Logo Przewdonik Katolicki

Pewien hobbit

Natalia Budzyńska
Fot.

Miłośnicy trylogii Tolkiena ucieszyli się, że Peter Jackson być może jednak będzie reżyserem Hobbita. Na razie to jeszcze nic pewnego, ale z niecierpliwością czekamy na grudzień 2012, na kiedy zapowiedziana jest premiera pierwszej części ekranizacji.

 

Miłośnicy trylogii Tolkiena ucieszyli się, że Peter Jackson być może jednak będzie reżyserem „Hobbita”. Na razie to jeszcze nic pewnego, ale z niecierpliwością czekamy na grudzień 2012, na kiedy zapowiedziana jest premiera pierwszej części ekranizacji.

 

 

Kiedy tylko obejrzeliśmy ostatnią część „Władcy Pierścieni”, przyszło nam do głowy, że teraz kolej na „Hobbita”, czyli historię o tym, co działo się przed wydarzeniami opisanymi we „Władcy Pierścieni”. Piszę w liczbie mnogiej, ponieważ jestem pewna, że taka myśl zaświtała w głowie każdego fana Tolkiena. W większości też pewnie zgadzamy się co do tego, że za „Hobbita” powinna wziąć się ta sama ekipa.

 

Podobno…

Dwa lata temu świat filmowy obiegła wiadomość, że owszem, film będzie kręcony, a Peter Jackson będzie jego producentem. Na krzesełku reżysera zgodził się zasiąść Guillermo del Toro, meksykański reżyser, twórca „Labiryntu fauna” oraz filmów „Hellboy” i „Blade: Wieczny łowca II”. Specjalista od horrorów miał kręcić „Hobbita”??? – pytaliśmy z niedowierzaniem. Niektórzy jednak uspokajali: przecież Jackson, zanim nakręcił „Władcę Pierścieni”, także był znany właśnie z horrorów, i to wcale nie wybitnych.

Minęły więc dwa lata pre-produkcji, w czasie których dowiedzieliśmy się, że na dużym ekranie obejrzymy „Hobbita” w dwóch częściach, a scenariusz pisze Jackson wraz ze znanymi nam scenarzystkami „Władcy Pierścieni”: Fran Walsh i Philippą Boyens. Chęć udziału w filmie zapowiedzieli znani z trylogii aktorzy: Ian McKellen (Gandalf), Andy Serkis (Gollum) czy Hugo Weaving (Elrond). W gruncie rzeczy jednak wszystkie informacje, jakie pojawiały się w mediach na ten temat, były  zwykłymi plotkami. Pewne jest to, że wytwórnia filmowa MGM, która stała się właścicielem praw do ekranizacji, przeżywa obecnie zapaść finansową. Przez dwa lata pre-produkcji del Toro nie otrzymał żadnej konkretnej informacji o rozpoczęciu właściwej produkcji, co właściwie wiązało mu ręce wobec planów na swoją przyszłość. W kwietniu tego roku gruchnęła wiadomość, że del Toro z tego właśnie powodu wycofał się z projektu.

Nadszedł czas spekaulacji i plotek. Wśród prawdopodobnych reżyserów wymieniano między innymi Neilla Blomkampa, twórcę thrillera s.f. „District 9”. Z powodu problemów finansowych MGM prowadzone są rozmowy w sprawie sprzedaży części praw do ekranizacji „Hobbita” studiu Warner Bros. – wówczas filmy powstałyby w koprodukcji. Tymczasem Peter Jackson udzielił wywiadu, w którym powiedział, że scenariusze obu części „Hobbita” są już gotowe od kwietnia, że prowadzone są z nim rozmowy w sprawie reżyserowania obu części i że poza tym nie ma żadnych oficjalnych innych informacji dotyczących pracy nad filmem. Jednak w połowie lipca media zaczęły informować o tym, że Jackson prawdopodobnie dogadał się z wytwórniami, ponieważ ruszył w tajemniczą podróż na spotkania z ewentualnymi odtwórcami ról. Wszystko, co wiemy na temat planów związanych z filmowym „Hobbitem”, należałoby jednak opatrzyć słówkiem „podobno”. Podobno pierwsza część filmu ma wejść na ekrany kin w grudniu 2012. Póki co nie podano jeszcze daty rozpoczęcia zdjęć.

 

Bajka czy epos?

Pewnego letniego dnia Tolkien siedział przy oknie w gabinecie przy Northmoor Road i poprawiał prace egzaminacyjne swoich studentów. Ni stąd, ni zowąd napisał na wolnej stronie pracy jednego ze studentów: „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit”. To słynne zdanie stało się początkiem wielkiej przygody. Tolkien jako filolog, wspominając tę chwilę, dodał: „Nazwy są u mnie źródłem opowieści. W końcu pomyślałem, że chyba powinieniem się dowiedzieć, jacy są hobbici”.

Był to początek lat 30., w każdym razie w 1932 r. „Hobbit” istniał już w maszynopisie, którego treść Tolkien odczytał na jednym ze spotkań w oksfordzkim pubie „The Eagle and Child”. Spotykali się tam wykładowcy – przyjaciele, którzy założyli klub o nazwie Inklingowie. Tolkien jednak wspominał w jednym z listów, że nie przywiązywał wagi do owego maszynopisu. Przez zupełny przypadek (Tolkien pożyczył go do przeczytania znajomej, ta zaś swojej studentce, która przekazała go kolejnej osobie) wpadł on w ręce Stanleya Unwina, prezesa wydawnictwa. Ten zaś, przypuszczając, że na literaturze dla dzieci najlepiej znają się dzieci, zamówił „recenzję” u swojego diesięcioletniego syna Raynera. Książka została wydana w 1937 r. i okazała się lekturą nie tylko dla dzieci. Od początku czytały ją nastolatki i dorośli, a recenzje były więcej niż pochlebne.

Środowisko okfordzkie oczywiście milczało, z wyjątkiem przyjaciela Tolkiena, S.C. Lewisa, który od początku był  „Hobbitem” zachwycony: „Trzeba pamiętać, że jest to książka dla dzieci tylko w tym sensie, że po raz pierwszy, lecz nie ostatni, można ją czytać w pokoju dziecięcym. «Alicję w Krainie Czarów»  czytują z powagą dzieci i ze śmiechem dorośli, natomiast «Hobbit» rozbawi najmłodszych czytelników, ale dopiero lata później, przy dziesiątym czy dwudziestym czytaniu, uświadomią sobie, jaka wspaniała wiedza i głęboka refleksja sprawiły, że wszystko jest tam tak dojrzałe, tak przyjazne i na swój sposób tak prawdziwe. Niebezpiecznie jest przepowiadać, ale «Hobbit» ma wielkie szanse stać się klasyką” – i dodawał w eseju „O opowieściach”: „Hobbit unika niebezpieczeństwa zredukowania go do prostej fabuły i sensacji dzięki bardzo szczególnej zmianie tonu. Gdy obumiera humor i swojskość pierwszych rozdziałów, ta czysta «hobbitowość», niepostrzeżenie wchodzimy w świat eposu”.

 

Najpierw było słowo

Skąd wzięli się hobbici, nie wiadomo, sam Tolkien przyznawał, że nie ma pojęcia, skąd przyszła mu do głowy ta nazwa. Ich pojawienie się było czystym natchnieniem, a nie wynikiem rozumowej kombinacji. Reszta bohaterów zaludniająca Śródziemie ma jednak swoje źródła w zainteresowaniach Tolkiena literaturą staroskandynawską. Na przykład imiona krasnoludów oraz imię Gandalfa pochodzą z fragmentu eddyjskiego poematu „Dvergatal” (czyli „Rejestr krasnoludów”). Tolkien tchnął życie w pozornie bezduszną listę imion. Dla niego  imiona te były pozostałością po jakiejś historii, pamiątką po krasnoludzkiej odysei. Beorn z kolei to bliski znajomy bohatera „Sagi o Hrólfrie Krakim”, a nawet samego Beowulfa. Rozmowa Bilba ze smokiem Smaugiem wzorowana jest – jak wiele innych znajdujących się tu scen – na eddyjskim poemacie „Fáfnismál”. Także „bezdroża Mrocznej Puszczy” i „Góry Mgliste” pojawiają się w kilku poematach – przymiotniki zamienił Tolkien w nazwy własne, słowa obrócił w rzeczy.

Nie można zapomnieć, że „Hobbita” napisał człowiek, który pasjonował się tworzeniem języków. Ta opowieść wyrasta ze słów i z nazw, ale też ze starych sag sugerujących istnienie całych światów, do których narrator nie może dotrzeć. Tolkien w te właśnie światy się zanurzał i przypadkowo odkrywał nowe historie. Wspominał, że do „Hobbita” „zakradły się nieproszone wzmianki o sprawach wyższych, głębszych lub bardziej tajemnych niż powierzchnia opowieści o hobbicie: Durin, Moria, Gandalf, Czarnoksiężnik, Pierścień”. No właśnie: Pierścień. 

Peter Jackson jest zdecydowanie najlepszym kandydatem na reżysera „Hobbita”. Nikt tak jak on nie wszedł w świat Śródziemia, gdzie – jak się wydaje - czuje się idealnie. Trzeba przyznać, że w innych swoich filmach niczym szczególnym się nie popisał, a jego ostatnie „dziecko”, „Nostalgia anioła”, to film nudny i straszliwie kiczowaty. Można być pewnym, że powrót do tolkienowskiego świata dobrze mu zrobi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki