rodem z Filipin. - Nasz ślub jest za niespełna trzy miesiące i odbędzie się w Polsce, bo tu jest mój dom i rodzina, a Anglia to adres zamieszkania – mówi z przekonaniem. Na weselu w rodzinnych Niemysłowicach nie zabraknie oczywiście rodziny narzeczonego z Filipin i Austrii, ale też i znajomych z Londynu.

Czy powrót z brytyjskim mężem na stałe do Polski jest w ogóle możliwy? – W Londynie planujemy pomieszkać jeszcze kilka lat. Potem chcemy wrócić w moje rodzinne strony, bo choć nie mam na co narzekać, tęsknię za naszą kulturą i wartościami, których Anglikom najzwyczajniej w świecie brakuje – mówi z przekonaniem. A Jonjo? – On jest zakochany w Polsce, szczególnie w naszym jedzeniu – kończy ze śmiechem.

Lidka w podlondyńskim High Wycombe mieszka już ponad trzy lata. Kontakty z Anglią w jej przypadku rozpoczęły się także od studiów. Kilka razy wyjeżdżała na praktyki sezonowe, zbierając truskawki, pomidory i kwiaty. To właśnie „w kwiatach” cztery lata temu poznała swojego narzeczonego – Andego, menedżera szklarni. – Gdybym nie on, to nie wiem, czy znalazłabym się tutaj – wyznaje szczerze.

Chcieli mieszkać nad morzem. Nie dostali jednak kredytu i plany muszą odłożyć w czasie. Dziś mają mieszkanie w Wycombe, a Lidka do pracy w Londynie ma godzinę drogi samochodem. - Pracuję w 3663, w siedzibie głównej firmy dystrybuującej żywność, jako asystent kupiecki. - Zajmuję się generalnie administracją, prowadzę też trochę negocjacji – wyjaśnia. Wcześniej chodziła wraz z koleżanką z Polski na kursy języka, dziś nie ma na to po prostu czasu. Praca i dom pochłaniają jego lwią część, stąd kontakty ze znajomymi siłą rzeczy ograniczyła do niezbędnego minimum. Na szczęście rekompensuje jej to narzeczony i część rodziny, którą tutaj sprowadziła. – Tata pracuje w szklarni i bardzo mu się tutaj podoba. Wcześniej pracował na budowie w Czechach, więc teraz chwali sobie to, że praca jest lżejsza, a ludzie milsi. W szklarni pracuje też moja siostra, która sprowadziła męża z dziećmi. Ich pociechy chodzą teraz do angielskich szkół. Rodzina nie planuje na razie powrotu – ucina.

Choć pracuje na dobrym stanowisku, zarabia niezłe pieniądze, to czasem czuje się dyskryminowana. – Może wpływa na to mój akcent, który jeszcze nie jest taki, jak być powinien – wyznaje.

Co z planami? - Kupujemy dom, więc niedługo czeka nas przeprowadzka. Od tego, ile pieniędzy pochłonie, uzależniamy dalsze palny – wyznaje. A w tych jest miejsce na działkę z domem w Polsce i własny, rodzinny interes w branży ogrodniczej. – W przyszłości chciałabym wrócić do kraju, ale Andy nie chce uczyć się polskiego – dodaje.

Mateusz i Ania: po zarobek i doświadczenie
Oboje to poznaniacy. Ona trzy lata starsza, polonistka. On inżynier sanitarny. Ich wspólny mianownik to: Zielona Wyspa, czyli Irlandia.

Mateusz, 27 lat, inżynier sanitarny: Wyjazd był swoistym przetarciem w życiu, była to pierwsza praca i od razu za granicą. Pobyt był wyzwaniem w gotowaniu, liczeniu na siebie, radzeniu sobie w różnych, czasem nawet bardzo trudnych, sytuacjach


Zaraz po odebraniu dyplomu Mateusz dostał pracę w zawodzie w poznańskiej filii irlandzkiej firmy Mercury. Pracodawca krótko potem wysłał go na staż do Dublina, do swojej głównej siedziby. Przez pół roku wynajmując mieszkanie pracował na budowie Intela i przygotowywał oferty oraz sprawdzał różnego rodzaju projekty w biurze firmy. - Wyjazd do Irlandii był swoistym przetarciem w życiu, była to pierwsza praca i od razu za granicą. Pobyt był wyzwaniem w gotowaniu, liczeniu na siebie, radzeniu sobie w różnych, czasem nawet bardzo trudnych sytuacjach – wspomina. Mateusz bardzo podszkolił swój angielski, nabrał pewności siebie i poznał uroki Zielonej Wyspy. Dziś znów pracuje w Polsce, ale jak podkreśla, pracodawca bardziej go ceni. - Być może w przyszłości byłbym skłonny żyć tam przez dłuższy okres lub nawet na stałe. A co z barierami? – Irlandczycy są bardzo życzliwi, mają też spokój i niezbędny dystans do wielu spraw – przekonuje, dodając że ogromna liczba naszych rodaków sprawia, że Irlandia stała się bardzo „polska”.

Potwierdza to mieszkająca od ponad roku w Limericku Ania. – Mamy tu polskie sklepy, polską obsługę w banku, polski kościół. Niedługo otwarte zostanie polskie centrum medyczne – wylicza. Do emigracji skłoniła ją chęć kupna mieszkania, bo z redaktorskiej pensji nie byłaby w stanie sobie na to pozwolić. Jak przyznaje, w tym 80-tys. mieście ponad 10 tys. to Polacy, najczęściej młodzi, którzy tak jak ona przyjechali, by się dorobić, i którzy, jak ona najczęściej niestety nie pracują w zawodzie. – Pracuję na tzw. weekend shiftach, 12 godzin dziennie składając laptopy w amerykańskim Dellu. Praca jest stresująca i uciążliwa, ale zarabiać trzeba – dodaje. Zamierza zostać tu jeszcze dwa, może trzy lata, a później wrócić, kupić mieszkanie i pracować jako pedagog w jednym z poznańskich liceów. Choć bardzo tęskni za rodziną, przyjaciółmi i wszystkim tym, co polskie, wie, że ten okres, jak mówi, potrzebny jest jej, „by wiele spraw widzieć ostrzej i jaśniej”.

Gosia i Tytus, Asia i Lidka oraz Mateusz i Ania na Wyspach zdobyli olbrzymią wiedzę, doświadczenie, pewność siebie – a więc to, czego nie sposób przeliczyć na żadne pieniądze. Wyjeżdżając, choć z różnych powodów, przezwyciężyli strach i najróżniejsze bariery, które postawiło przed nimi życie. Bogatsi w to wszystko, bardzo dynamicznie wrócili lub dopiero powrócą do Polski, by tu kontynuować to, czego nauczył ich wielki świat.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki