Logo Przewdonik Katolicki

To tylko bajka?

Krzysztof Skowroński
Fot.

Nad placem Konstytucji w Warszawie pojawiła się wielka czarna chmura, która powoli opadała. Zrobiło się zupełnie ciemno. Gdy opadła, zgromadzonym i wystraszonym przechodniom ukazało się stado słoni. Wielkie, potężne zwierzęta z długimi trąbami zachowywały się dziwnie. Gdy zbliżały się do ludzi, z ich długich trąb wydobywał się różowawy dym, który obezwładniał. Ludzie...

Nad placem Konstytucji w Warszawie pojawiła się wielka czarna chmura, która powoli opadała. Zrobiło się zupełnie ciemno. Gdy opadła, zgromadzonym i wystraszonym przechodniom ukazało się stado słoni. Wielkie, potężne zwierzęta z długimi trąbami zachowywały się dziwnie. Gdy zbliżały się do ludzi, z ich długich trąb wydobywał się różowawy dym, który obezwładniał. Ludzie mdleli. Zaalarmowane służby miejskie, policja i karetki pogotowia rozwoziły porażonych do pobliskich szpitali. Szybko okazało się, że każdy, kto dostał się do różowej chmury, zapadał na dziwną chorobę. Jakie było zdumienie lekarzy pracujących na ostrym dyżurze, gdy okazało się, że przywiezionej pacjentce zaczyna rosnąć trąba, uszy, a ona sama powiększa się i zmienia w słonia. Słoniowatość – tak nazwano chorobę, która okazała się bardzo zaraźliwa. Ludzie w Warszawie zaczęli zmieniać się w słonie. Nawet specjalny sztab antykryzysowy i sprowadzeni z Afryki i Ameryki specjaliści nie potrafili temu zaradzić. Każdy człowiek miał stać się słoniem – taką bajkę na dobranoc opowiedziałem moim dzieciom, oczywiście dodawszy, że nam nic nie grozi, bo na linii Wisły jest tarcza magnetyczna, która nie przepuszcza różowej chmury. W domu zdania się podzieliły. Niektórzy uznali, że lepiej być słoniem, inni, że nie. W końcu dzieci zasnęły. Zdumienie przyszło rano. Przy śniadaniu wybuchła awantura o to, czy opowiedziałem bajkę czy prawdę. Mój młodszy syn oparł swoją argumentację na rzecz prawdy na autorytecie taty. Tata tak powiedział i nie dopuszczał innej możliwości niż to, że opowieść o lądowaniu słoni jest dziennikarskim sprawozdaniem opierającym się na najlepszym z możliwych warsztatów. To wcale nie było takie łatwe powiedzieć: to była bajka, bo to byłoby tak jakby powiedzieć: nie wierz tacie, żadnemu tacie tak powiedzieć nie wypada. Sięgnąłem więc po twierdzenie o tym, że wszystko co niesprzeczne jest możliwe i powiedziałem, że wprawdzie nic takiego się nie działo, ale mogłoby się zdarzyć, i tak z biedą i świadomością niedoskonałości rozwiązania zażegnałem spór. Ale na marginesie niczym wąż zaczęła mi się snuć myśl, w ile bajek ja wierzę. Ile nieprawdziwych opisów stanów rzeczy, które nie zachodzą codziennie, przewija się przez środki masowego przekazu, ile nieistniejących faktów, obrazów i zdarzeń jest kreowanych przez codziennych bajkopisarzy. No ile? A idąc dalej pomyślałem, że właściwie nie wiadomo, na jakiej zasadzie jedne informacje uznajemy za ważne, inne pomijamy milczeniem i wzruszeniem ramion, że jest w każdym kraju jakiś główny nurt, którym płynie rzeka przekazu, wychodząc naprzeciwko zapotrzebowaniom opinii publicznej, a opinia publiczna ma zapotrzebowanie na ten główny nurt. Tylko w tym związku opinii publicznej i głównego nurtu nie wiadomo co warunkuje co. Czy dlatego środki opinii publicznej zajmują się jakimś tematem, bo oczekuje od nich tego opinia publiczna, czy dlatego interesuje się nimi opinia publiczna, bo piszą o nich środki masowego przekazu? Niezależnie od tego, co było pierwsze: jajko czy kura, śmiało można postawić tezę, że to, czym się interesujemy i pasjonujemy, teraz zupełnie nie będzie istotne dla tych, którzy przyjdą po nas. Bo wcale nie możemy być pewni, że po nas nie przyjdą słonie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki