Logo Przewdonik Katolicki

Pink Floyd oddzielnie

Natalia Budzyńska
Fot.

Dawno nie słyszeliśmy tyle o Pink Floyd: najpierw smutna śmierć legendarnego Syda Barretta, potem wydanie na DVD długo oczekiwanego materiału koncertowego sprzed dwunastu lat The Pulse i wreszcie wizyta w Polsce, w tym samym czasie, dwóch liderów zespołu: Rogera Watersa i Davida Gilmoura. David Gilmour przyjął zaproszenie Lecha Wałęsy i przyjechał do Gdańska, by swym...

Dawno nie słyszeliśmy tyle o Pink Floyd: najpierw smutna śmierć legendarnego Syda Barretta, potem wydanie na DVD długo oczekiwanego materiału koncertowego sprzed dwunastu lat „The Pulse” i wreszcie wizyta w Polsce, w tym samym czasie, dwóch liderów zespołu: Rogera Watersa i Davida Gilmoura.

David Gilmour przyjął zaproszenie Lecha Wałęsy i przyjechał do Gdańska, by swym koncertem uświetnić obchody XXVI rocznicy powstania NSZZ „Solidarność”, i to prawdopodobnie na jego koncert wybrała się większość fanów zespołu Pink Floyd. Mieli w końcu gwarancję wysłuchania co najmniej kilku przebojów jednego z zespołów wszech czasów. Tymczasem dzień wcześniej, 25 sierpnia, Roger Waters obejrzał wraz z tysiącami widzów prapremierę napisanej przez siebie opery „Ça Ira”, wystawionej w Poznaniu jako jeden z punktów obchodów 50-lecia wydarzeń czerwcowych 1956 roku.

Osobnymi drogami
Panowie rozstali się z powodu nieporozumień w 1985 roku i do dziś nie znaleźli drogi do siebie. Odchodząc, Waters był pewien, że Pink Floyd przestał istnieć; artysta nie mógł znieść myśli, że muzycy nadal grają i wydają płyty. Co prawda zespół nie powtórzył sukcesu „The Dark Side Of The Moon” z 1973 roku, ale na koncerty wciąż przychodziły tłumy. Doszło do tego, że repertuar Pink Floyd można było usłyszeć na koncertach zespołu bez udziału Watersa, a także na solowych występach samego Watersa oraz Gilmoura.

Panowie zgodzili się na wspólny występ rok temu podczas festiwalu „Live 8”. Było to niezapomniane przeżycie dla publiczności. Przez dwa sierpniowe dni (25-26) gościli w Polsce, a dzieliło ich trzysta kilometrów. Coraz więcej osób zastanawia się, czy jest możliwe, by usłyszeć Pink Floyd w oryginalnym składzie, a dobrym pretekstem byłby pomysł koncertu upamiętniającego zmarłego w lipcu tego roku Syda Barretta – pierwszego wokalisty tej legendarnej grupy. Choć nie był długo z nią związany, to jednak on wymyślił nazwę Pink Floyd i nagrał pierwszą płytę „The Piper At The Gates Of Dawn”, na której większość kompozycji jest jego autorstwa. Odcisnął wyraźnie piętno na muzyce zespołu, a jego legenda przetrwała do dziś, mimo że od dawna nie brał żadnego udziału w życiu muzycznym, zepchnięty przez chorobę psychiczną na ubocze: mieszkał na spokojnej uliczce w malutkim angielskim domku w rodzinnym Cambridge.

Jaka wolność?
Tymczasem David Gilmour na swoje sześćdziesiąte urodziny wydał płytę „On An Island”, którą nagrał wraz z wieloma zaproszonymi przez siebie gośćmi (m.in. Zbigniewem Preisnerem i Leszkiem Możdżerem) w legendarnym studiu Abbey Road w Londynie. Utwory z tej właśnie płyty usłyszeć mogliśmy w Stoczni Gdańskiej.

Natomiast Roger Waters jest zadowolony, że wreszcie obejrzał efekt swojej długoletniej pracy w wersji widowiskowej. Operą zainteresował się pod koniec lat 80. Podjął się wówczas stworzenia muzyki do libretta Etienne Rady-Gila; rzecz dotyczyła rewolucji francuskiej i miała być gotowa do wystawienia w Paryżu 14 lipca 1989 roku. Waters nie zdążył i praca trwała kilkanaście lat, oczywiście z przerwami na inne projekty, jak chociażby słynne widowisko berlińskie „The Wall” z 1990 roku. Album z muzyką do opery pt. „Ça Ira – There Is Hope, An Opera In Three Acts” ujrzał światło dzienne we wrześniu 2005 roku, premiera koncertowa odbyła się dwa miesiące później w Rzymie. W piątek 25 sierpnia byliśmy świadkami porażającego widowiskowością spektaklu, a jednak jego treść może budzić zdziwienie. Nijak nie potrafię połączyć rewolucji francuskiej z powstaniem poznańskim i owoców, jakie przyniosły te dwa różne sposoby rozumienia idei wolności. Waters przypomina o ofiarach inkwizycji, zapominając o znacznie większej liczbie ofiar rewolucji. „Ça Ira” to tytuł popularnej piosenki rewolucyjnej „There Is Hope” – dodaje Waters. W Polsce i walka o wolność wyglądała inaczej, i samą wolność rozumieliśmy inaczej. Z Bogiem. Ale jak jest dzisiaj?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki