Logo Przewdonik Katolicki

Każdy ma swoje Kilimandżaro

Michał Bondyra
Fot.

Uważali, że skoro jestem niepełnosprawny, to nie mam prawa wychodzić z domu, że skoro nie mam ręki i nogi, to nie mam prawa do realizacji marzeń. Chciałem im udowodnić, jak bardzo się mylą mówi podróżnik Jaś Mela.

 

Uważali, że skoro jestem niepełnosprawny, to nie mam prawa wychodzić z domu, że skoro nie mam ręki i nogi, to nie mam prawa do realizacji marzeń. Chciałem im udowodnić, jak bardzo się mylą – mówi podróżnik Jaś Mela.

 

 

Zjawia się osiem minut po czasie. 21-latek, w ciemnej sportowej koszuli, dżinsach i trampkach. Wypełniona sala czeka właśnie na niego. Z pozoru zwykłego chłopaka. No, może wyróżniającego się niezwykłym uśmiechem. Trzeba się dobrze przyjrzeć, by dostrzec, że jeden z jego rękawów jest pusty. Jasiek Mela – niepełnosprawny, bez nogi i ręki. Zdobywca obu biegunów świata, Kilimandżaro, Elbrusu…

Kiedy w październiku Katarzyna Deskur wysyłała e-maila z prośbą o to, by przyjechał do Zespołu Szkół z Oddziałami Integracyjnymi i Specjalnymi nr 2 w Poznaniu, zapewne nie wierzyła, że się zjawi. Jaś jednak kilka miesięcy później wsiada w pociąg z Krakowa i po siedmiu i pół godzinach jazdy dociera do Poznania. Następnego dnia stoi już przed gromadą dzieciaków i porywa je w swój niezwykły świat…  Ilustrują go slajdy z wypraw. Wspomnienia z niezwykłych miejsc, z niezwykłymi ludźmi.

 

Gdy przychodzi reset

Każdy realizuje swoje marzenia, ale żeby to zrobić, trzeba przejść długą, czasem krętą drogę. – Pewnej nocy wybuchł pożar. Miałem wtedy osiem lat, obudziliśmy się i tylko zdążyliśmy wyjść z naszego domu. Staliśmy obok i patrzyliśmy, jak płonie cały dorobek naszego życia – zaczyna pierwszą z trzech tragicznych historii swojego życia. – Wtedy wydawało mi się, że straciłem wszystko co mam. Ale to nieprawda, bo najważniejsze jest samo życie. Moje, najbliższych, tych, których kocham. Przekonałem się o tym już rok później, kiedy w jeziorze utonął mój młodszy brat. Wokół masa ludzi, a on niepostrzeżenie zsunął się z pontonu, który chwilę wcześniej ode mnie pożyczył. Padliśmy z mamą na kolana i modliliśmy się, by nic mu się nie stało. Bóg chciał inaczej – mówi.

Parę lat później zdarza się straszny wypadek. Jasio, by schronić się przed deszczem, wchodzi do otwartej transformatorowni. – Przez moje ciało przebiegł prąd. Straciłem rękę i nogę. Straciłem wtedy coś jeszcze – nadzieję – wspomina Jasiek. W jego głowie zaczęły się rodzić pytania: Gdzie był Bóg? Za co go ukarał? Gdzie tak naprawdę jest sprawiedliwość? Zanim znalazł odpowiedzi, przeszedł drogę przez mękę. Trzy długie miesiące w szpitalu. – Co sześć godzin dostawałem morfinę uśmierzającą potworny ból. Działała tylko 3-4 godziny. Potem wyłem z bólu. Bym nie zrobił sobie krzywdy, przywiązywano mnie do łóżka pasami. Moja doba nie trwała 24 godziny, a sześć. Po nich przychodził reset. Zastanawiałem się co będzie za kolejne trzy godziny. Ile będzie jeszcze takich odcinków? Cały tydzień, miesiąc? Później przyszły operacje. Na stole byłem najpierw codziennie, potem już co drugi dzień…– wspomina szpitalny koszmar, dziś spokojnie, opanowanie.

Codziennie dojeżdżali do gdańskiego szpitala jego rodzice. Byli przy nim. Bezradni. – Kiedy tak leżałem, przypomniałem sobie słowa mamy sprzed mojego wypadku, kiedy nie wróciłem na noc do domu. Powiedziała mi: „Straciłam już jednego syna, jeśli stracę w głupi sposób ciebie, to nie wytrzymam”. Pomyślałem: muszę zrobić wszystko, by dać radę. Nauczyć się nie tylko chodzić, ale żyć od nowa – siłą przekazu Jaś wbija w parkiet gimnastycznej sali swoich słuchaczy.

 

Motywacyjny kop

Na pomysł spotkania z Markiem Kamińskim, wybitnym podróżnikiem, wpadli rodzice. Chcieli podnieść syna na duchu. A dlaczego on? – Moja mama studiowała z żoną jego przyjaciela, poza tym to człowiek, który pokazywał swoim doświadczeniem, że nie ma rzeczy niemożliwych – wyjaśnia.

Spotkali się w fundacji Marka, kiedy Jaś wyszedł ze szpitala. Wtedy z ust Kamińskiego padł irracjonalny pomysł: „Chcemy zabrać cię na biegun północny, co ty na to?” – On, wielki podróżnik, którego książka leży u mnie na półce, i ja nastolatek, który uczy się chodzić? Abstrakcja. Ale może warto spróbować. Pełen zwątpienia powiedziałem: „Czemu nie” – Jasiek wspomina, jak zaczął się rodzić dla życia na nowo. Później z pasją zaczyna opowiadać o blisko półtorarocznych przygotowaniach, jak trener kadry paraolimpisjkiej Wojciech Krakowski rozpisuje mu plan codziennych zajęć; kilkukilometrowe spacery w deszczu, śniegu, błocie z wypełnionym plecakiem, basen, rower, marsze po plaży z przywiązanymi oponami imitującymi sanie, wskakiwanie do basenu w kompletnym stroju polarnym, wizyty w komorze kriogenicznej – To wszystko było jak rehabilitacja. Wiedziałem, że jak odpuszczę, nie dam z siebie „maksa”, to później mogę nie dać rady – mówi z przekonaniem.

Dodatkową motywacją byli dla niego ludzie, w większości pukający się w czoło na wieść o tym, co planują. – Oni uważali, że skoro jestem niepełnosprawny, to nie mam prawa wychodzić z domu, że skoro nie mam ręki i nogi, to nie mam prawa do realizacji marzeń. Chciałem im udowodnić, jak bardzo się mylą – zaznacza.

Zdobyli biegun północny, pół roku później - południowy. Z północnego drogą satelitarną wysłali telegram do Jana Pawła II „że dziękują Bogu i pozdrawiają”. Odpowiedź dostali kilka dni przed końcem wyprawy… na biegun południowy. – Było szaro, strasznie smutno, w oczy wciąż wiał przeraźliwie zimny wiatr. Kilka razy myśleliśmy, że nie damy rady. Ale głupio byłoby zawieść rodziny, przyjaciół, lekarzy, sponsorów. Motywacyjnego kopa dał nam zresztą telegram od Jana Pawła II, o tym, że „każdy z nas ma swoje Westerplatte, na którym musi walczyć i nie może się poddać” – wspomina.

 

Niezwykła niezwykłością ludzi

Dwa lata później poznał Annę Dymną. Ona zaprosiła go na wyprawę niepełnosprawnych na Kilimandżaro. Działał już charytatywnie. Na protezy wraz z TVN-em przez akcję SMS-ową zebrał 700 tys. zł. Kontynuuje to zresztą przez swoją fundację „Poza horyzonty”. Zbierając nie tylko na protezy, bo to narzędzie, prowadzące do celu, ale też na wyprawy, czyli same cele, dające sens i nadzieję.

Wyprawa na afrykański szczyt była niezwykła niezwykłością ich członków. – Był Łukasz, który nie widzi od urodzenia, Kasia, która nie ma obu rąk, Piotr, który stracił przez nowotwór płuco, Piotrek i Jan, którzy wracając przez pole, na którym zerwał się kabel wysokiego napięcia, stracili obie nogi, śliczna blondynka Andżelika, z zanikiem mięśni. Oni wszyscy zostali przez ludzi skreśleni, ale się nie podali. Walczą. Realizują swoje pasje – mówi z pewnością w głosie Jan. Ci niezwykli ludzie, jak Andżelika, płaczą ze szczęścia, gdy zobaczą żyrafę, cieszą się, gdy jedzą w wykwintnej restauracji nogami, bo nie mają rąk. Zainspirowani wyprawami starają się zdobyć swoje szczyty – jak chłopak, który się poddał, ale po fragmencie relacji z naszej wyprawy postanowił zawalczyć o swoje Kilimandżaro – samodzielne dojście do łazienki – dodaje. Cenią każdą daną im chwilę. Wiedzą, że „Musicie od siebie wymagać, choćby inni od was nie wymagali” - to nie pusty slogan, a papieski drogowskaz na ich trudne życie. Życie zaczynane z innego, niższego pułapu. – To pułap ludzi, którzy wiedzą, co znaczy coś stracić. Którzy idą przez życie, realizując marzenia wbrew wszystkiemu. Osiągając szczyty nadludzkim wysiłkiem, dającym potem niezwykłą „radochę”. Czegoś, czego ci, którzy mają wszystko: zdrowie, pieniądze, nie doświadczają – przekonuje. Kończy Janem Pawłem II: „O wartości człowieka nie stanowi to, co posiadamy, ale to czym jesteśmy w stanie się podzielić”.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki