Logo Przewdonik Katolicki

Otworzył światu oczy

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Wiele życiowych historii miałoby zapewne zgoła inne zakończenie, gdyby nie siła charakteru i wiary 17-letniego niepełnosprawnego chłopaka z Malborka, który nie tylko podbił oba bieguny ziemi, ale także otworzył księgę niezwykłych ludzkich losów. Twarz uśmiechniętego Janka Meli, najmłodszego i pierwszego niepełnosprawnego zdobywcy obu biegunów Ziemi, obiegła cały świat. Media...

Wiele życiowych historii miałoby zapewne zgoła inne zakończenie, gdyby nie siła charakteru i wiary 17-letniego niepełnosprawnego chłopaka z Malborka, który nie tylko podbił oba bieguny ziemi, ale także otworzył księgę niezwykłych ludzkich losów.

Twarz uśmiechniętego Janka Meli, najmłodszego i pierwszego niepełnosprawnego zdobywcy obu biegunów Ziemi, obiegła cały świat. Media prześcigały się w przekazywaniu informacji o tym wielkim sukcesie. Szkoda tylko, że teraz równie entuzjastycznie nie pokazują jego licznych owoców.

Powrót do historii
Pierwszą rzeczą, jaką uczynili Marek Kamiński i Janek Mela po zdobyciu bieguna północnego, było wysłanie telegramu do Ojca Świętego Jana Pawła II. Nie zdążyli tego uczynić docierając na biegun południowy, gdyż Papież uprzedził ich. Telegram z Watykanu nie tylko wyrażał pełną akceptację dla idei wyprawy, ale także był błogosławieństwem na dalszą drogę. Dla podróżników te słowa stanowiły wielkie wsparcie i potwierdzenie słuszności podjętej przez nich decyzji. Wyprawom Janka towarzyszył bowiem nie tylko podziw i uznanie, ale także zdarzały się protesty osób niepełnosprawnych, które uważały, że zamiast siedzieć w domu, „wydziwia” i robi wokół siebie niepotrzebny szum. Po wyprawie szybko okazało się, że wyczyn Janka ma dużo szerszy wymiar.

– Najlepszą rzeczą, jaka spotkała nas po powrocie Janka, były podziękowania od bardzo wielu osób za dodanie im siły, ducha oraz za poszerzenie ich przestrzeni życiowej – wspomina mama Janka, Urszula Mela. Gdy minął medialny szum, przyszedł czas na odbieranie wielu nagród i zaproszeń na liczne spotkania. Zaproszenia przychodziły nie tylko z kraju, ale także z zagranicy.

Intencją księży chrystusowców, którzy zaprosili Janka do USA, było odrodzenie nadziei i ducha wśród polonijnej młodzieży. Spotkania z Jankiem miały pokazać tym młodym ludziom, że życie może mieć sens nawet wówczas, jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest ono beznadziejne. Tym, którzy stracili sens życia, miały pozwolić go odnaleźć, pomóc odszukać w nim wyzwanie, radość i siłę. W ocenie Janka te spotkania dla obu stron były niezwykle ubogacające i poruszające.

Jeden krok dalej
Szczególne miejsce w sercu Janka zajmują dzieci, z którymi zawsze chętnie się spotyka. Kiedy Fundacja Marka Kamińskiego wydała książkę „Wielka podróż Lulie”, Janek miał zorganizowany cykl spotkań na szpitalnych oddziałach onkologicznych. Wspomina te spotkania jako bardzo trudne doświadczenie, bowiem wkroczył w świat dzieci chorych terminalnie.

– Ich świat jakby był o jeden krok dalej od tego, w jakim żył Jaś – zauważa jego mama. Wówczas też przyszedł czas na refleksję, że dzięki jego wyprawom obudziły się drzemiące siły i moc nadziei.

– Uzmysłowiliśmy sobie, że dobre rzeczy, które spotykają Janka, promieniują też na innych ludzi znajdujących się w podobnej lub trudniejszej sytuacji; że dodają im jakichś skrzydeł – stwierdza Urszula Mela.

Rodzina Melów musiała przyzwyczaić się również do tego, że nie jest już anonimową, zwyczajną rodziną, tylko taką, od której oczekuje się konkretnych odpowiedzi. Dlatego nie zaskakują już ich telefony z prośbą o pomoc w szukaniu informacji dotyczących dalszego leczenia dziecka, jego rehabilitacji czy zdobycia odpowiedniej protezy. Jeśli pozwala na to odległość i czas, Janek osobiście jedzie i podtrzymuje na duchu tych młodych ludzi, którym w jednej chwili zawalił się cały świat. Dla nich odwiedziny Janka są najlepszym dowodem na to, że pomimo amputacji można być człowiekiem pełnym optymizmu i realizować swoje najśmielsze marzenia.

– Są i takie spotkania, jak w przypadku 12-letniego Patryka, który stracił nogę w wyniku wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę, z których znacznie więcej wynoszę, niż potrafię dać – skromnie stwierdza Janek.

Ze słabości rodzi się siła
– Po wypadku mama czytała mi w szpitalu fragmenty książki „Ziemia, planeta ludzi” Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, w której pisze on, że ziemia stawia nam opór, a człowiek buduje siłę i poznaje siebie w zetknięciu z przeszkodą – wspomina Janek.

– My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że jeśli wobec kogoś jesteśmy nadopiekuńczy, to odbieramy mu siłę i godność – przestrzega Urszula Mela. Oboje z wielkim uznaniem mówią o Annie Dymnej, która uczy, że na osoby niepełnosprawne intelektualnie należy patrzeć jako na osoby, które mają swoją godność. Zdaniem Janka na ostatnim krakowskim festiwalu „Zwyciężać mimo wszystko” padły bardzo ważne słowa – nie jest prawdą, że niepełnosprawni mają się uczyć od pełnosprawnych, jak sobie radzić w życiu. Jest zupełnie odwrotnie, to niepełnosprawni są darem dla pełnosprawnych, którzy powinni się od nich uczyć, że ze słabości rodzi się siła.

Owocem licznych spotkań na festynach, w szpitalach, szkołach i organizacjach charytatywnych jest powstająca Fundacja Janka Meli „Razem na bieguny”. Główną jej ideą jest niesienie pomocy ludziom w przezwyciężaniu barier psychicznych, fizycznych, strukturalnych, a czasem też kulturowych, które stają na drodze człowieka. Dla mamy Janka niezwykle istotne jest, aby ich fundacja choć trochę zmieniła sposób myślenia o życiu i śmierci.

– Boimy się śmierci, a jeżeli boimy się jej za bardzo, to wtedy przed nią uciekamy, a wówczas nie spotkamy życia. Dopiero kiedy przyjmiemy i pogodzimy się z tym, że ból, choroba i śmierć, są nieodłącznymi elementami naszego życia, wtedy tak naprawdę zobaczymy życie, poczujemy jego smak, docenimy, że ono jest wartością największą – uważa Urszula Mela.

Projekt, fundacja czy matura?
Pierwszym projektem fundacji Janka jest wyprawa na Kilimandżaro; miałyby w niej uczestniczyć nie tylko osoby niepełnosprawne, ale również chore na cukrzycę lub na inne przewlekłe choroby. Powołanie fundacji jest bardzo ważne w życiu rodziny Melów, jednak najważniejsza w tym roku jest matura syna, bo od jej wyników zależy dalsza jego nauka. Janek niedawno dokonał „rewolty” w wyborze kierunku studiów. Miało na to wpływ ostatnie półtora roku, kiedy wzbudziła się w nim ciekawość poznawania człowieka, chęć niesienia mu pomocy. Może dlatego zamiast studiować informatykę, chciałby pójść w przyszłości w ślady mamy – psychologa. Bogusław i Urszula Melowie szukają optymalnej metody działania fundacji, doskonale zdają sobie sprawę, że choć mają już jej statut, to przed nimi jest jeszcze długa droga.

– Mam osobistą wiarę i przeświadczenie, że jeśli ma coś się wydarzyć, to i tak się wydarzy, a jeśli po drodze jest tyle przeszkód, to trzeba się im wnikliwie przyglądać. Każda rzecz u Pana Boga ma właściwy czas – konstatuje Urszula Mela.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki