Logo Przewdonik Katolicki

Nowe przestrzenie życia

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Rozmowa z Jasiem Melą, pierwszym w świecie najmłodszym, a także niepełnosprawnym zdobywcą bieguna północnego oraz jego mamą Urszulą Ku przestrodze, aby innych młodych ludzi nie spotkał podobny los, opowiedz, proszę, o tym, co się wydarzyło dwa lata temu. J.M. - Pod koniec wakacji niedaleko mojego domu z kolegami graliśmy w tenisa stołowego. Nagle zaczął padać gwałtowny deszcz....

Rozmowa z Jasiem Melą, pierwszym w świecie najmłodszym, a także niepełnosprawnym zdobywcą bieguna północnego oraz jego mamą Urszulą


Ku przestrodze, aby innych młodych ludzi nie spotkał podobny los, opowiedz, proszę, o tym, co się wydarzyło dwa lata temu.

J.M. - Pod koniec wakacji niedaleko mojego domu z kolegami graliśmy w tenisa stołowego. Nagle zaczął padać gwałtowny deszcz. Prawie wszyscy pouciekali do domu, zostałem tylko z klasowym kolegą, który mieszkał dość daleko. Nie chciałem zostawić go samego. Ponieważ pogoda była coraz gorsza, postanowiliśmy wejść do otwartego budynku stacji transformatorowej, by w nim przeczekać ulewę. Ponieważ miałem ze sobą rower, weszliśmy tam razem z nim, ale zostaliśmy tuż przy drzwiach, aby nie mieć styczności z żadnymi urządzeniami elektrycznymi. Po chwili straciłem przytomność, na jak długi czas, niestety nie wiem. Gdy się ocknąłem, zauważyłem, że jestem sam, chciałem wstać, ale nie czułem jednej nogi, a jedną z rąk miałem nienaturalnie wykręconą i też była bez czucia. Po dwóch miesiącach leczenia okazało się, że wywiązały się komplikacje i części mojej prawej ręki oraz lewej nogi nie uda się uratować przed amputacją. W tym momencie zawalił się cały mój świat.

Kto pomógł Tobie wyjść z tego kryzysu? Jak w tej trudnej dla wszystkich sytuacji zachowali się Twoi przyjaciele?

J.M. - Najgorszy kryzys pomogli mi przezwyciężyć rodzice, którzy, pomimo znacznej odległości szpitala od domu, każdego dnia odwiedzali mnie. W szpitalu czułem się niezwykle samotny, dlatego ich obecność i wsparcie były dla mnie najważniejsze i nieocenione. Nie zapomnieli o mnie również moi przyjaciele, było to dla mnie bardzo ważne, że większość z osób, na które liczyłem, nie zawiodło mnie.

Powiedz, kiedy i w jakich okolicznościach poznałeś Marka Kamińskiego?

J.M. - Mama i Marek mają wspólnych znajomych, w tym Wojtka Ostrowskiego, który także był z nami na wyprawie. Mama chciała prosić Marka Kamińskiego tylko o to, żeby przyszedł do mnie do szpitala i poopowiadał o swoich podróżach i ich ciężkich początkach. Miała to być dla mnie ważna lekcja życia, że nie warto tracić wiary w siebie. Niestety, do tego spotkania nie doszło. Dwa miesiące po moim wyjściu ze szpitala rodzice powiedzieli mi, że mamy spotkać się z Markiem, który czeka na nas w swojej fundacji. Pojechałem na to spotkanie z wielką radością, nie spodziewałem się jednak, że prócz spotkania usłyszę tak niezwykłą wiadomość, że razem z nim mogę udać się na biegun! W pierwszej chwili myślałem, że Marek stroi sobie ze mnie żarty. Jednak on mówił to bardzo poważnie, a ponadto Wojtek Ostrowski naszą pierwszą rozmowę nagrywał do powstającego filmu dokumentalnego. Uwierzyłem więc, że to nie bajka ani sen, tylko realna rzeczywistość!

Jak na ten pomysł zareagowali rodzice?

J.M. - Okazało się, że rodzice wiedzieli już przed naszym spotkaniem, że Marek chce mi złożyć taką propozycję. Ale nie chcieli popsuć niespodzianki, więc milczeli. Tak więc, rozmowy moich rodziców z Markiem odbyły się pod moją nieobecność dużo wcześniej. Oczywiście oboje wyrazili zgodę na mój udział w tej niezwykłej wyprawie, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Słyszałam, że nie od razu entuzjastycznie krzyknąłeś - "tak, idę" - tylko poprosiłeś Marka Kamińskiego o czas do namysłu.

J.M. - To prawda. Przygoda zapowiadała się wspaniale, ale ja miałem wówczas trzynaście lat i nie byłem pełnosprawny, więc trochę się przeraziłem, czy dam radę udźwignąć taki ciężar odpowiedzialności. Nie chciałem nikogo zawieść, przede wszystkim samego siebie. Ale w końcu stwierdziłem, a czemu by nie spróbować?!

Przygotowania do tej wyprawy były bardzo długie i wyczerpujące. Co sprawiało Tobie największe problemy?

J.M. - Przygotowania trwały półtora roku. Najtrudniejsze było wytrwanie w systematycznych treningach, które całe moje dotychczasowe życie przewróciły do góry nogami. Wpierw ćwiczyłem brzuszki, przysiady, długie spacery oraz jazdę na rowerze i pływanie. Potem doszła także jazda na nartach, było to dla mnie wyzwanie, bowiem przedtem nigdy na nogach nie miałem nart. Pływać i jeździć na rowerze umiałem, ale po wypadku obie te dyscypliny wymagały ode mnie większego wysiłku.

W końcu jednak wyruszyliście na podbój bieguna.

J.M. - Od samego początku pogoda sprawiała nam kłopoty, poza tym ciągły dryf kry bardzo utrudniał drogę. Zamiast iść do przodu, właśnie przez pływające kry czasami staliśmy w miejscu. Przerażały mnie także wodne szczeliny. Na treningach były one symulowane, zawsze można było je ominąć. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Jeden fałszywy krok mógł być krokiem tragicznym. Porażająca była też śnieżna, wszechogarniająca biel. Momentami czuliśmy ogromną pustkę i samotność, bowiem dookoła nas nie było żadnych zwierząt, kwiatów, człowieka, nic prócz zimnej bieli, która sięgała aż po horyzont.

Byliście tylko i wyłącznie skazani na siebie?

J.M. - Mieliśmy telefon satelitarny oraz radio, by w sytuacji kryzysowej wezwać pomoc. Ale warunkiem przylotu helikoptera była dobra pogoda, a takiej właściwie nie było.

Pokonaliście jednak wszystkie przeszkody i jako pierwszy na świecie w swojej kategorii wiekowej stanąłeś na biegunie północnym. Również jako pierwszy na świecie zdobyłeś go jako osoba niepełnosprawna.

J.M. - Jeszcze 23 kwietnia Marek informował przez radio, że chyba nie zdobędziemy bieguna, bo nie pozwala na to pogoda i dryf. Jednak 24 kwietnia pokonaliśmy złą passę i biegun zdobyliśmy! Poczułem wówczas wszechogarniający mnie spokój i radość. Radość również z tego, że przez cały czas trwania wyprawy ani razu nie pokłóciliśmy się, a w tak ekstremalnych warunkach jest to niezwykłe wydarzenie.

Pierwszą rzeczą, jaką wówczas uczyniliście, było wysłanie na ręce Ojca Świętego telegramu informującego o zdobyciu bieguna.

J.M. - To prawda. Na ten piękny pomysł wpadł Marek, sam również ułożył treść telegramu. W momencie jego wysyłania czuliśmy ogromne wzruszenie.
Jak bardzo podróż syna zmieniła styl życia rodziny?

U.M. - Po powrocie Jasia najważniejszym dla niego zadaniem jest pozytywne zakończenie roku szkolnego. To obciążenie odczuwamy wszyscy. Jaś ma do odrobienia bardzo wiele zaległości. My, rodzice, towarzyszymy temu wszystkiemu, co osiąga syn, ale całym ogromnym ciężarem pracy i obowiązków obarczony jest on sam. Pozostaje nam tylko mocno i ciągle go wspierać.

Janek jest bardzo dojrzałym młodym człowiekiem.

U.M. - Myślę, że na jego dojrzałość miały wpływ wydarzenia, jakie dotknęły naszą rodzinę. Najpierw, w pożarze straciliśmy nie tylko dom, ale też cały dorobek naszego życia, później zmarł nasz młodszy syn, a niedługo potem Jaś został porażony prądem. Tyle ciężkich przeżyć trudno było udźwignąć nam, dorosłym, a cóż tu mówić o psychice bardzo młodego człowieka. Cierpienie albo niszczy człowieka, albo go wzmacnia. Jasia bardzo wzmocniło. Nas wszystkich te tragiczne przeżycia nauczyły ogromnej pokory.

Bardzo wiele odwagi wymagało od Państwa wyrażenie zgody na wyprawę Jasia, która, myślę, nie była celem samym w sobie.

U.M. - Rzeczywiście. Oboje z mężem uważaliśmy, że już sam kontakt Jasia z Markiem Kamińskim, czy też pozostałymi uczestnikami podróży, byłby niezwykle budującym wydarzeniem. Natomiast to, że stanęli oni na drodze życia syna i podarowali mu swoją przyjaźń w tak trudnym dla niego momencie, jest czymś wspaniałym. Poza tym myślę, że skoro Jasiu był gotów zdobyć się na tak ogromny wysiłek, by podbić biegun, to chyba nie ma już dla niego granicy w wytyczaniu kolejnych życiowych celów.

Komu tak naprawdę Jaś zawdzięcza możliwość zrealizowania wyprawy?

U.M. - Zastanawiałam się nad tym wiele razy i wiele osób trzeba by było wymienić w tym miejscu. Chciałabym podziękować osobie, która była, jak myślę, "dobrym duchem" tego projektu, Natalii Ostrowskiej, żonie Wojtka. Jej niesłychana energia i optymizm często działały cuda. Ale w sumie osób, dzięki którym Jasiu z Markiem mogli zrealizować swoje plany, było bardzo wiele. Trudno mi wyrazić zdumienie, pozytywne zdumienie, jak wiele w sercach ludzkich jest chęci niesienia konkretnej, ogromnej pomocy. Doświadczyliśmy tego nie tylko podczas przygotowań do wyprawy syna, ale odczuliśmy to także w naszych najtragiczniejszych chwilach życia.

Myślę, że zdobycie przez Jasia bieguna północnego nie tylko zmieniło jego życie, ale także wielu niepełnosprawnych osób.

U.M. - Po pierwsze, wyprawa Jaśka zamieniła trudną rehabilitację w wielką przygodę. Teraz obserwuję owoce, jakie wydaje ta ekspedycja. Widać je także w życiu dwóch młodszych sióstr Jasia. Syn jeździ na wiele spotkań, na które przychodzą zarówno osoby pełnosprawne, jak i niepełnosprawne. I właśnie te drugie mówią o ogromnych horyzontach, jakie im ukazał syn, uważają, że otworzył im te obszary przestrzeni, które jeszcze do niedawna wydawały się przez nich niemożliwe do zdobycia. Doszli do przekonania, że w życiu warto stawiać sobie bardzo trudne cele. Przestali czuć się gorsi i mniej warci.

Co dla Pani było najtrudniejsze do zaakceptowania w wyprawie Jasia?

U.M. - Po śmierci Piotrusia mój świat uległ kompletnej rozsypce. Rzeczy oczywiste przestały nimi być, nawet moja wiara uległa zachwianiu. Długo i powoli wszystko budowało się we mnie od nowa. Jedną z najtrudniejszych rzeczy było wypowiedzenie z całą świadomością słów: "Bądź wola Twoja..." - zgoda na niepewność, która jest częścią życia. Zezwalając synowi na uczestnictwo w wyprawie, określiliśmy moment, w którym nasze dziecko stało się niezależną osobą. Dało nam to z jednej strony satysfakcję, ale z drugiej spowodowało odczucie bólu z powodu oddzielenia.

Rozmawiała

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki